piątek, 28 kwietnia 2017

Rozdział 18 - Duma Slytherinu



Ginny wracała do Wieży Gryffindoru, póki jeszcze nie było ciszy nocnej. Na korytarzu panował przyjemny mrok, ponieważ żadna z pochodni nie została zaświecona. Jedyne światło wlewało się przez strzeliste okiennice, które, pomimo swojej starości, ciągle nie traciły na świetności. Były zadbane, a przez ich wygląd nadawały całemu korytarzowi charakter średniowiecza. Promyki słońca rozbijały się o brukowane płytki, dzięki czemu można było zobaczyć unoszący się w powietrzu kurz.
Ginny czuła się jak księżniczka, kiedy przechodziła przez te pyłki, rozganiając je na boki. Tuż obok niej kroczył Syriusz, wyprostowany i dumny. Weasley co chwilę spoglądała na jego oblicze. Twarz miał napiętą, choć wydawać by się mogło, że myślami jest gdzieś daleko stąd.
"Nie tylko on", pomyślała. Całe napięcie w jej klatce piersiowej nie zmalało nawet o jotę, czego się akurat spodziewała. Nie na co dzień całowała się z jakimkolwiek chłopakiem, a już na pewno nie z Syriuszem Blackiem. Czasami nachodziły ją myśli, czy aby dobrze postąpiła lub czy żałuje. W obu przypadkach odpowiedź brzmiała "nie". Pomimo wszelkich uczuć bądź wypływającej przyjemności, wiedziała, że nie powinna tego robić. Nie przyznała tego na głos, ale gdyby mogła, prawdopodobnie uciekłaby z płaczem do swojego dormitorium i zagrzebała się w pościeli.
— Zakazany owoc smakuje najlepiej — powiedział kiedyś Tom. Syriusz Black był jej zakazanym owocem.
Kolejnym pytaniem było, czy powtórzyłaby tę całą sytuację sprzed chwili. I tym razem, bez żadnych oporów, mogłaby rzec "tak". Teraz to pożądanie brało górę nad zdrowym rozsądkiem.
Rozstali się w pobliżu schodów do jej sypialni. Popatrzyła z niepokojem na drzwi do dormitorium. Mary i Lily pewnie już czekają na sprawozdanie z spaceru.
— Pierwszy kwietnia to oficjalnie moja ulubiona data — odezwał się nagle Syriusz. Na jego ustach znajdował się malutki uśmieszek, jak zawsze, kiedy był czegoś pewny.
— Czyli to nie na żarty? — spytała niepewnie Ginny. Gdyby tak było, naprawdę nie chciałaby się zbłaźnić, pokazując, że pocałunek miał dla niej jakiekolwiek znaczenie. "Stała czujność!", krzyczał jej Moody w umyśle. "Stała czujność w każdym wypadku!".
Syriusz zdziwił się zadanym pytaniem.
— Skąd taki pomysł? — Chwycił jej dłonie w obie ręce. Popatrzył poważnie w oczy i kontynuował: — Słowo Huncwota. Trzeba to częściej powtarzać. — Uśmiechnął się nad wyraz łobuzersko, a Ginny poczuła, że nogi ponownie jej miękną. Syriusz musiał doskonale wiedzieć, jak to na nią działa.
— Jeśli trzeba, to można — odparła słabym głosem.
"Jakim cudem ja tak tracę kontrolę? Gdzie się podziała ta stara Ginny, której chłopak nie przeszkadzał w zdrowym osądzeniu sytuacji?"
Po pożegnaniu Gryfonka weszła schodami do dormitorium. Zatrzasnęła za sobą drzwi i oparła się o nie, jakby pomogły unieść ciężar emocji, jaki zalegał w jej sercu. Z zaskoczeniem zauważyła, że to minimalnie pomogło.
— I jak tam spacer? — spytała Lily, a Ginny miała ochotę rzucić w nią jakimś ciężkim przedmiotem. Zdobyła się tylko na zgromienie Evansówny wzrokiem.
— Fantastycznie. — Bo to była prawda. Inaczej dzisiejszego dnia nie mogła opisać.
— Więc dlaczego wyglądasz, jakbyś miała za chwilę zemdleć? — Mary zmierzyła ją zaciekawionym spojrzeniem. Ginny odwzajemniła się migoczącym wzrokiem i lekko rozchylonymi ustami.
— Całowałam się z Syriuszem Blackiem — wypowiedziała te słowa, jakby dopiero teraz do niej dotarły. Wcześniej oddzielała je grubym murem, żeby nie mogły w pełni dotrzeć do umysłu. Teraz, kiedy się już przyznała, euforia zalała całe jej ciało. Znowu poczuła, że unosi się w powietrzu, spoglądając na świat oczami innej osoby.
Mary i Lily jeszcze przez chwilę siedziały w szoku w jednej pozycji, aż w końcu dały upust swoich emocji. Naraz krzyknęły i pisnęły oraz rzuciły się, aby przytulić Ginny. Weasley pomyślała, że to właśnie tak musiał czuć się Syriusz, kiedy trzymała go w niedźwiedzim uścisku. 
Nieświadomie objęła obie Gryfonki ramionami. Już dawno zapomniała, jak to jest być przez kogoś przytulanym i odwzajemniać gest. Mary i Lily mówiły jedna przez drugą, przez co Ginny nie potrafiła zrozumieć ani jednego wypowiedzianego słowa. Ale w tym momencie to nie było takie ważne. Wiedziała, że w tej chwili była w domu.
W jej własnym, osobistym, małym domku, z osobami, których nie spodziewała się, że pokocha na równi z Colinem, Nevillem i Luną. 
— I jak było? — Dobiegło ją pytanie Lily jakby gdzieś z daleka. Evans wpatrywała się w nią z błyszczącymi z podekscytowania oczami. 
Ginny zająknęła się. Rzadko była w środku uwagi (a szczególnie takiej uwagi!), więc nie była przyzwyczajona do takiego zainteresowania. Zawsze domagała się go jak najwięcej, niczym samolub, którym była. 
Lily aż nosiło, jeśli mogła to tak nazwać. Podskakiwała nerwowo na swoim miejscu, odrzucała do tyłu swoje gęste włosy i od czasu do czasu zaciskała pięści. Kiedyś, gdy Ginny darzyła ją szczególną niechęcią, myślała, iż Lily plecie androny, przeskakując z tematu na temat jak jakiś dzieciak. Od tamtego czasu wiele się zmieniło, choć wciąż uważała, że Lily wyjątkowo upodabnia się do młodszych osób. Szczególnie w takich momentach jak ten.
Ginny zastanowiła się, czy Lily nie jest przypadkiem bardziej podekscytowana od niej.
— Merlinie, mówiłam, że coś z tego wyniknie, Mary! Mówiłam! — nawijała, chodząc w tę i we w tę po pokoju. — A ty się upierałaś, że nic z tego nie będzie! Znając naturę Syriusza, obydwie wiedziałyśmy, że zrobi dzisiaj coś wyjątkowego. Jak zwykle wybiera idealnie dni. — Położyła dłonie na biodra i ściągnęła usta. Ginny przyszło na myśl, że upodabnia się do Molly Weasley, która zawsze wykonywała taki ruch, kiedy była czymś zirytowana.
— Uspokój się, Lily. Nie widzisz w jakim stanie jest Ginny? — Mary wskazała ręką na dziewczynę. Weasley wciąż podpierała drzwi, a nieme odrętwienie jeszcze nie odeszło. Tak samo jak nierównomierne bicie serca i ucisk na nim.  
— Jest... dobrze. Bardzo dobrze.
— O nie, moja droga. — Lily podbiegła i chwyciła ją za ramię. Z przejęciem zaczęła ciągnąć Ginny w stronę łóżka, po drodze mówiąc: — Wyglądasz strasznie blado. Jak jakaś śmierć. Syriusz różnie działa na dziewczyny, co niestety widziałam, ale twój przypadek jest bardzo rzadki. Już taka jedna zemdlała, przez co musiałam ją cucić. Merlinie, to było okropne. Kiedy oprzytomniała, zaczęła piszczeć, a potem panikować. Histeryczka jakaś — Mary i Ginny zaśmiały się szczerze na ten komentarz. — No co? Musiałam ją do dormitorium odprowadzać, bo sama nie dała rady wejść po schodach.
— Lily, zważywszy na charakter Ginny, ona raczej mdleć nie będzie. — Mary uśmiechnęła się szeroko. Lily nawet nie przejęła się jej komentarzem i od razu pobiegła po mokrą szmatkę do łazienki, aby przetrzeć nią czoło Ginny. Wróciła, o mało nie potykając się o próg, i zaczęła z aptekarską wręcz dokładnością myć twarz Gryfonki.
— Wolę się upewnić — mruknęła Evans. — Nie daj Merlinie zareaguje jak tamta hipokrytka. 
Ginny znowu się zaśmiała i pozwoliła w pełni oddać się kuracji współlokatorki. Co chwilę wymieniała rozbawione spojrzenia z Mary lub krótkie sygnały świadczące o ich podejściu do sytuacji. Wyraźnie sugerowała, że Lily przesadza, jednak nie chciała przeszkadzać zaangażowanej Gryfonce.
— Tak w ogóle, musimy poważnie o tym porozmawiać. — Lily wystawiła język w skupionym geście i zmrużyła oczy. Odrzuciła szmatkę na bok i ponownie założyła dłonie na biodra. Popatrzyła twardym wzrokiem na swoje współlokatorki po czym zaczęła swoją przemowę: — Otóż, już wiele razy pocieszałam nieszczęśliwe nastolatki po tym, jak Syriusz postanowił je rzucić. Ryczały, bo inaczej tego nie dam rady nazwać, zamykały się w sobie i wykorzystywały wszystkie chusteczki, jakimi dysponowałam. I nie, teraz ja mówię! — Wskazała palcem na Ginny, która już chciała coś powiedzieć. — Mam cholernie dość pocieszania zagubionych dziewczyn, którym nie powiodło się w miłości. Wiem, że większość uważa mnie za Ciocię Dobrą Radę, co mi się oczywiście podoba, nie powiem, że nie. Reputację mam dobrą.
— I co to ma do rzeczy? — Mary uniosła brew, nawet nie dając Ginny dojść do głosu.
— A więc, Ginewro — zwróciła się do niej Lily. — Nie licz na to, że jeśli Syriusz postanowi rzucić też ciebie, ja przybędę cię pocieszać. Nie ma takiej mowy.
Ginny nawet na to nie liczyła. Sądziła, że gdyby tak się stało, nawet nie płakałaby po tak dużej stracie. To nie było w jej zwyczaju załamywać się, kiedy tylko się dało. Uważała się za mocną kobietę, której byle chłopak nie złamałby serce.
No chyba że zakochałaby się w nim na poważnie. Wtedy ta kwestia stanowiłaby niemały problem.
— Ale to jest tylko zauroczenie, dziewczyny. — Uspokoiła je, czując, że dobrze robi. Rozejrzała się po ich twarzach i wtedy kontynuowała: — W wieku szesnastu lat nie istnieje coś takiego jak miłość po grób. Nawet nie wierzę, że występuje. — Zmarszczyła brwi. Przez wiele lat żyła w przekonaniu, że miłość nie istnieje, nieważne jakiego rodzaju by ona nie była. To zwykła wartość, którą wyznają członkowie Zakonu Feniksa, i w którą wierzą. Ginny żywiła ufność wyłącznie do hasła wyznawanego przez Czarnego Pana: "Nie ma czegoś takiego jak dobro i zło, tylko władza i potęga". Nie oznaczało to, że od razu chciała zostać jego poplecznikiem. Po prostu wierzyła w jego słowa.
"A to już mały krok, żeby zostać podwładnym Voldemorta", powiedział kiedyś Tom. Ginny wyśmiała go i szybko zapomniała o danym temacie, mając na uwadze tylko naukę do transmutacji. Nie przejęła się ani trochę jego słowami.
— Możesz nie wierzyć. Ale czy to oznacza, że rzeczywiście tak jest?
Mary zdecydowanie za dużo myślała filozoficznie jak na ten wiek. Ginny aż marzyła, żeby to jej kiedyś poszło w pięty.
— W każdym razie. — Do konwersacji na powrót włączyła się Lily, a Weasley kamień spadł z serca. Nie chciała odpowiadać na tak, według niej, krępujące pytanie Mary. — Kiedy już przeszłyśmy ten najtrudniejszy etap w naszej rozmowie — odetchnęła na pozór — możemy przejść do przyjemniejszej części. Jak było? Topiłaś się w jego ramionach, czułaś, że reszta świata może nie istnieć?
Ginny drgnęły kąciki ust. Na każde pytanie mogła z czystym sercem powiedzieć "tak", choć na pewno nie przyznałaby tego przed nimi. Nie teraz, kiedy dziewczyny wydają się bardziej rozentuzjazmowane niż ona.
— Możliwe. — Wzruszyła ramionami, zaś Lily przewróciła oczami. Najwyraźniej nie uwierzyła jej na słowo. 
— Błagam cię, Ginny. To Syriusz Black. Musiałaś czuć się fantastycznie. — Pewność siebie i zadowolenie aż można było poczuć w głosie Evans. Wymówiła słowa z taką jednoznacznością, jakby nie zostawiała szansy na inne wyjścia.
— A skąd to zdecydowanie? — Na wargi Mary wyszedł nieznaczny uśmiech. Sama Ginny była tego ciekawa.
Lily wzniosła oczy do góry i wymamrotała pod nosem "przecież to jasne jak słońce".
— Każdej z nas przynajmniej na chwilę podobał się Syriusz. I nie mówcie, że nie, bo wiem, że koniec końców wszystkie uległybyśmy pod naporem jego uroku! Nawet Ginny skapitulowała w bronieniu się przed jego jestestwem! To oznacza, że chłopak ma większą siłę przebicia niż nam się wydaje! — Wymachiwała żywo rękami, a oczy migotały jej jak jeszcze nigdy. Ginny poczuła przypływ ciepła na widok takiej Lily. 
W przyszłości panna Evans była opisywana jako spokojna i zrównoważona kobieta, która twardo stąpała po ziemi. Mówili, że jest inteligentna i urocza, pod jakimkolwiek sensem to było. Ginny zaś miała zupełnie inne wyobrażenie o dziewczynie; energiczna, czasami popadająca w skrajne emocje, a przede wszystkim koleżeńska. Po sytuacji na eliksirach Ginny nigdy nie sądziła, że nazwie Lily właśnie w ten sposób, lecz po tylu miesiącach w przeszłości zaakceptowała wszystkie wady i zalety swojej współlokatorki. Szczerze przyznała, to jak na razie jedno z największych osiągnięć, jakie uzyskała w tych czasach.
Widocznie Mary myślała o Lily dokładnie tak samo jak Ginny. Różnica polegała na tym, że Dowens i Evans znały się od sześciu lat, więc miały szmat czasu, żeby się ze sobą zaprzyjaźnić. Ginny pomyślała z dumą o tym, iż to dzięki niej dwójka dziewczyn połączyła ze sobą siły. Z jednej strony była radosna, że się do tego przyczyniła, a z drugiej martwiła się, co będzie, kiedy zmieniacz czasu zdecyduje, iż trzeba wracać. Przyzwyczaiła się do towarzystwa Gryfonek, tak samo jak one do niej. Z każdą chwilą bała się coraz bardziej. Czy zniknięcie Ginny zaboli Mary i Lily? Czy będą płakać, kiedy odejdzie w siną dal, tak bez pożegnania? Bo żegnać się Weasley nie zamierzała. Duma nakazywała zachować zdrowy rozsądek w każdym momencie i nie popadać w żal i melancholię bez powodu.
"Duma Slytherinu", zaśmiała się w myślach. 




Ginny zastanawiała się, jaką taktykę obrał Syriusz. Czy będą się nawzajem unikali, rzucali sobie tęskne spojrzenia? A może jakieś tajemne spotkania w ciasnych pomieszczeniach lub Pokoju Wspólnym, kiedy każdy uczeń pójdzie już spać? Nie znała stylu Syriusza (a czy w ogóle kiedykolwiek poznała na tyle dobrze chłopaka?), toteż nie wiedziała, jaki teraz wykona ruch. Równie dobrze cały pocałunek mógł nie wywrzeć na nim żadnego wrażenia, więc jak zauroczenie szybko nadeszło, tak odeszło w zastraszającym tempie. Różne miłości w życiu przeżywała, ale nie aż tak zakazane i tajemnicze.
Może dlatego obecną uważała za najlepszą spośród nich. 
Stała samotnie na korytarzu, nerwowo przygryzając wargę lub tupiąc nogą. Przeżywała wewnętrzny konflikt dwóch stron – serca i rozumu. Nie potrafiły dojść do porozumienia, dlatego Ginny była jak ten palec, samotny pośród tłumu. Obserwowała uczniów różnych domów, ich zachowania lub kłótnie, których ilość wynosiła równe dwa. Sama chciałaby wrócić do czasów, w których sprzeczki o jakieś dziwne upodobania były codziennością. Z upływem lat każdy zaczynał dostrzegać więcej zalet w drugiej osobie.
Pamiętała, jak wiele razy kłóciła się z Nevillem o jego Mimbulus mimbletonię. Nie rozumiała, dlaczego Neville trzyma przy sobie taką okropną roślinę, skoro mógł wyhodować zwyczajnego słonecznika. Taki typ kwiatu trafiałby do gustu wszystkim dziewczynom z szkoły, za to Neville stałby się szkolnym amantem. Longbottom zaś po usłyszeniu tego argumentu zaczerwienił się po czubki uszu i, krzycząc po drodze jakieś przekleństwa, wyrzucił Ginny z szklarni. Zagadka tej sytuacji i niespodziewanej zmianie zachowania Neville'a ciągnęła się po dziś dzień. Krok po kroku jednak Ginny zaakceptowała jego charakter, za co dostała gryzącą cebulę.
Oddała się odległym wspomnieniom i tęsknocie za czymś, co było kiedyś. Co by było, gdyby miała wrócić do przyszłości dopiero za dwa lata? Nie chciała tracić pamięci o Neville'u, Lunie czy Colinie. Byli zbyt bliscy jej sercu, aczkolwiek wiedziała, że czas potrafi zniszczyć nawet najgłębszą więź, jaka łączyła osoby. Jednocześnie przywiązałaby się zbyt mocno do Huncwotów i dziewczyn, przez co rozstanie się z nimi byłoby boleśniejsze niż niejedne tortury. Chociaż już i tak wystarczająco wiele złego uczyniła w stosunku do Syriusza.
Poczuła przyjemne łaskotanie w podbrzuszu, kiedy o nim pomyślała. O tak, rozstanie będzie ciężkie. Lecz kiedy już nadejdzie, zabierze Syriusza ze sobą w sercu i pamięci. Na zawsze.
Ginny sapnęła, kiedy udało jej się wypatrzeć chłopaka pośród tłumu. Usta samoistnie wygięły jej się w uśmiechu, a ręka zaczęła wyginać palce u drugiej dłoni. Oprócz stresu poczuła znajome podekscytowanie na widok kogoś, na kim jej zależy.
Nie była pewna tego, co robi. Wspięła się na palce i pomachała mu, mając nadzieję, że wypatrzy ją z takiej odległości. Serce zabiło jej szybciej, kiedy Syriusz zbliżał się do niej typowym dla siebie, pewnym krokiem. Przełknęła ślinę i zaczęła zagryzać dolną wargę , aby jakoś skupić swoją uwagę na czymś innym niż to, że za chwilę stanie przed Gryfonem prosto w twarz. Moment chwały i upadku.
— Cześć — przywitała się. Już przytrzymała kosmyk włosów, żeby schować go za ucho, lecz w tym samym momencie Syriusz chwycił ją za rękę.
"Czy to jakieś pieprzone uzależnienie od jego dotyku?", pomyślała, drżąc od jego ciepłej skóry.
Syriusz uśmiechnął się szarmancko i nieco bardziej ścisnął jej dłoń.
— Proponuję jakieś ustronne miejsce.
Czyli obrał formę potajemnych spotkań. To dobrze. Ukrywanie się samo w sobie mogło być co prawda kłopotliwe, jednak w tej sytuacji było to Ginny na rękę. Nawet liczyła na taki sposób, ponieważ ta bardziej romantyczna część jej duszy aż sama prosiła się o zakazaną miłość. Przeczytawszy w życiu wiele książek, uznała, że taki rodzaj namiętności był najbardziej szalony, porywczy i trujący, czyli taki, jaki ceniła sobie najbardziej. Idealny i mroczny, ot co.
Przytaknęła żywo i ruszyła śladem za Syriuszem. Po chwili znaleźli się w środku ogromnego pomieszczenia, które, jak mniemała Ginny, było salą do obrony przed czarną magią. Świadczyły o tym rozstawione przy ścianach ławki, portrety najbardziej znanych aurorów oraz wiele ozdób, które wskazywały, że nauczyciel był bardziej łowcą zwierząt, niżeli profesorem. Dla co wrażliwszych uczniów czaszki smoków czy, o ironio, żubrów, mogły wydawać się nieco zastraszające. 
"Niezbyt romantyczne miejsce", stwierdziła Ginny z niesmakiem, rozglądnąwszy się po sali. Półkoliste pomieszczenie samo w sobie sprawiało wrażenie oschłej i surowej, czyli takiej, jak nauczyciel.  
Nagle Ginny odwróciła się z uśmiechem do Syriusza. Splotła nogi oraz ramiona za plecami, modląc się w myślach, żeby przeszli już do rzeczy.  
— Podoba mi się — powiedziała o oktawę głośniejszym tonem niż powinna. — Wiesz, ta cała tajemniczość. Nie powiedziałeś nawet chłopakom?
Syriusz skrzyżował ramiona i oparł się o ścianę, nie spuszczając Ginny z wzroku. Również Gryfonka starała się nie odwracać oczu w stronę przypadkowego przedmiotu na ścianie czy szafce. Może z powodu zainteresowania tymi unikatami, a może dumy, która nakazywała nie odpuszczać w walce (nawet tej na spojrzenia), bo przyniosłoby to niejaką hańbę wartościom, jakie wyznaje. Mówiąc prościej, duma Ślizgonów na powrót się odezwała.
— Nie miałem czasu. — Ginny jakoś w to nie uwierzyła. Doskonale widziała, jak Syriusz spędza cały dzień z Huncwotami. Czasu miał wyjątkowo dużo, choć przypuszczała, że ciężko mu zacząć konwersację o tej, jakże kłopotliwej, kwestii.  Poza tym, coś w jego wzroku nakazywało jej wstrzymać się od rozmowy na ten temat.
"Jeszcze więcej tajemniczości", westchnęła w myślach. 
Nawet nie przyszło jej do głowy, że Syriusz mógłby wstydzić się relacji, jaka wiąże go z Ginny. To było tak nierealne, zważywszy na to, że wcześniej nie miał takich problemów. A jeśli wówczas tak było, teraz też nie miało prawa. Prawdopodobnie trzymała się kurczowo nadziei, iż Black coś do niej czuje, coś, co nie było tylko zwykłą przyjaźnią. Głupio zaufała chłopakowi, lecz nie potrafiła mu się oprzeć. Miał w sobie czar, czego dotychczas nie spotykała u innych.
"Przyznaj, że jest uzależniający", pomyślała, kierując swe myśli do tej części umysłu, która powstrzymywała się od tego stwierdzenia.
— No cóż... — odezwała się po chwili napiętej ciszy. Przygryzła wargę i namyśliła się jakich słów użyć. — Sądzę, że to nieuczciwe tak oszukiwać przyjaciół. Oni powiedzieliby ci, gdyby się w kimś zakochali. — Strzeliła sobie za ostatnie zdanie w twarz. Mentalnie czy nie, to i tak zabolało. "Przecież nie wiesz czy Syriusz się zakochał! Głupia!", wołał umysł, oczami wyobraźni machając ręką i odgrażając pięścią. Ginny zarumieniła się po czubki uszu. — Znaczy, gdyby spodobała im się jakaś dziewczyna. Nie! Chodzi mi o to, że... gdyby się z jakąś spotykali. W sensie, potajemnie jak my, bo ją pocałowali, czego oczywiście nie żałują... albo żałują. I robią to z przymusu. Tak, dokładnie! Właśnie to miałam na myśli! Może byłoby to dla nich wstydliwe, ale jednak powiedzieliby to. Przecież jesteście przyjaciółmi!
Nagle jej bełkot został przerwany głębokim pocałunkiem. Jeszcze przez chwilę coś mamrotała, lecz równie szybko zamknęła się i oddała pieszczotę z równą namiętnością, co Syriusz. Nie miała siły się bronić, ręce działały niezależnie od jej woli. Chwyciła w obie dłonie twarz Syriusza i przybliżyła się, żeby być najbliżej niego jak się da.
— Powinni wiedzieć — wyszeptała słabo w jego usta, kiedy udało jej się na chwilę oddalić. 
Syriusz wydawał się na moment wytrącony z równowagi jej słowami, lecz pokiwał głową i wrócił do dawnej czynności. Ucałował jej usta, a następnie szyję. W Ginny wybuchła istna mieszanka uczuć, poczynając od entuzjazmu, kończąc na pożądaniu. Zapomniała o całym błogim świecie. Teraz liczyła się tylko ona i Syriusz oraz ściana, o którą Ginny była oparta. Bo gdyby nie ona, prawdopodobnie Weasley upadłaby na ziemię z hukiem, nie czując żadnego mięśnia w nogach.
Ledwo zarejestrowała dźwięk dzwonka. Bodajby nie Syriusz, wciąż znajdowaliby się w bezwstydnych pozycjach podczas wchodzenia uczniów do sali. Tym razem to właśnie Black wykazał się większym rozsądkiem niż Ginny i zaprzestał całowania jej po raz tysięczny. Weasley jęknęła w jego usta. Pragnęła więcej, pragnęła jego bliskości. Zamiast tego musiała nacieszyć się pięcioma minutami na osobności, które upłynęły jej szybciej niż cały czas spędzony w przeszłości.
— Zaraz przyjdzie nauczyciel. 
Ginny skrzywiła się na te słowa, lecz pokiwała głową. Syriusz miał rację – to nieodpowiednia pora na takie zachowanie. Powinni udać się jak cywilizowani ludzie na lekcje i tam rzucać do siebie tęskne spojrzenia.
Lecz oni byli bardziej uzależnieni od swojej obecności, niżeli zakochani w normalny dla nastolatków sposób.
Poprawiła przekrzywioną spódniczkę i wyprostowała pomiętą koszulę. Włosy opadały jej na twarz, choć nie zwróciła na to uwagi. Przez cały czas wpatrywała się w Syriusza jak w obrazek.
— To był... — Głos uwiązł w jej gardle. 
— Masz rację. Wielką rację. — Przytaknął Syriusz, doskonale rozumiejąc Ginny. Nawet nie potrzebował słów, aby zgodzić się co do jej myśli.
Ginny odetchnęła i nacisnęła klamkę do drzwi. Na korytarzu ustawiła się już grupka drugorocznych, którzy wybałuszyli oczy na dwójkę wychodzących starszych Gryfonów. Ginny nie przejęła się tym i z wysoko uniesionym podbródkiem przepchnęła się pomiędzy dziećmi. Tuż za nią ruszył Syriusz dystyngowanym krokiem, nie zaszczycając reszty ani jednym spojrzeniem. 
Ciężko jej było utrzymać kamienną maskę po tym, co wydarzyło się w sali. Znów poczuła to samo piękne uczucie, które towarzyszyło im przy pierwszym prawdziwym pocałunku. Chciała tańczyć i skakać, śpiewać i wołać "Kocham życie!", chociaż, z punktu widzenia innych uczniów, nie miało to żadnego sensu. Tak mocno się rozbudziła, że prawie wykonała obrót na jednej nodze, przechodząc obok Wielkiej Sali. Nawet nie zorientowała się, że wstrzymywała powietrze od wyjścia z sali do obrony. Radość rozpierała jej ciało bardziej niż przypuszczała, że może.
Zatrzymali się na trzecim piętrze. Wokół było cicho, gdyż wszyscy uczniowie udali się już do sal na lekcje. Według grafiku, Ginny powinna mieć teraz zielarstwo, ale wiedziała, że nie musi się spieszyć. Nauczyciel lubił ją na tyle, żeby przymykać oko na każdy jej występek.
— Wciąż uważam, że powinniśmy to częściej powtarzać — stwierdził Syriusz. Ginny uśmiechnęła się wesoło.
— Same pożytki z tego.
Możliwe, że to zdanie nie było na miejscu, szczególnie przy ich pokręconej relacji. Jednak nie wiedziała, co innego mogła powiedzieć. "Ja również"? "Zgadzam się, jest fajnie" też odpadało. "Cieszę się"? Też nie. Na wymyślne teksty nie miała pomysłu ani siły.
Syriusz nie odpowiedział, lecz zamiast tego zaczął wodzić kciukiem wzdłuż jej policzków i szczęki. Owinął sobie rudy kosmyk włosów wokół palca, wywołując tym samym napad dreszczu u Ginny. Sądziła, że nigdy nie przyzwyczai się do takiego gestu z jego strony.
— Do następnego. — Pochylił się i ucałował wierzch jej dłoni.
— Nie idziesz na lekcje? — zdziwiła się. Syriusz pokręcił głową.
— Mam sprawę u profesor McGonagall. Nawet nie wiem, kiedy wrócę do Pokoju Wspólnego. — Zmarszczył w zamyśleniu brwi. Ginny sapnęła, kiedy oddalił się od niej na odległość metra. — Ale nie martw się, powiem chłopakom o nas. Jak sama stwierdziłaś, oni zrobiliby to samo, gdyby zakochali się w jakiejś dziewczynie — rzucił na odchodne.
W Ginny nagle uderzyło ostatnie zdanie jakie powiedział. Poczuła przypływ gorąca i słabości naraz. Musiała przytrzymać się ściany, aby nie upaść z wrażenia.
"Oni zrobiliby to samo, gdyby zakochali się w jakiejś dziewczynie".
Mogła mdleć.

Betowała Sovbedlly.

***

Hej, hej! Zauważyłam, że strasznie dziwnie mi się pisze jakiekolwiek romantyczne sceny. Może dlatego, iż zawsze uważałam, że "akcja musi być na pierwszym miejscu!". Dlatego przepraszam jeśli zalatują taniochą, no ale nie jestem przyzwyczajona do takich momentów. Na szczęście jeszcze tylko jeden rozdział taki lajtowy i wtedy będzie można skupić się na wybuchach, akcji, pożarach i wojnie B)
Jeju, kolejny tydzień wolny! Jak ten czas ucieka! Jeszcze dwa tygodnie temu do świąt się przygotowywałam, a teraz majówka >.< Po majówce zaś dwa tygodnie chodzenia do szkoły i potem kolejny tydzień wolnego, gdyż organizowana jest wycieczka szkolna na tydzień. Żyć nie umierać, jak to mówią! A wy, jedziecie gdzieś?
Miłego dnia! ^^    

piątek, 21 kwietnia 2017

Rozdział 17 - Pierwszy kwietnia

     
Ginny obudziła się z mocnym bólem głowy i ogromnym pragnieniem. Z jękiem wygrzebała się z pościeli i doczłapała się do łazienki, gdzie wypiła wodę z kranu. Kołdrę na łóżku zostawiła pomiętą w jedną małą kulkę, co ją niezmiernie zdziwiło. Nie przypominała sobie, by przy wstawaniu zostawiła taki bałagan.
Oparła się o umywalkę i ścisnęła nasadę nosa. Przez jej głowę przechodziły mgliste wspomnienia z wczorajszego dnia; zbyt dużo wypitego alkoholu, do którego została zmuszona, lamentowanie Narcyzy i Regulusa, a na końcu wrócenie do Pokoju Wspólnego. Na policzki wystąpił jej rumieniec, zaś całe ciało ogarnęło zażenowanie, kiedy zrozumiała, do czego się posunęła. Koniecznie musiała porozmawiać z Syriuszem o wczorajszej sytuacji.
— Ja bym nie radził. Narobiłaś mu nadziei, Ginny.
Weasley przeklęła w myślach i prędko odwróciła się w stronę Riddle'a. Tom stał oparty jedną nogą o ścianę, a ręce miał ułożone wzdłuż ciała. Ginny na ten widok postanowiła przyjąć obronną postawę, zaplatając ramiona na piersi.
— I właśnie dlatego postanowiłam z nim porozmawiać — powiedziała wyniośle. Uniosła podbródek i popatrzyła na chłopaka z góry. — Czego chcesz, Riddle? 
Tom wzruszył obojętnie ramionami. Ginny zdenerwowała ta bierność chłopaka na jakiekolwiek sprawy.
— Porozmawiać. Przeprosić. — Spojrzał jej prosto w oczy. — Powinienem cię powiadomić o skutkach wchodzenia do moich wspomnień. Przeze mnie stałaś się hipokrytką, która swoim zachowaniem przebija nawet Lily Evans. Chociaż nie — rozmyślił się. — Evansówna histeryzuje publicznie, a ty tylko prywatnie. Choć nie powiem, uśnięcie na stercie ręczników w łazience było szczytem twoich możliwości. — Uśmiechnął się kpiąco. 
Ginny prychnęła na te słowa. Gdyby tylko Riddle był prawdziwy, nie zawahałaby się uderzyć go w twarz.
— To był tylko początek zabawy — sarknęła. Tom pokiwał głową, a cała jego postawa wyraźnie sugerowała, że sobie z niej drwi. — Ale jest już lepiej. Opanowałam ataki płaczu czy chęć rzucenia Petera o ścianę. I nie pytaj dlaczego akurat jego — dodała prędko, widząc Riddle'a otwierającego usta. — Nasza relacja jest pogmatwana. 
— I dlatego chcesz nim rzucać o ścianę?
— Dokładnie. Zakładam, że odbiłby się od niej jak piłka. Mała, okrągła, włochata piłka. Na miarę jego rozmiarów.
— Rozumiem. — Kącik ust Toma zadrgał. 
— Wracając. — Ginny odzyskała rezon. Jej twarz znowu stała się nieprzystępna. — Twoje przeprosiny były, lekko mówiąc, okropne. Już Snape lepiej przeprasza od ciebie. Choć to może dlatego że nie jest zapatrzonym w siebie dupkiem, który ma na uwadze tylko swoje dobro.
— Każdy Ślizgon przede wszystkim dba o to, żeby było mu jak najlepiej. Niektórzy pokazują to bardziej, niektórzy mniej — odciął się. — Ty również patrzysz najpierw na siebie, a potem na innych. Natura Ślizgonów często czyni z nich nieokrzesanych egoistów — zakpił. 
— Prawdopodobnie — stwierdziła chłodno Ginny. 
— Albo hipokrytów. To też jest prawdopodobne.
— Och, zamknij się, Riddle. I idź stąd, bo zamierzam się przebrać. Rozbieranie się przy tobie jest ostatnią rzeczą, jaką kiedykolwiek chciałabym zrobić.
 Tom odepchnął się od ściany i stanął wyprostowany tuż za plecami Ginny. Dziewczyna wpatrzyła się w lustro, omijając wzrokiem twarz Riddle'a.
— Jestem wspomnieniem w twojej głowie, Ginny. Już nieraz widziałem cię nagą. 
Weasley otworzyła ze zdziwienia usta i, najszybciej jak potrafiła, obróciła się w stronę Toma. Chłopak na pożegnanie uniósł kącik ust i wyparował z pomieszczenia. W łazience zapanowała głucha cisza, która została nagle przerwana krzykiem Ginny:
— Dupek!




Pierwsze kwietniowe śniadanie w Wielkiej Sali odbywało się w pełnej nadziei atmosferze. Uczniowie czuli powiew wolności, który zbliżał się wielkimi krokami. Niecałe trzy miesiące nauki były oznaką większego starania do jak najlepszego ukończenia roku szkolnego. I to właśnie wtedy, pierwszego kwietnia, Wielka Sala zostawała przystrojona w wiosenne ozdoby, takie jak żółte ptaki zwisające z sufitu, czy winorośle pnące się po ścianach. 
Ginny, wchodząc do pomieszczenia, przystanęła na chwilę z wrażenia. Pogoda na zewnątrz była idealna na leniwe wylegiwanie się pod drzewem i obserwowanie białych obłoków. Świece u sklepienia zostały zgaszone, a zamiast nich powieszono różnokolorowe ptaki. Wokół okien i przy końcach ścian zasadzono winorośl, która utrzymywana była zaklęciami.
Ginny usiadła do stołu i rozejrzała się po nim. Po chwili zdecydowała się zabrać zwykłą owsiankę i cytrynową herbatę.
Za jej czasów nigdy nie przystrajano Wielkiej Sali w wiosenne ozdoby. Pierwszego kwietnia obchodzono jak zwykły dzień (o ile zwykłym dniem można nazwać urodziny Freda i George'a), nie świętowano go w żaden sposób. Nie zmieniało to jednak faktu, że uczniowie wciąż czuli się pocieszeni zbliżającymi się wakacjami. Dumali na lekcjach, młodsze roczniki olewały naukę, zaś piąte i siódme roczniki się do niej przykładały. Wszyscy czuli stres nadchodzącymi egzaminami, choć nie każdy tak mocno, jak uczniowie piszący OWUTEMy czy SUMy.  
Początek kwietnia był również dość ważnym okresem w życiu Ginny. Oznaczało to, że przeżyła ponad pół roku w latach siedemdziesiątych. Nie poczuła upływającego czasu, który z miesiąca na miesiąc przybliżał ją do powrotu do swoich czasów. Ginny miała nadzieję, że powróci z przeszłości na początku września. Pragnęła pobyć jeszcze chwilę wraz z Huncwotami oraz Lily i Mary, a także nacieszyć się wolnością, która panowała w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym siódmym. I nie chodziło tu tylko o wojnę, która na dobre rozgorzała w jej czasach. Oprócz tego chciała mieć jak najwięcej czasu, aby nie zdawać żadnych poważniejszych egzaminów, takich jak SUMy czy OWUTEMy. Rok szósty był chwilowym wyzwoleniem od ciężkiej pracy, pomiędzy piątym a siódmym.
Nagle Ginny usłyszała nad sobą trzepot skrzydeł. Poranna poczta pojawiła się, jak zwykle, niespóźniona. Brązowa sowa zrzuciła do jej rąk Prorok Codzienny, a następnie odleciała w swoją stronę. Ginny otworzyła gazetę na losowo wybranej stronie i, jedząc śniadanie, zaczęła ją czytać.
Natrafiła na jakiś artykuł o Harpiach z Holyhead. Z przyjemnością wyczytywała ich osiągnięcia i wygrane z innymi drużynami. Pomimo iż nie podchodziła do quidditcha z takim samym zapałem, co kiedyś, i tak uwielbiała dowiadywać się o sukcesach swojej ulubionej drużyny.
"I pomyśleć, że jeszcze niedawno chciałam do nich dołączyć", pomyślała zadumana. 
Nagle tuż obok niej spadła na siedzenie torba, skutecznie wyrywając Ginny z zamyślenia. Popatrzyła się na Syriusza, który usiadł niedaleko i wybierał swoje śniadanie. Przywitał się wesoło.
— Piękny mamy dzisiaj dzień, prawda? — orzekł. Ginny, podążając za jego wzrokiem, uniosła w górę głowę i zapatrzyła na błękitne niebo. — Dodatkowo jest wolne. Co ty na to, żeby się udać na błonia, aby odpocząć?
Ginny uśmiechnęła się.
— Świetny pomysł. — Przytaknęła i odłożyła łyżkę do pustej miski. Gazetę ładnie poskładała i zostawiła na stole, gdyby James przyszedł i chciał przeczytać.
— Przy okazji, możesz mi powiedzieć, dlaczego się wczoraj upiłaś? Oczywiście nie narzekam na taki stan, ale ty jednak rzadko pijesz alkohol. Dość mocno uderza ci do głowy.
— Jeśli o to chodzi, to miałam akurat wyjątkowo kiepski dzień. Za dużo płaczu i rozpaczy — mruknęła, unosząc kubek z herbatą do ust. Pomieszała go i jednym haustem wszystko wypiła. — Musiałam jakoś odreagować. Wybacz, jeśli powiedziałam coś nie tak, ale miałam trudności z opanowaniem języka.
— Nie tylko języka — parsknął Syriusz.
Ginny mimowolnie się zaczerwieniła. Na ustach wykwitł jej malutki uśmieszek, który zakryła kubkiem. Chcąc nie chcąc, musiała przyznać, że dziękowała Merlinowi za to, że się wczoraj upiła. 
— Naprawdę ładnie pachniałeś. — W tonie jej głosu zabrzmiała szczerość, a Syriusz znowu się zaśmiał.
— Nie mam nic przeciwko jakimkolwiek uściskom z twojej strony. Rób co chcesz. — Wyszczerzył zęby, a Ginny zachichotała, dając sobie wymierzonego policzka w myślach. Chichotanie to ostatnia rzecz, jaką chciała robić przy Syriuszu. 
Przez drzwi Wielkiej Sali przeszli James, Remus i Peter, więc Ginny i Syriusz pomachali do nich. Trójka chłopców prędko dosiadła się do nich. 
Ginny nie uszło uwadze, że są bardziej energiczni niż zwykle. Włosy mieli roztrzepane, a krawaty niedokładnie zawiązane. James dodatkowo miał rozbiegany wzrok, jakby nie wiedział, na czym skupić swoją uwagę. Peter co chwilę pociągał nosem, a Remus mrużył i rozszerzał oczy. Przywitali się nadzwyczaj radośnie. Syriusz to zignorował i zajął się jedzeniem swojej kanapki.
Peter wyjął chusteczkę ze swojej kieszeni i wysiąkał nos. Ginny skrzywiła się na ten odgłos.
— Alergia?
— I to na dodatek upierdliwa.
Ginny przytaknęła. Po chwili Huncwoci zajęli się rozmową między sobą, a Weasley zagłębiła się w swoje myśli.
Zmieniacz czasu od dawien dawna nie dawał znaku, że już pora wracać. Wyglądał jak zwyczajny zardzewiały zegarek na szyi, który był pamiątką po swojej rodzinie. Ginny, codziennie widząc ten przedmiot, miała ochotę wyrzucić go do kosza albo zagrzebać na boisku do quidditcha. Nienawidziła go coraz bardziej i to nie tylko z powodu braku możliwości powrotu do jej czasów. Ta perspektywa stała się już normą w jej umyśle. Teraz, kiedy już przyzwyczaiła się do towarzystwa Huncwotów, nie chciała ich opuszczać. Nawet gdyby znała godzinę powrotu do lat dziewięćdziesiątych, trudno byłoby jej pogodzić się z myślą, że musi pożegnać Huncwotów. A kiedy data stała pod znakiem zapytania, wszystko wydawało się jeszcze gorsze. 
Z kolei przerażała ją wojna, która panowała w jej czasach. Powrót do ciągłej walki o życie lub nieutracenie siebie wśród tylu ofiar. Wojnę zawsze wyobrażała sobie jak zwyczajną bitwę; gęsta atmosfera na łące, lasy pokryte dywanem krwi. Ciała mężczyzn ułożonych tuż obok siebie, jak przy oddawaniu czci jakiemuś bogowi. No i oczywiście broń, taka jak noże, łuki czy siekiery. Wszystko to składało się na wyobrażenie wojny według dziecka, które myślało, że "wojna" to tak naprawdę "bitwa".
Z czasem kiedy dorosła, potrafiła rozróżniać obydwa pojęcia. Potem pojawił się strach o swoich przyjaciół: Neville'a, Luny i Colina, który był dla niej jak brat. Gdyby tylko cofnął się w czasie razem z nią, wszystko byłoby o wiele łatwiejsze. Tak to widziała ich martwych z otwartymi, pustymi oczami. W takich momentach dostawała ataku paniki lub, jeśli była w podłym humorze, płaczu. 
Naprawdę nienawidziła zmieniacza czasu. Przez to, że cofnęła się o dwadzieścia lat, przywiązała do Huncwotów, nie znała daty powrotu. I przede wszystkim – brak przyjaciół zaczął jej doskwierać z dnia na dzień. 
— Idziesz, Ginny? — zapytał Syriusz. — Halo? Ginny?
— Zapewne się wyłączyła — rzekła Mary, patrząc z uśmiechem na Weasley. — Daj jej chwilę. Musi wrócić do żywych.
— Wróciłam — odburknęła Ginny, odtrącając machającą przed jej twarzą rękę Lily. — Kiedy wyście tu przyszły?
— W połowie twojego zawieszenia — James popatrzył na Ginny z rozbawieniem. Uniósł kubek do ust i wypił łyk kawy.
— Syriusz się pytał, czy wybierasz się z nami do Hogsmeade — powiedziała Mary. Kiwała się na swoim siedzeniu to w przód to w tył. Ginny przyszło na myśl, że pewnie czeka ze zniecierpliwieniem na jej odpowiedź.
— Pewnie — zgodziła się. Lily wyrzuciła zadowolona ręce do góry, a Mary i Remus uśmiechnęli się lekko. Jedynie James, Syriusz i Peter nie dali się porwać emocjom.
— Ale pamiętaj o naszym spacerze — szepnął jej Syriusz do ucha. Przez ciało Ginny przeszedł przyjemny dreszcz, a w sercu powstał uścisk.
Już miała odpowiedzieć, lecz kiedy odwróciła się w stronę Syriusza, ten zbierał się wraz z Peterem do wyjścia. Postanowili udać się do dormitorium, żeby zabrać ze sobą potrzebne rzeczy, takie jak pieniądze czy peleryna niewidka.  
— To takie romantyczne. — Westchnęła Lily, widząc Ginny obserwującą Syriusza. Ściszyła głos, żeby tylko Mary mogła ją usłyszeć. Dowens potaknęła głową, a oczy zamigotały jej w nieznanym blasku.
— Bardzo.




Późnym popołudniem Syriusz, jak obiecał, wybrał się na spacer z Ginny. Ogromne, jasne słońce znikało za horyzontem, pozostawiając po sobie pomarańczowożółtą poświatę. Ostatnie promyki światła rozbijały się o trawę, nadając jej piękny, ciepły kolor. Ginny z fascynacją oglądała spokojne jezioro i szalejącego pośrodku krakena. Obok zbiornika wodnego biegali pierwszoroczni, nawzajem się ochlapując. Za nimi znajdował się Zakazany Las, który dzięki świetle słońca nie był już taki mroczny jak codziennie. Lekki wietrzyk powiewał rosnącymi na Wierzbie Bijącej liśćmi, a ogólny krajobraz wydawał się niczym z bajki. Ginny musiała pochwalić Syriusza za dobór pory.
Huncwoci wraz z dziewczynami zdecydowali się zostać w wiosce tak długo, jak się da. Uznali, że to odpowiedni czas, aby porządnie poimprezować, dlatego będąc w Pubie pod Trzema Miotłami, przekonali Madame Rosmertę do podawania im Ognistej Whisky. Co prawda James musiał wykorzystać swój urok, do którego barmanka miała słabość, jednakże to wystarczyło. Ginny i Syriusz wymknęli się, nim alkohol uderzył im całkowicie do głowy.
— Dzięki Merlinowi. Mam stanowczo dość upijania się przez następne kilka tygodni — stwierdziła Weasley, kiedy przechodzili obok grządek Hagrida. Olbrzyma nie było w chatce, ponieważ postanowił udać się do Zakazanego Lasu po rzadkie rośliny.  
— Poczekaj na zakończenie roku. W Gryffindorze panuje tradycja, w której siódme i szóste roczniki urządzają imprezę pożegnalną. Niektórym piątym klasom też czasami zdarza się przedostać na to małe przyjęcie. — Jego oczy patrzące gdzieś w dal, zdradzały rozmarzenie. Ginny zachichotała na ten widok, wyobrażając sobie czwórkę Huncwotów podbierających starszym rocznikom alkohol. — I żebyś widziała, jakie cuda się dzieją! Każdy nagle orientuje się, że wszystkich kochają. To komiczne, ale przyjemnie się patrzy na taki widok. 
— Obym wciąż tu była do tego momentu — mruknęła pod nosem, lecz głośno dodała: — Mam nadzieję, że James i Lily zorientują się, że są dla siebie stworzeni. Mimo iż mają zupełnie odmienne charaktery, wciąż uważam, że do siebie pasują. Mogliby wzajemnie uzupełniać drugą osobę.
Syriusz potwierdził jej słowa krótkim skinięciem głowy i zapatrzył na krajobraz rozciągający się przed nim. Ginny zastanowiło to, jakim cudem, pomimo tego wietrzyka, który hulał koło nich, jego włosy wciąż pozostawały w tej samej pozycji, zaś jej owiewały całą twarz. 
"Arystokraci", pomyślała. "Zawsze piękni i idealni".
Przełknęła ciężko ślinę, kiedy Syriusz obrócił w jej stronę głowę z błyskiem w oku. Skórzana kurtka i biała koszulka podkreślały jego buntowniczą naturę, która w tych czasach wyjątkowo rzadko się objawiała. Na wargi wstąpił łobuzerski uśmiech, jakby planował zrobić coś złego.
Zatrzymali się pod drzewem i przez chwilę rozkoszowali ciszą, jaka pomiędzy nimi zapanowała. Następnie Syriusz postanowił ją przerwać.
— Masz piękne włosy. — Wpatrywał się w nie. Owinął sobie jeden z kosmyków wokół palca, zgodnie z jego przyzwyczajeniem. Ginny odprężyła się, wiedząc, że włosy to jej słaby punkt. Za każdym razem nogi niekontrolowanie uginały się, a ciało stawało się wiotkie, niczym u laleczki. — Rude loczki, które uważane są za wyraz ognistości — parsknął. Ginny w tym momencie nie wiedziała, czy to była ironia czy rozbawienie. A może jedno i drugie? Nie skupiła się na tej kwestii, gdyż myślami była już daleko stąd. 
— Bo to prawda — odpowiedziała, czując, jak głos z pewnego zamienia się na słaby. — Kilkaset lat temu palono rudowłose czarownice na stosie, bo uważano je za niezwykle okrutne i przebiegłe. I w sumie mieli rację.
Syriusz uniósł lewy kącik ust. Zatopił całą dłoń w jej włosach. Ginny, nawet gdyby chciała, nie miałaby szansy się teraz odsunąć.
"A na pewno nie chcę."
— Ale jak kochają, to całą sobą — W jego głosie zabrzmiało mruknięcie.
Nagle sytuacja potoczyła się zbyt szybko, aby Ginny mogła cokolwiek zarejestrować. W jednej chwili Syriusz stał przed nią, zaś w kolejnej popchnął ją na drzewo i pocałował żarliwie, jakby nie chciał, żeby Ginny uciekła. A dziewczyna nie miała zamiaru tego robić. Oddała pocałunek z równą zapalczywością, pokazując mu tym samym, że może na nią liczyć w tym szalonym biegu emocji. Ucałowała lewy kącik ust, ten sam, który przed momentem uniósł się w geście zadowolenia. Serce galopowało jej z prędkością światła, a Ginny nie wątpiła, że Syriusz czuł je, w momencie w którym się przybliżył.
Black odsunął się na moment i popatrzył w jej oczy. Ginny nawet nie potrafiła rozróżnić niektórych emocji pojawiających się w jego szarych tęczówkach. Trzymała się euforii, zadowolenia, ekscytacji i ulgi, która była tam od dłuższego czasu.
— Rudy blond. — Ni to wydyszał, ni to wyszeptał. — Cudowny, rudy blond twoich włosów.
Ginny przyciągnęła go do siebie. Poczuła korę drzewa za plecami, co w tym momencie było najmniej ważne. Liczył się tylko Syriusz i jego pocałunki, które rozpaliły jej usta. Położył dłoń obok głowy dziewczyny, a drugą rękę wszczepił w tył jej włosów. Przechylił na bok twarz, a Ginny, jeśli wcześniej miała jakiekolwiek obiekcje, teraz całkowicie zniknęły. Czuła się jak ptak szybujący wśród chmur i podziwiający cały świat z wysokości. 
I gdyby piekło nagle się rozstąpiło, wybuchło trzęsienie ziemi czy tajfun zalał szkołę, ona wciąż stałaby tutaj, byleby tylko wciąż unosić się na niebie. Razem z Syriuszem.  


 Rozdział zbetowała Sovbedlly, za co serdecznie dziękuję! ^^
layout by oreuis