piątek, 31 marca 2017

Rozdział 15 - Nocne rozmowy



Biegła jak na złamanie karku. Po drodze potrąciła kilku uczniów, którzy potem wykrzykiwali za nią obelgi. Ginny jednak nie przejęła się tym. Nie przepraszała, nie obejrzała się za siebie; po prostu starała się dotrzeć do swojego celu najszybciej, jak to tylko możliwe. Zależała na tym jej przyszłość, nieważne pod jakim sensem by to nie było.
W końcu stanęła przed tak dobrze jej znanymi drzwiami. Roztrzęsionym głosem wypowiedziała hasło „Czarna Róża” i wtargnęła do środka pomieszczenia. Nie oglądając się na warzone eliksiry czy stosy pergaminów z recepturami, zaczęła przeszukiwać drewniane szafki. W jednej z nich musiał leżeć zabezpieczony notes z zapiskami o przenoszeniu się w czasie. Wyrzucała po kolei każdą mało wartościową rzecz, aż nareszcie znalazła to, co szukała.
Drżącymi z podekscytowania dłońmi przewertowała nieco pożółkłe kartki. Notes należał niegdyś do dziadka Remusa. Przedmiot miał już swoje lata, jednak jednego nie można było mu zarzucić – bezużyteczności. Kiedy jakiś nieproszony gość zaglądał do notesu, napotykał tylko puste kartki. Było też duże prawdopodobieństwo, że ta osoba weźmie ze sobą ten zeszyt, lecz tym akurat zarówno Ginny jak i Remus się nie przejmowali.
Kolejną funkcją można nazwać historię notatnika. Zawierała w sobie tyle wspomnień, że Ginny się to nie mieściło w głowie. Przez pokolenia notes przechodził z rąk do rąk. Kiedy poprzedni właściciel zapisał go już całego, wszystkie zapiski nikły, jakby ich tam nigdy nie było. Równie dobrze można było zapisać tylko kilka słów, lecz i tak zeszyt pamiętał o nich doskonale. Potem wytwarzał coś w rodzaju bariery ochronnej, dzięki której wszystkie tajemnice pozostawały nieodkryte.
— Wszystko, co osoba przelała na papier, jest szczelnie chronione — opowiedział jej Remus. — Zapisane słowa zostają ukryte pod zaklęciem, które zostało już zawarte w notesie. Nikt, poza kimś, kto w nim niegdyś pisał, nie jest w stanie ich zobaczyć. On ma podgląd na swoje wspomnienia i nikt więcej, nawet najbliżsi. To rodzaj zasady „notatnik ufa tylko właścicielowi, a właściciel tylko notatnikowi”. Tak jakby byli najbliższymi przyjaciółmi.
— Uważasz, że ten zwykły notes jest inteligentniejszy od większości ludzi? — zapytała poważnie Ginny, aczkolwiek Remus przyjął to żartobliwie.
— Widzisz, jak ta technologia w świecie czarodziejów idzie do przodu? — parsknął. Ginny postanowiła tego nie skomentować i zostawiła ten temat zamknięty.
Nagle natrafiła na ostatnią, jeszcze niezapisaną stronę. Wygrzebała pióro, które potem, wciąż rozdygotanymi palcami zanurzyła w atramencie. Przygryzła wargę i napisała słowa, które raz na zawsze miały przypieczętować historię w dzienniku.

"Zmieniacz czasu działa zależnie od naszej woli tylko przy pierwszym obrocie, które ma na celu przeniesienie nas w przeszłość. Jeśli chodzi o powrót z niej, nie mamy na to wpływu. To zmieniacz czasu decyduje, kiedy jest na to właściwy czas."

Uśmiechnęła się triumfalnie.

"Ostatnimi słowy, mogę wrócić do swoich przyjaciół dopiero kiedy zegarek uzna, że jestem gotowa. I choć obecnie szczęście rozpiera mnie jak nic dotąd, to wiem, iż jeszcze przede mną daleka droga, aby pożegnać się z Huncwotami i dziewczynami."

Zagryzła nerwowo dolną wargę, stawiając kropkę. Zmarszczyła brwi i dopisała ostatnie słowa.
"Żegnaj roku 1977! Witajcie lata '90-te"

Dobrnęła do końca kartki, kiedy napis zaczął już znikać. Tusz blaknął po kolei na każdej stronie. Ginny obserwowała, jak pierwsza literka zapisana w dzienniku wyparowała, i dopiero wtedy z czystym sumieniem zdołała zamknąć notes. 
Jeszcze przez chwilę trzymała go w rękach, czując swego rodzaju pustkę w sercu. Wpatrywała się w ciemną okładkę. Mogła przysiąc, że jej kolor stracił intensywność. Równie dobrze można stwierdzić, że to jej umysł podpowiada takie rzeczy. Tak jakby oprócz okładki również świat ją otaczający stracił barwę.
Po raz trzeci wykonała gorączkowy gest, przegryzając swoją wargę, aż tym razem poczuła metaliczny smak krwi. Odrzuciła notes z powrotem do szafki, którą potem szczelnie zamknęła. Nie odwracając się za siebie, wyszła z pracowni. Zignorowała tylko melancholię i dziwną pustkę, która ją nawiedziła po zamknięciu drzwi.




Zbliżał się początek kwietnia, a tym samym mecz pomiędzy Krukonami i Ślizgonami. W maju zostałoby rozegrane ostatnie starcie pomiędzy Gryfonami i Ślizgonami, na które uczniowie już się przygotowywali. Rysowali plakaty, pisali swoje własne pieśni motywacyjne, a inni po prostu zaprawiali się w doping.
Ginny przychodziła na każdy trening Gryfonów. Obserwowała akrobacje Jamesa i Syriusza. Często dosiadali się do niej Remus i Mary, kiedy nie byli zajęci nauką. Pomiędzy sobą wymieniali się swoimi spostrzeżeniami dotyczącymi gry, a Ginny w takim momencie wyłączała się. Już nie czuła tego kłucia w sercu, które zawsze się pojawiało, kiedy widziała zdobywane punkty przez drużynę Gryfonów. Przestało jej tak mocno zależeć na quidditchu. Teraz, gdyby została zmuszona wsiąść na miotłę, prawdopodobnie skrzywiłaby się, ale jednak wykonałaby to, co musi. Quidditch traktuje jako obowiązek, a nie hobby. Pasja przeminęła wraz z wieloma innymi rzeczami, od kiedy wylądowała w przeszłości.
Tuż po odkryciu prawdy o działaniu zmieniacza czasu natknęła się na Syriusza. Kierował się na błonia, więc Ginny skorzystała z okazji i poszła z nim. Przez minutę spacerowali w ciszy, a powietrze wokół nich można było kroić nożem.
— Dlaczego tak nagle uciekłaś? — zapytał Syriusz. Z napięciem oczekiwał na odpowiedź ze strony Ginny. Zacisnął usta, zaś jego twarz ściągnęła się w nieodgadnionym wyrazie.
Ginny podświadomie wyczuła drugą część pytania, która brzmiała "tuż po tym, jak pocałowałaś mnie w policzek". Z tego powodu zaczęła bawić się palcami, a także przyspieszyła nieco kroku.
— Cóż... — Chrząknęła. — Ja... — zacięła się. Wyrzuty sumienia uderzyły w nią pełną mocą. — Nie mogę ci powiedzieć. To tajemnica.
Bolało ją ukrywanie przed Huncwotami prawdy o swoim pochodzeniu. Z dnia na dzień serce ściskało ją coraz bardziej, szczególnie kiedy pytali ją o przedłużające się chwile nieobecności. Spóźniała się na każde spotkania, jakie organizowali w Pokoju Wspólnym, a kiedy zapytana o powód, odpowiadała, że zasiedziała się w bibliotece. Wiedziała, iż ta wymówka nie podziała zbyt długo, ponieważ każdy z Huncwotów przynajmniej raz w tygodniu odwiedzał bibliotekę. Odgadłby wtedy, że Ginny tak naprawdę wcale tam nie było. Poza tym zbyt mocno przywiązała się do Gryfonów, aby ich tak okłamywać.
Syriusz pokiwał głową i po tym znowu zamilkł. Ginny z desperacją zaczęła myśleć nad innym rozwiązaniem tego problemu.
— Będę mogła ci o tym powiedzieć, kiedy tylko wykonam wszystko, co muszę — obiecała, choć nie była co do tego pewna. Twarz Syriusza od razu się rozjaśniła, a  ona wewnętrznie westchnęła z ulgą. — Ty, James, Remus, a nawet Peter. Będziecie wiedzieć o wszystkim, tylko potrzebuję czasu, aby wszystko poskładać do kupy.
— A ja jako pierwszy? — Syriusz zmrużył oczy, ale na ustach zaczął mu igrać malutki uśmieszek.
Ginny pokiwała energicznie głową. Entuzjazm, który okazywała zewnętrznie, tak naprawdę nie istniał. Czuła, że z tej przysięgi nie wyniknie nic dobrego. Póki co musiała udawać, iż dotrzyma słowa.
Na uwierzytelnienie tego, co powiedziała, chwyciła rękę Syriusza w obie dłonie. Spojrzała mu prosto w oczy i od razu poczuła się podle, kiedy zauważyła w nich radość i satysfakcję.
„Pójdę się za to smażyć w piekle”, pomyślała.




Laboratorium Ginny i Severusa rozświetlone było tylko dwiema pochodniami. Dawało to wystarczająco światła, aby pracować bez żadnych większych problemów. Jezioro, które można zobaczyć zza okna, przyciemniało pomieszczenie, nadając mu chłodnej i tajemniczej atmosfery. Ginny uwielbiała pracować w tym laboratorium właśnie przez panującą ciemność. Zbytnie oświetlenie jej przeszkadzało, a mrok powodował ukojenie. Z otwartymi ramionami je przyjmowała, natomiast jasność odpychała, jak tylko mogła. I prawdę mówiąc, wiedziała, iż to tak naprawdę metafora jej osobowości.
Severus siekał gałązki waleriany na malutkie kawałki. Po chwili dodał go do przygotowującego się roztworu, który delikatnie bulgotał. Eliksir Słodkiego Snu był już prawie na wykończeniu. Pozostawało dodać tylko dwie krople śluzu gumochłona, aby postawić go na szafkę "Może się kiedyś przydać".
Ginny wraz z Severusem od kilku tygodni przychodzili do pracowni tylko po to, żeby sprawdzić, czy Felix Felicis poprawnie się warzy. Po doglądnięciu zazwyczaj siadali na swoich stałych miejscach – Severus na krześle, Ginny na blacie koło zlewu. Następnie zaczynali ze sobą rozmawiać, jakby znali się już od przeszło roku. Weasley nie narzekała na taki zwrot akcji. Miło przyjęła nagłą otwartość Snape'a, choć początkowo dość mocno się nią zdziwiła. Podczas jednej z takich konwersacji Ślizgon wpadł na genialny pomysł, aby zacząć dodatkowo warzyć eliksiry. Felix Felicis było ich priorytetem, jednakże zbyt często się nudzili, żeby tylko na nim skupiać swoją uwagę. Od tamtego czasu przygotowywali coraz to nowsze eliksiry, których umiejętność robienia może przydać się w przyszłości.
— Okej — powiedziała Ginny pośród bulgotania roztworów, mieszania w kociołkach i tłuczenia się przyrządami. Odgoniła ręką dym, który nagle wytworzył się nad antidotum na Veritaserum. — Myślisz, że udało mi się to wykonać poprawnie?
Severus odwrócił w jej stronę głowę, po czym zmarszczył nos.
— Nie sądzę. Antidotum nie miało tak śmierdzieć.
— Szlag! — przeklęła i rzuciła się w stronę czwartego stanowiska. Zaczęła wymachiwać ręcznikiem nad kociołkiem, drugą ręką zmniejszając pod nim ogień. Breja znajdująca się w kotle rosła w objętość. — Eliksir Spokoju już chyba nie nadaje się do użytku.
— Broń cię Merlinie. Przysięgam, że już nigdy więcej się za niego nie weźmiesz.
— Ej! — oburzyła się. — To nie moja wina! Kazałeś mi pracować nad dwoma eliksirami naraz.
— Chciałem, żebyś zdobyła umiejętność wielofunkcyjności. Najwyraźniej musisz jeszcze trochę poćwiczyć.
Ginny wywróciła oczami i odgarnęła włosy z twarzy. Ogarnęła obydwa roztwory wzrokiem, a potem, z niemałą rezygnacją, wróciła do antidotum na Veritaserum.
Przez następne kilka minut Ginny warzyła w spokoju eliksir. Nagle drzwi do pracowni otworzyły się. Weasley ze zdumieniem obserwowała, jak Regulus i Narcyza wchodzą do komnaty. Blackówna poruszała się z typową dla siebie gracją, a jej kuzyn stawiał arystokratycznie kroki. Przyzwyczajenia nabyte w domu odbijały się na nich, nawet kiedy tego nie chcieli.
— Narcyza? Regulus? — zdziwiła się Ginny. — Jak wy się tu dostaliście?
Regulus oklapł na siedzenie, a Narcyza uśmiechnęła się lekko i popatrzyła na Snape'a.
— Severus powiedział nam hasło — przyznała. — Swoją drogą, jest bardzo oryginalne. Zawsze fascynowały mnie Czarne Róże.
Regulus przytaknął głową.
— To prawda. W swoim pokoju Narcyza zawsze ma bukiet takich kwiatów. Tylko że one zazwyczaj są sztuczne. — Popatrzył zgryźliwym wzrokiem na Ślizgonkę. Narcyza wzruszyła ramionami.
— Czarne Róże nie istnieją. Co nie oznacza, iż są to moje ulubione kwiaty.
Ginny i Severus wymienili się spojrzeniami. W dniu, w którym zostali wyznaczeni do wspólnego pracowania, profesor Slughorn przyprowadził ich od razu do pracowni. Nauczyciel wyjaśnił im, iż hasło do pomieszczenia nie wzięło się znikąd. Czarne Róże istniały, choć były wręcz niespotykane.
— Też je uwielbiam — odezwała się Ginny. — Są... niezwykłe.
Regulus wywrócił oczami. Rozciągnął się wygodnie na miejscu Snape'a i zlustrował wzrokiem całą pracownię. Dłużej skupił spojrzenie na warzących się eliksirach. Narcyza stanęła przed jednym z kociołków i zajrzała do jego wnętrza.
— Myślałam, że macie przygotować tylko Felix Felicis.
— Mieliśmy — zaznaczył Severus. — Postanowiliśmy skupić się na innych eliksirach, dopóki  Płynne Szczęście się warzy. A nuż kiedyś się przydadzą. — Narcyza pokiwała głową i położyła ręce po bokach.
— Pomóc wam? — zaoferowała. Kiedy napotkała zdziwione spojrzenia Ginny i Severusa, prędko dodała: — Nie chodzi mi o Felix Felicis. Oprócz nauki na kolejne lekcje nie robię niczego pożytecznego. Chciałabym się w końcu przydać i zrobić coś dla innych.
— Innych? — Severus uniósł brew. Tym razem Narcyza popatrzyła na niego ze zdziwieniem.
— To wy nie planujecie oddać tego do Skrzydła Szpitalnego? — Snape i Weasley pokręcili głowami. — Naprawdę? W takim razie mogę robić to dodatkowo. Z chęcią poćwiczę warzenie eliksirów.
— A jesteś w tym dobra? — zapytała Ginny. Wymieszała antidotum na Veritaserum, a następnie włożyła chochlę do zlewu. Szum wody zagłuszył nieco Gryfonce głos Narcyzy.
— Mistrzami nie jesteśmy, ale najgorsi też nie. — Ginny usłyszała głos Regulusa. — To dobry pomysł, aby nieco dokształcić się w tej dziedzinie. A przy okazji, Severusie, nie będziesz musiał siedzieć samemu z Ginny. Będzie weselej dzięki nam.
— Zapewne — sarknął Snape. Weasley pokręciła tylko na to głową. Wiedziała doskonale, że przyszły Mistrz Eliksirów jest mocno związany z dwójką Ślizgonów. Ukrywał ich przyjaźń pod zasłoną sarkazmu i zgryźliwości. Ginny była dumna, iż Severus znalazł kogoś bliższego niż Lily. Ich rozpad przyjaźni zapewne spowodował bliższe poznanie się trójki Ślizgonów.
— A ty, Ginny? — zwrócił się do niej Regulus. — Chciałabyś, żebyśmy tu często przychodzili?
— Nie mam nic przeciwko — zgodziła się. Młody Black uśmiechnął się triumfująco do Severusa. — Mam tylko jeden warunek – macie pracować sprawnie i bez zbędnego hałasu. Jeśli coś zepsujecie, wy za to odpowiadacie.
Regulus i Narcyza pokiwali żywo głową. Ginny obserwowała, jak z zapałem zabierają się za przygotowywanie odpowiednich składników. Poczuła ukłucie żalu, widząc, jak ta odrobina wolności daje im radość. W domu nie mogli pozwolić sobie na okazanie szczęścia albo jakichkolwiek innych uczuć. Musieli być zamknięci w sobie z maską obojętności na twarzy. I to nawet teraz, kiedy wciąż byli dziećmi.
— Jesteś pewna, co robisz? — mruknął do niej Severus. Ginny podskoczyła lekko, nie wiedząc, w jakim momencie się pojawił. — Mają dopiero czternaście lat. Nie są aż tak zaawansowani w warzeniu eliksirów, jak my. A co, jeśli przez przypadek zniszczą naszą pracownię?
— Wierzę w nich. — Spojrzała mu w oczy. — Ty też powinieneś, Severusie. Znasz ich dłużej ode mnie, ufasz im całkowicie. I nie zaprzeczaj, że tak nie jest, bo widzę, jak się sprawy mają — zastrzegła go, kiedy zobaczyła, jak zaczął otwierać usta. — Skoro ja potrafiłam zaufać ich umiejętnościom, ty też potrafisz.
Severus popatrzył na zadowolone twarze dwójki kuzynów. Uśmiechali się od ucha do ucha i wesoło rozprawiali o Eliksirze Postarzającym. Stali wokół jednego stanowiska i pokazywali nawzajem podpunkty z receptury. Nie słyszeli cichej rozmowy pomiędzy Severusem a Ginny, z czego Gryfonka była bardzo zadowolona.
Snape westchnął ciężko i odwrócił z powrotem do Weasley, która wpatrywała się w niego. Przez chwilę zaglądali sobie głęboko w oczy, po czym chłopak stwierdził:
— Niech będzie. Ale to ty tłumaczysz się Slughornowi z powodu wybuchu pracowni.
Ginny uśmiechnęła się lekko. Severus nigdy nie chciał mieć cokolwiek związanego z kłopotami. Unikał ich jak ogień.
— Gdzie są dżdżownice? — krzyknęła Narcyza. — Potrzebne nam do Eliksiru Postarzającego.
— O nie, nie — zaprzeczył Severus, podchodząc do niej i wyrywając przepis z ręki. — Zaczynacie od łatwych eliksirów. Skurczający będzie dla was idealny.
— Przecież warzyliśmy to na trzecim roku — oburzyła się Ślizgonka.
— A jesteście na czwartym. I nie mam zamiaru zmienić decyzji, choćbyście nawet błagali. Zaczynacie od najłatwiejszych. — Obrzucił ich groźnym spojrzeniem, kiedy nie ruszyli się z miejsca. Ginny zaśmiała się cicho na widok ich zbuntowanych min. — No już! Do roboty!




Kilka dni później Ginny i Narcyza spotkały się w tym samym miejscu. Regulus i Severus nie byli w stanie do nich przyjść, ponieważ mieli do odrobienia zadania domowe. Dziewczyny skorzystały na tym i same postanowiły się zobaczyć.
Ginny usiadła na stałym miejscu Severusa, a Narcyza na blacie. Kiedy doglądnęły wszystkie warzone eliksiry, postanowiły pomówić o rzeczach mniej ważnych. Gryfonka wpadła na pomysł, aby zapytać młodszą koleżankę o zasady panujące w Slytherinie. Weasley od zawsze była tego ciekawa, ponieważ uważała Slytherin za swój drugi dom, który jest znacznie bliższy jej sercu. Z powodu należenia do rodziny, która zazwyczaj trafia do Gryffindoru, nie mogła znaleźć się w wrogim domu. I choć od małego tego pragnęła, tradycja brała górę.
— Ślizgoni nie ufają nikomu, kto jest z innego domu — wyjaśniła Narcyza. Utrzymywała kontakt wzrokowy z Ginny. — Taki jest właśnie pierwszy podpunkt w regulaminie, który teoretycznie nie istnieje. Uczymy się go w pewnym czasie, obserwując zachowanie starszych uczniów. Dlatego jeśli zapytasz Ślizgona o pokazanie dowodu na istnienie przepisów, on nie da rady tego zrobić. Nakazy są głęboko w nas zakorzenione, używamy ich podświadomie.
— Czyli to oznacza, że ufacie tylko sobie? — zapytała Ginny, na co Narcyza przytaknęła.
— Traktujemy się jak rodzina — odpowiedziała Narcyza. — Slytherin to jedna wielka rodzina, ogółem mówiąc. Jednak, jak zapewne się domyślasz, istnieją wyjątki. — Założyła nogę na nogę i położyła dłonie na kolanach. — Bywa tak, że zaufamy komuś, kto jest, przykładowo, z Gryffindoru. Dlaczego? Cóż, obserwujemy jego zachowanie. Mimo iż niewielu się do tego przyznaje, jesteśmy idealnymi obserwatorami — rzekła. — Po jego ruchach potrafimy stwierdzić, czy nie nastąpiła pomyłka w sortowaniu do domu.
Ginny zmarszczyła brwi.
— Czekaj — przerwała jej. — Właśnie zaczynam coś rozumieć. Ty i Regulus od początku traktujecie mnie jak osobę godną zaufania. Nie znacie mnie dokładnie, a jednak wiecie, że możecie powierzyć mi wszystkie tajemnice.
— Miałaś trafić do Slytherinu, prawda? — Ginny zdrętwiała z zaskoczenia. Nie potrafiła wydusić z siebie żadnego słowa, więc na pomoc przyszła jej Narcyza. — Oczywiście, że tak. Widać to na pierwszy rzut oka. Na posiłkach siedzisz wyprostowana, nigdy nie zgarbiona. Przestrzegasz wszelkie zasady jedzenia. Następnie, nie jesteś uprzedzona do Ślizgonów. Ba, widać twoje spojrzenia, jakie wodzisz za nimi. To po części pochlebiające, po części przygnębiające.
— Dlaczego?
— Ty naprawdę chcesz należeć do Slytherinu. Jednakże nie możesz, ponieważ jesteś Weasleyem, a tradycja mówi, że każdy z tego rodu trafia do Gryffindoru. To smutne, jak zwyczaje potrafią zrujnować czyjeś życie.
Narcyza zamilkła, zaś Ginny wpatrywała się w nią bez słowa. Wszystko, co powiedziała Ślizgonka, było prawdą, co i tak pogorszyło humor Gryfonki. Nikt nie miał się o tym dowiedzieć, a już szczególnie osoby, które nie były jej tak bliskie jak Colin, Neville czy Luna.
— Coś jeszcze? — wymamrotała.
— Poruszasz się z gracją, choć nie należysz do arystokracji — oznajmiła Narcyza. — Naśladujesz ruchy Ślizgonów, nie rozmawiasz z większością Gryfonów. Niektórzy z nich denerwują cię swoją śmiałością i otwartością. Jesteś uporządkowaną kobietą, a nie dzikuską. — Uśmiechnęła się na koniec z rozbawieniem.
Ginny, chcąc nie chcąc, musiała przyznać jej rację. Może miała kilka cech pasujących do Gryffindoru, ale Slytherin zawsze brał górę.
— Jesteś — ciągnęła Narcyza — nieco zwariowaną hipokrytką, która nie ma zaufania do innych. A jednak, mimo wszystko, ludzie wciąż cię lubią. Dlaczego?
— A może jestem miła? — odparowała Ginny. — Oprócz tych negatywnych cech, posiadam też pozytywne.
— Stuprocentowo nie jesteś miła. Wierz mi, na pewno nie to przyciąga do ciebie Syriusza.
— Co? — zapytała zaskoczona Ginny. Poczuła, jak na policzki wchodzą jej gorące rumieńce. — Czemu akurat jego podałaś za przykład?
Narcyza zaśmiała się radośnie. Popatrzyła na nią z błyszczącymi oczami i natychmiastowo odpowiedziała:
— Każdy widzi, że zachowuje się kompletnie inaczej w twoim towarzystwie, co nie zdarzało się przy innych dziewczynach. Teraz są o ciebie zazdrosne. — Uśmiechnęła się szeroko.
— To o niczym nie świadczy — parsknęła Ginny. Policzki paliły ją żywym ogniem porównywalnym do koloru jej włosów. Przełknęła ślinę.
— Syriusz jest niesamowitym człowiekiem — stwierdziła Narcyza. — Kiedy byliśmy młodsi, często bawiliśmy się na dworze w chowanego. Pewnego dnia postanowiła ukryć się w lesie. Niestety, kiedy biegłam w stronę drzew, przewróciłam się o wystający korzeń. Syriusz mnie znalazł i zaprowadził do domu, gdzie rodzice okrzyczeli go za skrzywdzenie mnie. — Spuściła wzrok i wygięła usta. — Przyjął to ze spokojem. Próbowałam zaprotestować, lecz już wtedy rodzina nie odnosiła się miło do Syriusza. Od tego momentu mieliśmy zakaz grania w chowanego.
— Ale nie spowodowało, że przestaliście się przyjaźnić — dodała Gryfonka. Blackówna pokręciła przecząco głową.
— To prawda. Stało się tak, kiedy Syriusz trafił do Gryffindoru. Kompletnie odciął się od swojej rodziny. Może z wyjątkiem Regulusa, bo chciał, żeby on również trafił do Gryfonów. Mnie zaś traktował tak samo jak rodziców czy Bellatrix. Pierwszy raz poczułam się taka odtrącona — przyznała.
Ginny wyobraziła sobie życie w arystokratycznej rodzinie. Pomyślała, że jest z rodu Black. Chodzi na wytrawne przyjęcia, przestrzega manier. Żyje pełnią życia, pławiąc się w bogactwie i sławie. Jednak ta myśl szybko zniechęciła ją do dalszego wyobrażania sobie swojego alternatywnego ja.
— Wracając, ciesz się, że przyjaźnisz się z kimś takim jak Syriusz. I nie odtrącaj go, kiedy próbuje pokazać, że jest wart waszej relacji.
— Co takiego? — Tym razem zamurowało ją.
— Podobasz mu się — uświadomiła ją Narcyza. Ginny popatrzyła na nią jak na ciekawy okaz, który jest rzadko spotykany. Rozchyliła usta ze zdziwienia. Serce ścisnęło jej się w supeł. — Jeśli jeszcze tego nie zauważyłaś, to jesteś ślepa.
Ginny zająknęła się przy odpowiedzi. Wciąż była w niemałym szoku, co próbowała ukryć.
— Pytanie zasadnicze — ciągnęła Narcyza. — Czy on w tobie też wzbudza takie uczucia?
Ginny zadrgała warga. Opuściła oczy, czując, że kolejny atak płaczu zaraz nadejdzie. Musiała przyznać Narcyzie rację – była hipokrytką.
Pytanie Ślizgonki odbijało się po głowie Ginny. Czy podobał jej się Syriusz? Oczywiście, że tak. Nie ma na świecie kobiety, która nie doceniłaby jego wyglądu. Ceniła również jego inteligencję oraz szczerość, która czasami wręcz go przepełniała. Ale czy można tutaj mówić o miłości? Czy można zakochać się w kimś, mając szesnaście lat? Nie. Ginny nie wierzyła w takie trywialne wartości. Przeczyło jej wyznawanym zasadom. Miłość nie miała prawa bytu, a jeśli nawet, to musiałaby być tego pewna.
Wiedziałaby, gdyby się w kimś zakochała. Czytała wiele razy romanse, więc wiedziała, kiedy człowiek darzy kogoś uczuciami. Przyspieszone bicie serca, brak możliwości oderwania od kogoś wzroku, rumienie się na każdą wzmiankę o kochanej osobie. Ginny ani jednej z wymienionych rzeczy nie czuła.
I może właśnie dlatego odpowiedziała:
— Nie. Nie zakochałam się w nim. — Popatrzyła Narcyzie prosto w oczy. — I nigdy nie będę w stanie kogokolwiek pokochać.




Ginny wracała z laboratorium do dormitorium. Było już dawno po ciszy nocnej, dlatego ostrożnie stąpała korytarzami, aby nie natknąć się na żadnego z dyżurujących nauczycieli lub, co gorsza, Filcha i jego kotkę. Kiedy weszła do Pokoju Wspólnego, mogła wreszcie odetchnąć z ulgą. Pomieszczenie było oświecone jedynie światłem, który dawał kominek. Na zewnątrz Ginny ujrzała przejrzyste niebo bez ani jednej chmurki.
Wchodziła schodkami na górę. Już miała otwierać drzwi do dormitorium, kiedy usłyszała rozlegające się wewnątrz głosy. Jeden z nich wymienił imię Ginny, dlatego Gryfonka zdecydowała się posłuchać rozmowę.
— Naprawdę zazdroszczę Ginny. — To była zdecydowanie Lily. Weasley przysunęła się bliżej do drzwi i odgarnęła włosy z ucha. — Czasami zastanawiam się, jak tak szybko jej się udało zaprzyjaźnić z chłopakami. To niesłychane, żeby jakakolwiek dziewczyna się tak do nich zbliżyła.
— Musisz przyznać, że ma w sobie to coś — odpowiedziała jej Mary. — Jak Merlina kocham, nigdy nie spotkałam takiej niezwykłej osoby.
Ginny poczuła ciepło rozlewające się po jej klatce piersiowej. Mimo iż rzadko dostawała komplementy, cieszyła się z nich ogromnie.
Lily zaśmiała się radośnie. Weasley mogła przysiąc, że tym samym potrząsnęła swoimi włosami.
— Ja też — przyznała Evans. — Gdyby nie ona, prawdopodobnie nigdy nie poznałabym Jamesa tak z bliższa. A teraz... czuję się, jakbym fruwała w jego towarzystwie.
— Miłość, ot co — zaanonsowała Dowens. — Na wiosnę każdy się zakochuje, co jest dość przygnębiające. Ty, James... — Ginny podniosła zdziwiony wzrok na drzwi. Czyżby była tak okropną przyjaciółką, (…) że nie wiedziała, w kim podkochuje się jej starszy brat, z którym, nawiasem mówiąc, nie są powiązani więzami krwi. — ... Syriusz.
Ginny miała ochotę walnąć głową w drzwi. Oczywiście, cieszyła się z tego, że Black się w niej podkochuje. Która dziewczyna chodziłaby ze zwieszoną głową, wiedząc o takiej rzeczy? Gryfonkę bardziej przerażał fakt, że to miłość platoniczna. Nie była typem osoby, która z przyjemnością łamie serca. Brzydziła się osobami, które, zrobiwszy to, wracały do normalnego trybu życia i raz na zawsze zapominały o osobie, która ich kochała. Na swój sposób uważała, iż to okrutniejsze niż niejedne fizyczne tortury.
Z drugiej strony, odkąd usłyszała imię "Syriusz", serce zabiło jej dwa razy mocniej, a ciało natychmiastowo spięło. Tak bardzo nie chciała słyszeć o miłości, że wypierała ją jak najbardziej z umysłu. W jej miejscu powstawała kamienna bariera, która odgradzała od siebie emocje związane z tą wartością. Serce zaś marzło coraz bardziej, pozostawiając po sobie tylko lód.
Lily westchnęła.
— Myślisz, że z tego coś wyjdzie? — przerwała na chwilę. — Chodzi mi o Ginny i Syriusza. Widać, że do siebie lgną, ale znasz ich. Syriusz to typowy łamacz serc, a Ginny to wyjątkowo twarda kobieta. Prędzej pozabijają się niż stworzą szczęśliwy związek.
— O ile go w ogóle stworzą.
Ginny zacisnęła usta i weszła do pomieszczenia. Na wstępie powitały ją zdziwione i przestraszone spojrzenia, które zaraz potem się uspokoiły. Ginny uśmiechnęła się do dziewczyn na pozór radośnie. Leżały rozwalone po całości łóżek, zasłoniły okna, obok siebie miały stos książek. Pościel pomięły, poduszki leżały w kącie pokoju. Ginny wpatrywała się w cały nieporządek.
— Pójdę się wykapać — wydukała, czując na sobie wzrok współlokatorek.
Wzięła z łóżka piżamę i niemrawym krokiem weszła do łazienki. Tam zatrzasnęła się, żeby nikt nie miał możliwości wejścia do środka. Z dormitorium wciąż słyszała szepty Lily i Mary, ale nie potrafiła zrozumieć ani jednego słowa.
Może to i lepiej”, pomyślała, odkręcając wodę z kranu. „Słuchanie o mnie i Syriuszu na pewno nie polepszyłoby mojego humoru”. 
Popatrzyła w swoje lustro. Na chwilę mignęła jej postać Toma, lecz to był tak krótki ułamek sekundy, iż prędko wyperswadowała go sobie z głowy. 
„Jestem takim samym potworem co ty, Riddle. Dokładnie takim samym”. 

 Rozdział został zbetowany przez Sovbedlly.

***

Hej, hej! Huh, mam nadzieję, że udało mi się pokazać hipokryzję Ginny. Tak pełna sprzeczności dziewczyna nie mogła nie pogmatwać się w swoich uczuciach :') Z jednej strony niby kocha, ale z drugiej jej umysł oraz połowa serca wzywa ją do porządku, tym samym odpychając ją od miłości.
Kurde, to już półtora miesiąca od poprzedniego rozdziału >.< Ajajaj. Potrzebuję jakiegoś mocnego kopniaka w tyłek, aby częściej siadać do komputera.
layout by oreuis