sobota, 8 lipca 2017

Rozdział 21 - Hogwart




Uwaga! Od tego rozdziału będą następować coraz większe zmiany w kanonie.



Jakież wielkie było zdziwienie Ginny, gdy pierwszoroczni, zamiast płynąć łódką do Hogwartu, jechali dróżką w towarzystwie starszych uczniów. Nie tylko ona dziwnie na to zareagowała – inni również wydawali się tak samo ogłupieni. Kolejne zaskoczenie, jakie ich czekało, znajdowało się tuż przed wejściem do zamku.
Wszyscy uczniowie stłoczyli się w jednym miejscu. Tuż przed nimi, w odległości około dwóch metrów, stała dwójka ubranych na czarno dorosłych – kobieta i mężczyzna. Nie trzeba było jakiegoś wielkiego umysłu, aby zrozumieć, iż to śmierciożercy. Na przedramieniu widniały im smoliste Mroczne Znaki, których nawet nie ukrywali. Ba, można by rzec, że wręcz się nimi szczycili. Jednak to nie to najbardziej przestraszyło Ginny, tylko oczy śmierciożerców. Pałały dzikim okrucieństwem oraz niezdrową fascynacją objawiającą się, gdy co poniektórzy zaczęli wydawać zaskoczone okrzyki. Usta dorosłych wykrzywiły się w nieludzkim uśmiechu.
— Cisza! — krzyknął mężczyzna wyrafinowanym, a nawet hipnotyzującym głosem, w którym na próżno było doszukiwać się skazy. Naraz wszyscy uczniowie zamilkli i wlepili wzrok w jego postać.
— Witajcie z powrotem w Hogwarcie! — Kobieta stanowiła kompletnie przeciwieństwo swojego partnera. Miała ostry, nasączony jadem głos, a udawany milszy ton tylko napełnił grozy. — Wakacje przeminęły nam niezwykle szybko, ale również niezwykle pracowicie. Zapewne wielu starszych uczniów dostrzeże zmiany, które wprowadziliśmy, choć niewątpliwe, że ci, którzy pierwszy raz wkroczyli na te ziemie, tak samo zrozumieją, iż pewne rzeczy straciły na znaczeniu, a niektóre zyskały...
— Jak wszyscy wiemy, obecnie trwa wojna — dodał mężczyzna. — Ja wraz z moją wspólniczką, Alecto, pragniemy was przygotować na wszelkie problemy, jakie tylko czyhają za rogiem. — Bez wątpienia Ginny wyczuła w jego głosie kpinę. Nabrała pewnych obaw co do tego, czy w Hogwarcie wciąż będzie równie bezpiecznie, co poprzednio. Dwójka śmierciożerców raczej nie miała na myśli chronienie uczniów przed niebezpieczeństwem. Wyglądali bardziej na katów, niżeli na dobrych ludzi mających na celu utrzymanie przy życiu jak największej liczby osób.
Kobieta, zwana Alecto, przywodziła na myśl wampira, lecz takiego ciągle głodnego. Osobą zgrabną nie była, można by wręcz rzec, iż dosyć otyłą. Oczywiście nie przeszkadzało jej to w walce, ponieważ, gdyby przyszło co do czego, powaliłaby aurora na ziemię, używając przy tym całej masy ciała. Z twarzy wyglądała jak świnia – kartoflany nos, małe, czarne oczy oraz dwa podbródki. Jedyne co do obrazu tej świni nie pasowało, to nienaturalnie biała karnacja i cienie pod oczami. Uszy przylegały jej ściśle do głowy, a włosy upięte w koka, wydawały się tłuste.
Jej wspólnik, albo raczej brat, jak Ginny wnioskowała po rysach twarzy i tym samym okrucieństwie we wzroku, wyglądał na bardziej cichego, a zarazem dojrzalszego od siostry. Nie ukazywał wprost swojej pogardy do uczniów, na twarzy trzymał kamienną maskę, a cała jego postura była wyprostowana niczym tyczka. W porównaniu do siostry wyróżniał się swoją chudością, nie posiadał garba na pół metra, a jego włosy przynajmniej nie były myte w rosole. Jednak wciąż coś nakazywało Ginny trzymać się jak najdalej od tego mężczyzny. Może i z wyglądu przypominał przyzwoitego człowieka, aczkolwiek w głębi serca mógł ukrywać bestię, groźniejszą niż jego siostry.
— Więcej szczegółów dowiecie się od waszego nowego dyrektora — rzekła uradowana kobieta. To wręcz nieprzyzwoite, całe to okazywanie swych chorych zamiarów przy uczniach. Ginny modliła się w duchu o to, aby Alecto nie okazała się nowym nauczycielem od obrony przed czarną magią.
Gryfonka została popchnięta wraz z resztą tłumu do środka zamku. Przechodząc przez wrota, poczuła dziwne, zalewające ją uczucie, jakby właśnie została wchłonięta przez magię. Przeszło ją tak nagle, iż dostała ciarek na całym ciele. Obok niej toczyły się zawzięte rozmowy pomiędzy kilkoma młodszymi uczniami. Jedno pytanie usłyszała wyjątkowo wyraźnie.
— Kto jest nowym dyrektorem szkoły, skoro Albus Dumbledore nie żyje? I nie mówcie, że jeden z tych szaleńców, bo już dzisiaj ucieknę z Hogwartu!
— Rodzice mi mówili, że to morderca Dumbledore'a zostaje dyrektorem. No wiecie — Brunet ściszył głos —Severus Snape.
W grupce zapadła nagle cisza. Dopiero po chwili jakiś blondyn zabrał głos:
— Mamy przekichane.
Ale Ginny miała co do tego odmienne zdanie. Severus, jej drogi Severus! Był tutaj i może pamiętał Ginny Weasley sprzed dwudziestu lat! Tuż po kolacji musiała z nim porozmawiać na temat tego, co się naprawdę zdarzyło w przeszłości. A co najważniejsze, w końcu miała kogoś z dawnych czasów, komu mogłaby się wypłakać w ramię bez żadnych przeszkód, że nie zrozumie, dlaczego to wszystko ją tak bolało.
Pilnie potrzebowała kogoś z przeszłości. Oprócz niej i Severusa wciąż pozostawali Narcyza i Remus, jednakże wiedziała, iż z tą pierwszą będzie trudno się skontaktować, a Remus może ukrywać się gdzieś z Tonks. Ministerstwo Magii nałożyło nakaz zgłoszenia się do ośrodku każdego wilkołaka oraz każdego mugolaka. Niewątpliwym pozostawało, że już nigdy potem nie widziano nikogo, kto poszedł do ministerstwa.
Doszli do Wielkiej Sali. Drzwi otworzyły się powoli, jednak nie takiego widoku Ginny spodziewała się zobaczyć. W pomieszczeniu panował mrok, ponieważ żadna ze świec przy sklepieniu nie została zaświecona. Zazwyczaj suto zastawione stoły teraz zaopatrzone były jedynie w chleb i wodę, czego nie można powiedzieć o stole Slytherinu oraz o tym należącym do nauczycieli. Chłód, ciemność oraz niewypowiedziana groźba – to wszystko określało Hogwart. Brakowało ciepła i radości jak za dawnych czasów, na próżno można było doszukiwać się wesołych uśmiechów i okrzyków zachwytu pierwszoroczniaków. Każdy element przeobraził się w irracjonalny strach, który poczuł każdy uczeń szkoły.
Wszyscy udali się do swych stołów. Pośród szmerów i szurania Ginny siadła pomiędzy Nevillem i Colinem, którzy prowadzili ożywioną dyskusję. Czując się trochę wyeliminowaną z gry, zaczęła rozglądać się po sali. Ogołocone ściany idealnie współgrały z bladymi twarzami uczniów. Przy stole Ravenclawu panowała martwa cisza, u Puchonów tylko nieliczni decydowali się zagłębiać w dyskusję, tak samo jak u Gryfonów. Ginny spojrzała w miejsce, z którego dochodził największy hałas. O dziwo, to Slytherin, zazwyczaj najcichszy spośród wszystkich domów, prowadził najbardziej zawziętą rozmowę. Gryfonka podziwiała ich za odwagę, z jaką to robili. Reszta Hogwartczyków wolała siedzieć cicho – zbytnio bali się konsekwencji, jakie ich czekają, gdy powiedzą coś na głos.
Przesunęła wzrok na Draco. Chłopak nachylał się nad Pansy, gdy ta mówiła mu coś do ucha. Jakby czując, że jest obserwowany, uniósł głowę, a ich spojrzenia skrzyżowały się. Ginny prędko odwróciła się w stronę Neville'a.
— Ostatnio mówili coś o tym w radiu, jednak nie do końca jestem pewien, czy to aby na pewno było prawdą...
— Ministerstwo zostało zinfiltrowane, a co za tym idzie, nic, co mówią w radiach i piszą w gazetach, nie jest prawdziwe — dodała od siebie po cichu, czując, że rozmowa zbacza na znany jej teren. — Nawet Zakon nie jest pewny, czy informacje, które dostają, nie zostały wcześniej przeinaczone przez śmierciożerców.
— Przecież to paranoja! — Dziesiątki oczu spojrzało w stronę Colina. Szept chłopaka usłyszało co najmniej kilka osób. Ginny zgromiła ich spojrzeniem, na co ci prędko odwrócili głowy i zajęli się swoimi sprawami. Zawstydzony Colin szepnął: — Przepraszam.
— Następnym razem uważaj na to, jak mówisz — przestrzegł Neville, a Colin zgodnie pokiwał głową. Po chwili powrócili do tematu. — A nie istnieją jakieś inne gazety, które wykładają prawdziwe fakty?
— Nic mi o tym nie wiadomo. — Ginny wzruszyła ramionami. — Muszę popytać o to Lunę. Jej tata prowadzi Żonglera, a Lovegoodowie są jednymi z najpoczciwszych ludzi, jakich znam.
— W wakacje przeglądałem Proroka Codziennego — wciął się Colin. — Pamiętacie jeszcze atak na Kensworth, gdzie każdy mieszkaniec został zabity? Sprawa była dość rozgłośniona ze względu na brutalne metody, jakich użyli śmierciożercy. Chodzi mi o to, że wśród tych mieszkańców znajdowali się również czarodzieje. Już nawet nieważne, że w każdej gazecie występuje inny opis tej sytuacji. — Machnął lekceważąco ręką. — Na ostatniej stronie Proroka znalazłem drobnymi literami napisane wszystkie imiona poległych czarodziejów. Merlinowi dzięki, że brat zwrócił mi na to uwagę, tak to straciłbym kompletne poważanie do tej gazety. — Pokręcił głową. Neville zmarszczył w zamyśleniu brwi.
— To oznacza, że ten, który zajmuje się sprawdzaniem informacji, najwyraźniej nie przygląda się im na tyle, aby odnajdywać takie szczegóły. — Neville wpatrzył się w przestrzeń, w myślach dokładnie analizując to, co powiedział jego znajomy. — Mimo wszystko Prorok stara się pokazać choćby odrobinę prawdy. W starszych wydaniach też tak jest? — skierował pytanie do Colina.
— Rodzice mocno się zdziwili, kiedy poprosiłem ich o resztę gazet. Doskonale wiedzą, jak bardzo nie cierpię Proroka. — Uśmiechnął się lekko oraz wypiął pierś do przodu. Ginny westchnęła cicho. — Ale tak, w ciągu tego lata na każdym wydaniu pojawiały się nazwiska poległych...
— Cisza! — Echo głosu Snape'a odbiło się od ścian, docierając wręcz do każdego kąta szkoły. Ginny prędko skupiła uwagę na swym niegdysiejszym znajomym.
Snape, jak na dyrektora szkoły przystało, napomknął o ogólnych zasadach panujących w szkole, o przedmiotach zakazanego użytku oraz o zmianach w gronie nauczycielskim. Następnie bez nerwów usiadł na swym miejscu, dając tym samym znak, że kolację czas zacząć.
— Jakby było w czym wybierać — powiedział ironicznie Colin, chwytając do łapy dwie takie same kromki chleba, które następnie porównał z tym, co Neville miał na talerzu. — Neville, uświadom mnie, bo chyba coś przegapiłem: od kiedy w Hogwarcie panuje na tyle duża bieda, żeby wystarczało tylko na chleb i wodę?
Longbottom westchnął ciężko i przybliżył do siebie talerz.
— Od samego początku dają nam do zrozumienia, że jesteśmy pod ich władzą. Zaczęli łagodnie, bo tylko od ograniczenia zapasów jedzenia, ale strach się bać, co stanie się w najbliższej przyszłości. Rok szkolny dopiero się zaczął, a do jego zakończenia pozostało dziesięć miesięcy. Przez ten czas wiele rzeczy może się zmienić — mruknął Neville, ponuro dłubiąc chleb.
Pomiędzy nimi zapadła cisza, którą po chwili zdecydował się przerwać Colin:
— Cóż... w takiej sytuacji rarytasów nie wymagam. Ale miło byłoby dostać choćby pasztet.




Ginny stała już u podnóża schodów prowadzących do dormitorium, gdy zdecydowała zapytać się Colina o imiona dwójki nowych nauczycieli.
— Amycus i Alecto Carrow — odpowiedział chłopak, po czym podejrzliwie zmrużył oczy. — A po co ci to wiedzieć? Chyba nie planujesz się buntować?
Ginny wzruszyła obojętnie ramionami. Doprawdy nic ją teraz nie obchodziło, prócz zagrzebania się w pościeli i wypłakania całego dnia.
— Przed wejściem do szkoły widziałam na ich ręce Mroczne Znaki. To chyba nic dziwnego, że mam złe przeczucia, co do tego roku szkolnego. — Pomijając fakt, że na każdym wręcz kroku widziała wspomnienia związane z Huncwotami, a dormitorium, do którego właśnie miała się udać, było jej własnym: dwadzieścia lat temu. — Aczkolwiek to możliwe, że mój stan psychiczny się nieco pogorszył przez te kilka miesięcy, przez co wszędzie widzę zagrożenie.
Colin spuścił wzrok na podłogę. Cienie odbijały się na jego twarzy, dokładnie ukazując zmęczenie, które nie jego jedynego ogarnęło. Krople deszczu obijały się o okna, dzięki czemu zagłuszyły szmery dochodzące z najodleglejszych kątów pokoju. Ginny mimowolnie odprężyła się, przypominając sobie pewien deszczowy dzień, podczas którego ona i Syriusz siedzieli zamyśleni przy wypalonym kominku, a przed nimi na drewnianej ławce stosy książek i zapisanych pergaminów. Ginny opierała się o ramię – wtedy jeszcze – przyjaciela i rozmyślała na temat powrotu do swoich czasów. Zaś Syriusz siedział równie cicho co ona, a żadne z nich nie chciało zaburzyć harmonii, która między nimi zapadła.
Colin odchrząknął znacząco, przez co Ginny powróciła do teraźniejszego świata. Od razu zauważyła troskliwy wzrok przyjaciela.
— Nie wiem, co dokładnie zaszło między tobą a Huncwotami, ale mogę cię zapewnić, że cię nie zostawię. Nigdy — przyrzekł. — Jesteś moją najlepszą przyjaciółką i nie mam zamiaru oglądać twojego załamania. Pamiętam, jak zachowywałaś się po pierwszym roku, dlatego teraz spróbuję cię chronić jak... jak to robią kamraci na wojnie. Z całych sił.
— To było bardzo... urocze. — Uśmiechnęła się delikatnie. Colin odwzajemnił gest.
— Od tego są przyjaciele. Aby się wspierać — odparł, wzruszając ramionami.
Ginny nastąpiła na pierwszy schodek i z zamysłem spojrzała na zamknięte drzwi. Za nimi zapewne siedziała już trójka wesoło gaworzących dziewczyn, które, po wejściu Weasley do dormitorium, tylko mrukną coś na przywitanie i powrócą do swych pogaduszek.
— Ale one na pewno nimi nie są — wymamrotała Ginny pod nosem, mając na myśli teraźniejsze współlokatorki. — Będę tęsknić za Lily i Mary.
— Nie będzie aż tak źle — rzucił pokrzepiająco Colin. — Może przez te wakacje dorosły i nie zachowują się jak rozwydrzone panienki?
— Szczerze w to wątpię. — Skrzywiła się.
Demelza Robins i spółka, uznawane przez pannę Weasley za najgorsze współlokatorki, jakie świat widział, już od drugiego dnia w szkole potrafiły niezmiernie uprzykrzyć życie. Były niesamowicie pewne siebie, a gdy tylko nadarzała się okazja, chwaliły się swoim gryfoństwem na tyle, na ile to w ogóle możliwe. Czasami wręcz przekraczały tę cienką granicę, która oddzielała odwagę od głupoty, uzupełniając tym samym plotki "Gryfon odważny – Gryfon głupi".
Główna przewodnicząca grupy, Demelza Robins, będąc na czwartym roku nauki, wspięła się na wyżyny hierarchii szkolnej. Dziewczyna o rudobrązowych włosach, uroczym dołeczku i pucołowatej twarzy stała się jedną z najbardziej popularnych, a zarazem najładniejszych uczennic uczęszczających do Hogwartu. Jej wierne przyjaciółki nie były równie urodziwe, jednakże, tak jak ona, cieszyły się sporym powodzeniem wśród męskiej części uczniów.
Ginny nie mogła powiedzieć, iż ich nienawidzi. Demelza i spółka panoszyły się po całym świecie, uprzykrzając życie co po niektórym bezbronnym uczniom, lecz w gruncie rzeczy były dobrymi ludźmi. Niemal tak samo gadatliwymi jak Lily, aczkolwiek potrafiły zachować się w poważnych sytuacjach. Ginny nie nienawidziła ich – darzyła głęboką niechęcią, przez którą czasami przebijały się jakieś pozytywne uczucia, takie jak sympatia, w momentach gdy trzeba było się za nią wstawić. Wtedy Demelza i reszta broniły Ginny niczym zaciekłe lwice, za co naprawdę była im wdzięczna.
— Tylko pamiętaj: najpierw odpowiedz na dwa pytania, a dopiero potem uciekaj do łazienki. Ostatnio opatentowałem ten sposób, gdy moja ośmioletnia kuzynka przyjechała w odwiedziny. — Colin wyszczerzył zęby. — Że też nie pomyślała, dlaczego chodzę do ubikacji co dziesięć minut.
Ginny zachichotała. Deszcz za oknem nasilił się, a ogromne krople uderzały ciężko o okna Pokoju Wspólnego. Zerwał się mocny wiatr, Wierzba Bijąca jakby z nowym zapałem zaczęła walić gałęziami o ziemię. Zapowiadało się na burzę.
— Może dlatego, że za bardzo cię kocha. — Szturchnęła przyjaciela w ramię z szerokim uśmiechem. — Dzieci, mimo iż denerwujące, potrafią być naprawdę pocieszne. Tobie akurat trafiła się pełna energii kuzynka, więc musisz wycierpieć swe katusze i w końcu będziesz mógł powiedzieć, że w sumie naprawdę miła z niej dziewczyna. Ale to jak dorośnie.
— Żebym jeszcze tylko przeżył do tego momentu.
— Przeżyjesz. Ze mną.
Colin spojrzał na nią serdecznie. Wziął ją w ramiona, otaczając ciepłem z każdej strony. Ginny nie oponowała. Potrzebowała kogoś, kto by ją przytulił, pogłaskał w głowę i pocałował w czoło. Potrzebowała, aby ktoś się o nią zatroszczył, otoczył miłością. A Colin, jej kochany Colin, był najbliższym przyjacielem jakiego miała i jako jedyny był po prostu zawsze. Tylko on znał ją na wylot.
— Z Ginny Weasley nie da się umrzeć.
— Dlatego trzymaj się blisko mnie, a nic ci się nie stanie. — Wzmocniła uścisk na tyle, na ile mogła. Colin aż sapnął.
— Ginny, dusisz mnie. Jeszcze się okaże, że to przez ciebie zostałem zabity. — Ginny oddaliła się trochę, nie spuszczając z oczu Gryfona. Nagle zimno powróciło ze zdwojoną siłą, a ciepło, jakie zasiadało w jej sercu, pozostawiło po sobie znajomą pustkę.
— Wybacz, nie chciałam tak mocno.
— Jasne, ale... od kiedy ty przytulasz z taką siłą? Jakby jakieś zwierzę mnie przygniatało, a nie człowiek.
— Żubr? — Uśmiechnęła się smutno. Twarz Colina od razu stężała. — Nie, nie przejmuj się tym. To tylko wspomnienia. Cholernie bolesne wspomnienia, szczerze mówiąc. — Skierowała wzrok na widok za oknem. Złamane gałązki drzew latały po całych błoniach, liście poruszały się gwałtownie w takt wiatru. Nieskoszona trawa przypominała falę przy każdym razem mocniejszym podmuchu powietrza. — Lepiej będzie, jeśli w końcu pójdę do tego dormitorium. Nie chcę cię zamęczać swoimi przeżyciami z przeszłości. — Przejechała palcami po rudych włosach. Wciąż były równo przycięte, jak za dnia, gdy James wziął nożyczki i grzebień i bawił się w fryzjera. Jak za dnia, gdy razem ukradli jakiejś kobiecie kolorowy magazyn.
Westchnęła cicho i po krótkim pożegnaniu się z Colinem stanęła przed dębowymi drzwiami. Z rozrzewnieniem przyglądała się obdrapanym drzwiom, schodzącemu złotu z klamki, tabliczce z imionami mieszkanek i malutkiemu godłu zawieszonemu nad wejściem. Spoconymi dłońmi sięgnęła za rączkę i z mocno bijącym sercem przekroczyła próg pokoju.
Dormitorium niewiele zmieniło się w przeciągu dwudziestu lat. Pomieszczenie było wysprzątane do cna, gdyż jeszcze żadna z dziewczyn się w pełni nie rozgościła. Duże okna przepuszczałyby masę światła, gdyby nie to, że na zewnątrz panowała wichura, a w samym Hogwarcie ponura atmosfera. Brązowa wykładzina była wypłowiała, lampki zakurzone, a szuflady w komodach zepsute. Kiedyś Ginny czuła to rodzinne ciepło, jakim mogli pochwalić się Gryfoni, lecz teraz, oprócz mroku i grozy, świat był widziany w samych ciemnych kolorach. Tylko jeden element nie pasował do obrazka szczęśliwych lokatorek tego pomieszczenia.
One wcale się nie śmiały. Płakały.
— Co się stało? — spytała zszokowana, zobaczywszy stan Gryfonek.
Demelza wstała chwiejnie, zaciskając pięści w okolicach serca. Głośno szlochała, a łzy wyznaczyły czerwoną ścieżkę. Oczy i policzki miała opuchnięte od płaczu.
— Grace... Grace nie wróciła z wakacji — wymamrotała, na nowo wybuchając płaczem. Lydia skuliła się na łóżku. Zacisnęła kurczowo pięści na prześcieradle.
— Ale... — Głos jej uwiązł w gardle. Demelza wpatrywała się w nią smutnymi oczyma. — Dlaczego? — zapytała wreszcie.
— Ona nie żyje — powiedziała Lydia. Jej usta drgały, a ciałem wstrząsał szloch. Pociągnęła głośno nosem. — Rozumiesz to, Ginny? Ona jest martwa. Zabili ją śmierciożercy.
— To niemożliwe — zaprzeczyła Ginny. — Ona żyje, tylko pewnie ukrywa się gdzieś z rodzicami, bała się powrócić do Hogwartu albo... albo...
— Nie, Ginny. Została zamordowana — odparła Demelza. Ginny jeszcze nigdy nie słyszała, aby brzmiała tak żałośnie. — Jest w Proroku...
— Gdzie? — warknęła Ginny. Podeszła szybko do Robins i przytrzymała ją mocno za ramiona. Nie obchodziło ją to, że Demelza wydała jęk, że popatrzyła na nią z bólem. — W którym numerze? No w którym?!
Lydia prędko wstała i z drżącymi rekami podała Ginny gazetę. Weasley odwróciła ją na ostatnią stronę, gdzie znajdowały się nazwiska osób zamordowanych i z uwagą zaczęła czytać.

"... Jason i Sarah Bell, Luis Brown, Sophie Oldman, Grace Jonson...".

Ginny opadła ciężko na łóżko. Żelazna pięść zacisnęła się na jej sercu, zabierając zdolność oddychania. Wielka gula powstała w gardle, przez co nie była w stanie wymówić ani jednego słowa. Żadna łza nie popłynęła po jej policzku. Była w zbyt wielkim szoku.
— Kiedy? — wybąkała, utkwiwszy wzrok w podłodze. Wszelkie pozytywne emocje wyparowały z niej jak za dotknięciem różdżki. Pozostało jej już tylko zawieszenie w pustce.
— Nie wiemy. — Lydia pociągnęła głośno nosem. Jej zazwyczaj proste, blond włosy, teraz przypominały stóg siana. Na myśl przywodziła biedną, porzuconą dziewczynkę, która w jednej chwili straciła wszystko, co miała. — Dzisiaj się dowiedziałyśmy.
— Potwory! — krzyknęła zrozpaczona Demelza, a po jej policzkach popłynęły dwie nowe łzy. — Zabili ją! POTWORY!
Ginny nie odpowiedziała. Serce biło jej dwa razy szybciej, niż powinno, a w ustach nagle zaschło. W myślach powtarzały się co chwilę trzy słowa: "Grace nie żyje". Jej współlokatorka od sześciu lat, towarzyszka w wielu podróżach była martwa. Spojrzała na Demelzę i Lydię. Obydwie kuliły się na łóżkach, płacząc i szlochając nad zmarłą przyjaciółką.
Ona nie była w stanie uronić ani jednej łzy.




Następnego dnia poranek był równie deszczowy i smętny, co wczoraj. Aniołowie płakali nad losem martwych ludzi, wylewając swe srebrne łzy na chatkę Hagrida, podgniłe warzywa i ciemnozielone liście Zakazanego Lasu. Wiatr hulał na zewnątrz, o mało nie urywając głowy przechodzącemu gajowemu.
Atmosfera w Hogwarcie w zaledwie kilka godzin zmieniła się w istną czarną melancholię. Ginny mijała przygnębionych uczniów, którzy, tak samo jak Demelza i Lydia, stracili przyjaciół. Nikt się nie śmiał, żaden uczeń nie miał odwagi podnieść głosu. Każdy tylko wymieniał między sobą szeptem informacje. Nigdzie nie spotkała nauczycieli, którzy o tej porze dnia mieli w zwyczaju znajdować się na korytarzu.
Ginny parę godzin temu obudziła się na podłodze. Oprócz obolałych kości nie czuła praktycznie nic. Popadła w stan apatii, równy temu, co odczuwała w momencie powracania do przyszłości. Wieczorem usnęła wyczerpana całym dniem, śniąc o Huncwotach, Severusie i reszcie znajomych, których nabawiła się w zeszłych czasach. Po wybudzeniu starała się zamaskować cienie pod oczami. Wyglądała jak siedem nieszczęść, gdy snuła się po klatkach schodowych, nie przypominając już tej samej Ginny Weasley, która istniała, nim cofnęła się w czasie.
Zasiadła na swoim stałym miejscu, rozglądając się po stole śniadaniowym. Z zaserwowanego menu zauważyła tylko chleb i wodę, czyli to, co poprzedniego dnia na kolacji. Brzuch głośno jej burczał, dlatego żwawo sięgnęła po jedzenie i picie, by następnie wkładać ogromne kęsy pieczywa do ust.
— No proszę, proszę. Nasze widmo już w najlepsze zajada się chlebem — rzekł Colin i usiadł z Nevillem przed Ginny. — Jak widać, spartańskie warunki to to, co uwielbiają śmierciożercy. — Pochwycił bochenek do ręki i nalał z dzbanka wodę. Podał naczynie Neville'owi, który ze skrzywieniem go przyjął, i zaczął powoli przeżuwać. — Mmm, chleb... Pyszny, suchy chleb. Chyba sobie wezmę dokładkę. A woda... Woda! Dobra, filtrowana, chlorowana woda! Dawno nie jadłem tak dobrego śniadania, mówię wam. Te croissanty, płatki z mlekiem i dżemy to pikuś, w porównaniu z tym, co teraz mamy!
— Robisz zamieszanie, Colin — mruknął Neville, choć na jego ustach widniał malutki uśmiech. Colin rozglądnął się wokół.
— No cóż, przynajmniej dbają o naszą dietę, a szczególnie twoją, Neville. Czy tobie się przypadkiem nie przybrało przez wakacje?
Ginny zachichotała cicho, a Neville zgromił Colina wzrokiem.
Longbottom rzeczywiście zmienił się w okresie letnim. Zdecydowanie przybrał na wadze, dzięki czemu już nie był chudym, małym chłopcem, tylko dość przypakowanym mężczyzną z lekkim zarostem. To właśnie on doznał największej przemiany, podczas gdy Colin przeinaczył się prawie w ogóle. Urósł, jego włosy były jeszcze bardziej rozjaśnione, ale wesołe ogniki w oczach i radosny uśmiech pozostał taki sam. Ginny nagle zapragnęła go za to wyściskać.
Z melancholią zaczęła przysłuchiwać się kłótni chłopców. Nieznaczny uśmieszek wystąpił jej na twarz, kiedy Neville fuknął coś o "zdrowym odżywianiu", a Colin odparł, że "w tym roku problem dziewczyn ze schudnięciem wyparuje".
Dobrze było być w domu.

Rozdział betowała Sovbedlly

***

Hej, hej!
Mój ulubiony temat – wojna! Aż nie mogę się doczekać, kiedy będę ją dokładniej opisywała. Te wszystkie bunty uczniów, akcje Zakonu... <3
Moja beta prowadzi konkurs pt. "Już nie zapomnisz mnie". Pragnęła zaprosić każdą osobę, która lubi pisać opowiadania, do wzięła udziału. Nagrody za zajęcie przynajmniej 3 miejsca są różnorodne, poczynając od książek, filmów DVD, po reklamę strony, grafikę, upominki itd. Tak więc, jeśli któreś z was jest zainteresowane konkursem, to zapraszam na stronę wyżej podaną, gdzie znajdziecie ogólny regulamin. 
layout by oreuis