piątek, 16 czerwca 2017

Rozdział 20 - "Nie bój się Żniwiarza"



Majowe niebo nocą było piękne.
Cienie znad Zakazanego Lasu dziko tańczyły z mrokiem drzew znajdujących się przy jeziorze, niczym podstępne nimfy leśne. Wygrywały walca i poloneza, jak ludzie niemający już nic do stracenia. Przygotowani na śmierć, wolni w swej niewoli, bawili się do upadłego, nim nadejdzie świt, a wraz z tym koniec ich życia. A pośród tego panowała niczym niezmącona cisza, zawierająca w sobie tyle grozy i wykwintności, jak serca tych dobrych ludzi, bawiących się do śmierci.
Najpiękniejsze z tego wszystkiego było właśnie niebo. Gwiazdy na nim zawieszone świeciły blaskiem dawnych osób, o których już nikt nie pamięta. Czarne sklepienie wydawało się być tylko tłem do tych ciał niebieskich. Przywodziło na myśl ciemną kurtynę, która ukrywała zmarłych wraz z ich najgorszymi występkami, a zaraz za nimi światło przedstawiające nadzieję na bycie zapamiętanym na wieki. Ale któż miałby zachować o nich pamięć? Ich pupilki? A może nieszczęsna rodzina? To za mało, przeminęli z wiatrem.
Para kochanków wdrapała się na szczyt wieży, by na końcu osiąść na dachu i przypatrywać się niebu oraz gwiazdom. Podziwiali ich piękność, jasność, choć sami mieli świadomość, iż skończą dokładnie tak samo, jak te ciała niebieskie – zapomniani, otoczeni przez ciemność. Jednak cieszyli się jak ludzie nie mający już nic do stracenia. Bawili się aż do świtu, ażeby wtedy zniknąć i zostać jedną z gwiazd. A potem kolejni zakochani podziwialiby nieboskłon, i następni, i następni, i tak do końca, dopóki miłości nie będzie zadość, a świat pochłonie mrok.
— Widzę Syriusza! — zawołała dziewczyna, wskazując palcem pewien punkt na niebie. Szturchnęła swego chłopaka w ramię. — Patrz, Syriuszu!
Mężczyzna parsknął śmiechem.
— Widzę, Ginny, widzę. — Splótł ich dłonie i zwrócił wzrok na gwiazdozbiór Wielkiego Psa. — To jest ten, co świeci najjaśniej, prawda?
— Oczywiście, że tak! — Kobieta odwróciła w jego stronę głowę, wyglądając jak mała, obrażona dziewczynka, która nie dostała swojego cukierka. — Mówiłeś, że widzisz.
Chłopak ponownie zaśmiał się cicho pod nosem, słysząc pretensję w głosie swej dziewczyny.
— Codziennie w lustrze — zażartował.
Ginny przewróciła oczami, jednak nie udało jej się powstrzymać drgania prawego kącika ust.
Momentalnie cała rozbawiona atmosfera prysła, ustępując miejsca upragnionemu spokojowi i wolności.
— Jak ty znalazłeś to miejsce? — spytała dziewczyna, nie mogąc nadziwić się tym, jak pięknie i cudownie tu było. Ten, kto stworzył to otoczenie, musiał być istnym cudotwórcą, któremu nie dość było romantyzmu i poczucia stylu.
— Przez ostatnie kilka dni potrzebowałem znaleźć ciche terytorium, gdzie mógłbym uporządkować własne myśli, a przy okazji powiedzieć coś ważnego swojej dziewczynie. — Spojrzał jej prosto w oczy. Ginny wstrzymała mimowolnie oddech.
Czy gdzieś tutaj zostały zawieszone dzwoneczki? I kiedy do jej brzucha wleciało tyle motyli? Co się działo z jej sercem? Czy właśnie dostała palpitacji oraz jasny przekaz od tego na górze, że to już czas umierać?
Gdzieś po jej umyśle pobrzękiwała melodia mówiąca, żeby nie bać się Żniwiarza. Jak miała się nie bać, gdy atak serca był już tak bliski?
"Come on baby... Don't fear the Reaper, baby take my hand... Don't fear the Reaper, we'll be able to fly... Don't fear the Reaper, baby I'm your man..."*
— Boisz się? — Zmierzył ją spojrzeniem, pod którym cała zdrętwiała.
— Może trochę.
Syriusz uśmiechnął się szeroko. W blasku gwiazd wyglądał, jakby chciał pokonać śmierć i był już o krok od wypełnienia swego czynu.
— Nie masz czego, mała — uspokoił ją.
Pokiwała głową, a muzyka nasiliła swe brzmienie.
— Zacznijmy od tego, że wielu rzeczy nie jestem pewien, na przykład czy jutro na śniadanie wciąż będzie owsianka, czy może znowu dostanę szlaban, od którego ponownie uratujesz. — Ginny uśmiechnęła się szeroko. — W każdym razie, rozumiesz... Nic nie jest trwałe, a takie małe szczególiki potrafią zmienić życie. Nie przerywaj mi - dodał, gdy już otwierała usta. — A jeśli o szczegóły chodzi... Och, do cholery z tą całą przemową! Po prostu cię kocham, Ginny. Nie wiem, jak to się stało, ale zakochałem się w tobie po uszy.
Zmartwiała. Następnie poczuła mocniejsze bicia serca niż wypada. Fruwała po niebie wśród tych gwiazd, wyśmiewając je za to, iż ich nie ma, a ona jest, i czuje się jak pijana. Szczęśliwa skakała z kwiatka na kwiatek niczym wróżka, puszczała w górę balony jak dziecko. Była tu i teraz, nie liczyło się nic poza nią i Syriuszem, chłopakiem, który jednym uśmiechem potrafił sprawić, że uśmiechała się od ucha do ucha do końca dnia.
— Ja też cię kocham. — Motylki, które ówcześnie pożarła, wybuchły nagle, ni stąd, ni zowąd. Była już tak bliska dotknięcia ciała niebieskiego, nic nie wydawało się niemożliwe.
Zaczęła życie Szczęśliwie-Zakochanej-Ginny, zaś stara Nie-Chcę-Cię-Ginny odeszła w siną dal. Znak nowego początku, odrodzenie, to wszystko w tej chwili określało dziewczynę, która, obściskując się ze swym chłopakiem na dachu, zerwała z dawną sobą. Gdyby nie miłość, wciąż byłaby chłodną, wyrachowaną kobietą.
I już tylko gwiazdy płakały nad losem kochanków.




Lekcja transmutacji dłużyła się w nieskończoność dla wszystkich zebranych Gryfonów, którym tylko wakacje były w głowie. Bujali w obłokach, lekceważyli wykwintną profesor McGonagall grając w kółko i krzyżyk lub papier, nożyce, kamień, albo po prostu wpatrując się tępo w widok za oknem. Wiosenne słońce wpadało przez szybę, niezmącenie kusząc młodych do wyjścia na błonia. Ginny myślami była już na zewnątrz, usadowiona pod swoim ulubionym drzewem i ciesząca się ciepłymi promieniami słoneczka.
Lily i Mary zasiadały pośrodku sali, Huncwoci w ostatnich ławkach, a z kolei Ginny na samym przedzie. Chłopcy na tyłach, prócz Pottera, grali w jedną z gier, zaś James odsypiał wszystkie nieprzespane noce, których wynik na jego koncie był dość pokaźny. A wszystko to spowodowane ciągłym zakuwaniem do nadchodzących egzaminów.
Przez następne dwadzieścia minut nie działo się nic ciekawego. Ptaszki wesoło świergotały, jakby z oddali dobiegał głos profesorki, zaś skrzyp ławek występował w tych nielicznych momentach, gdy uczeń postanowił zmienić pozycję. Ginny również zagłębiała się w objęcia Morfeusza, stopniowo odpływając i odpływając...
Aż nagle ogromne gorąco przypiekło jej klatkę piersiową. Wydawało się parzyć malutki, okrągły fragment na ciele, ale i tak ból był niesamowity. Ginny syknęła cicho i chwyciła za bolące miejsce. Cichy skwierk przypalanej dłoni prędko odwiódł ją od tego pomysłu. Ze strachem spojrzała na rękę i zauważyła tam okrągły kształt o czerwonej barwie, co, jak zakładała, było jej skórą. Z rosnącym przerażeniem spojrzała w dół.
Zmieniacz czasu.
Zaczerpnęła głęboko powietrze, gdyż nagle cały tlen, jaki znajdował się w jej płucach, wyparował jak za dotknięciem różdżki. Nie... Nie, nie, nie! Nie teraz! NIE!
— ... a podczas wymawiania tej formułki... — Głos McGonagall niknął za grubą ścianą. Panika przeniknęła całe ciało Ginny, strach odjął rozum. Ile jeszcze minut do końca?
Gdzie, do cholery, popełniła błąd? Z Remusem obliczyła wszelkie prawdopodobieństwo wrócenia do przyszłości. Wymyślili wiele sposobów na powrót, obmyślali teorię czasu. I to wszystko na nic! Wystarczyła chwila nieuwagi, a zmieniacz od razu postępował wbrew jakimkolwiek zasadom. Co pominęli? Czy ich inteligencja przerosła ich samych? Jeden moment, a wszystko się sypało.
Zachciała śmiać się na głos. No jak, pytała, jak to się stało? Czyżby śmierć zapragnęła z niej zakpić w najbardziej parszywy i okrutny sposób? Powrót do przyszłości, gdy wszystko zaczynało się już układać... Och, to takie proste! W końcu dostała nauczkę za swe dawne złe czyny! Tak, dokładnie tak! To kara za nieposłuszeństwo wobec losu! Czyż nie wywinęła mu kawału, gdy cofnęła się w czasie? Przecież nie miała tego w planie. Ani tego, ani wielu innych rzeczy, jak przypadkowy romans, przypadkowa przyjaźń, przypadkowe zaakceptowanie i zrozumienie.
A więc dlaczego...?
Na korytarzu zabrzmiał dzwonek. Ginny prędko zerwała się z ławki, chwytając pod pachę podręczniki, kałamarz i pióro, i popędziła w stronę wyjścia z sali. Kiedy biegła korytarzem chowała wszystkie przedmioty do torby, a nieśmiertelna piosenka o Żniwiarzu wciąż i wciąż rozbrzmiewała w jej głowie, naśmiewając się z niej i jej naiwności. Tyle naiwności... Naprawdę myślała, że zostanie w przeszłości na wieki? Głupia!
— Ginny! Hej, Ginny, czekaj! — krzyknęła Lily będąca parę metrów za Weasley. — Ginny, gdzie tak pędzisz?
To jej nogi biegły, nie ona. Ginny już straciła kontrolę nad tym, co się wokół działo. Popchnęła kilku uczniów, rozsypała kartki, a nawet nie przeprosiła za swe zachowanie, tylko parła naprzód. Zostawiała Lily, Mary, Huncwotów, przeszłość za sobą.
"Love of two is one here but now they're gone. Came the last night of sadness and it was clear she couldn't go on."
— Ginny!
Nie zatrzymuj się.
Do krzyków dołączyła się Mary, a jej głos i Lily wymieszał się w jedną i tą samą mieszaninę dźwięków. Ściany Hogwartu wydawały się jednolitą masą, tak samo jak kolory włosów każdego ucznia.
Nie pożegnałaś się.
Zrzuciła torbę na podłogę i wbiegła do jakiejś sali. Zatrzymała się na jej końcu i drżącymi rękoma wyciągnęła złoty zmieniacz, który w świetle słońca pulsował i roztaczał wokół siebie złotą poświatę. Wzięła głęboki oddech i zakręciła jeden raz pokrętłem.
Właśnie zamordowałaś Jamesa Pottera, Syriusza Blacka, Lily Evans, Mary Dowens i Regulusa Blacka.
Pojedyncza łza spadła na zegarek, w momencie gdy drzwi otworzyły się z hukiem, a do środka wleciało sześć osób.
— Ginny!
Pokrętło wykonało kilka obrotów, a następnie przylgnęło do jej ciała. Ostatnie, co zarejestrowała, to mina Lily, która była na pograniczu zdziwienia i zaniepokojenia.
A następnie wszystko zniknęło.




— Ginny!
Jako pierwszy powrócił do niej słuch. Słyszała nad sobą tłum ludzi gaworzących o niewiadomych jej rzeczach, trajkotanie kół, gwizdek oraz ten głos. Głos, za którym tak tęskniła, a który był miodem na jej uszy.
— Bardzo przepraszam! — Znajomy pisk rozdźwięczał obok niej, a ona znowu nie mogła powstrzymać się od skrzywienia.
— Nic się nie stało — odpowiedziała, ale była wręcz pewna, iż dziewczynka, przez którą się przewróciła, właśnie odbiegła w stronę swoich rodziców. Nawet nie musiała sprawdzać, czy jej przypuszczenia są słuszne.
Powzięła całą siłę, którą jeszcze dysponowała, i wstała na równe nogi. Z jej ust wydobył się przeciągły jęk.
— Ginny, pospiesz się! Pociąg już jedzie!
Skierowała oczy w stronę odjeżdżającego pociągu. Koła toczyły się miarowo po torach, a wiele rodzin zaczęło już machać do swych pociech.
Ścisnęła rączkę kufra i z największą prędkością pobiegła w stronę pociągu. Pojazd nabierał na szybkości, a całą stację zalał dźwięk trajkotania. Było tak głośno, iż Ginny ledwie usłyszała krzyk Colina, wołającego o to, aby podała mu walizkę.
— Dawaj, Ginny, podaj!
Gryfonka spojrzała na swojego przyjaciela i w jedną chwilę podjęła decyzję. Drżącymi ze zmęczenia rękami podała mu kufer oraz, wciąż nie przestając biec, wytężyła mięśnie do skoku w stronę pociągu. To było jak samobójstwo – rozpędzający się pojazd, obok którego pędziła wycieńczona psychicznie dziewczyna, i przygotowanie się do jeszcze bardziej samobójczego wskoku do pociągu. A wszystko to na oczach widowni, która wręcz nie mogła się doczekać, aż nadejdzie nowy temat do plotek. Parszywe hieny, które patrzą, a nie pomagają.
Ginny znajdowała się niebezpiecznie blisko krat odgradzających zatłoczony peron od pustej przestrzeni. Zostało naprawdę niewiele czasu do skoku, ewentualnie w tym roku nie pojedzie do Hogwartu. Ostatnie wyjście to takie, iż nabije się na jeden z odstających żelaznych prętów, co doprowadzi ją do niechybnej śmierci. Myśl była tylko jedna - skoczyć i wylądować niezbyt miękko na pociągu.
— Skacz, Ginny, skacz! — krzyknął Colin. Jego blond włosy spadły mu na oczy, przysłaniając cały świat, co nie zmieniało faktu, iż wierzył i dopingował jej w misji samobójczej. Colin, dobry, kochany Colin, wciąż miał nadzieję, że Ginny wyjdzie z tego cało. — Teraz! TERAZ, SKACZ! ZŁAPIĘ CIĘ!
Ostatnia prosta, ostatnie kilka sekund, oczy utkwione w przyjacielu... i skok. Zacisnęła oczy, aby nie patrzeć na to, jak w ostatniej chwili spada na tory. Uskoczyła w bok, spinając się całą sobą i modląc do wszelkich bóstw o to, żeby śmierć nie była aż taka bolesna.
Upadła wprost na stopy Colina, który w ostatnim momencie ją złapał. Po chwili na widoku pojawiły się śmiercionośne kraty, które ominęła wręcz o cal. Rodziny uczniów zniknęły już po kilku sekundach, kiedy to Hogwart Express popędził w stronę zamku.
— Mówiłem, że cię złapię. — Colin wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu, który po chwili zamienił się na wyraz głębokiego zaskoczenia. Ginny przytuliła przyjaciela tak, jakby nie widzieli się się kilka lat. — Wszystko w porządku?
Chłopak odsunął ją na długość ramion i spojrzał na jej sylwetkę. Rozwichrzone włosy stały się suche i matowe (choć mógł przysiąc, że jeszcze przed chwilą były idealnie zaczesane), usta spierzchnięte i popękane (przecież jak się spotkali miała je pomalowane szminką!), oczy jakby przygaszone i wypełnione smutkiem (czy Ginny kiedykolwiek była w takim stanie?), a skóra na twarzy straciła całe zdrowie. Niegdyś rumiane policzki teraz zapadły się w sobie, z kolei cienie pod oczyma świadczyły o tym, że nie spała dobrze przez kilka ostatnich nocy. Colin zauważył również wiszące ubrania i zbyt chude nogi.
— Co ci się stało? — spytał, już nie na żarty przestraszony. To niemożliwe, aby Ginny doprowadziła się do takiego stanu w kilka minut, od kiedy dotarli na peron dziewięć i trzy czwarte. 
Jego przyjaciółka uśmiechnęła się słabo, jednakże nie patrzyła mu w oczy z taką samą odwagą jak kiedyś. 
— Wyjaśnię ci to później, obiecuję.
Colin przytaknął wciąż zaniepokojony, lecz nie zdołał ruszyć się ze swojego miejsca. Dopiero gdy Ginny chciała wziąć swój kufer gwałtownie zaprzeczył i zabrał go od niej. Wraz ze swoim wyposażeniem wszedł do środka pociągu, odwracając głowę i mówiąc do Gryfonki:
— Neville i Luna już pewnie zajęli przedział, dlatego wystarczy ich poszukać oraz wreszcie spokojnie usiąść na miejscu. — Spojrzał na nią, a Ginny tylko przytaknęła i nieobecnym wzrokiem rozglądała się dokoła. Colin zmartwił się tym jeszcze bardziej, ponieważ, od kiedy pamiętał, dziewczyna twardo stąpała po ziemi tudzież nigdy nie zagłębiała się w krainę marzeń, tak jak to często robiła Luna. — Może wolałabyś najpierw pójść do łazienki, żeby się trochę ogarnąć?
Ginny przeniosła na niego wzrok – czy jemu się wydawało, czy jej tęczówki straciły na kolorze? – oraz przytaknęła sztywno. 
— To ja zaniosę nasze rzeczy do przedziału, a ty... znajdziesz nas? 
— Pewnie tak — odezwała się łagodnie.
Colin pożegnał się, po czym poszedł szukać Neville'a i Lunę. Niezgrabnie ciągnął za sobą kufry, następując na stopy wielu dzieciaków, które rzucały za nim oburzone spojrzenia. Ginny przez chwilę przyglądała się jego nieporęczności, a następnie oparła o okno. 
Pogoda była wyjątkowo parszywa. Zawieszone na niebie chmury nie pozastawiały żadnego miejsca na słońce. Wisiały niczym zły omen zapowiadający śmierć, idealnie oddając atmosferę dzisiejszego Londynu. W tych czasach pewność, że nie zostanie się zabitym wręcz nie istniała. Na każdym kroku czyhało niebezpieczeństwo, a zagrożenie, że zostanie się torturowanym przez śmierciożerców, było tak realne, jak śmierć Dumbledore'a i Zakon Feniksa zbliżający się do upadku. 
Krajobraz za szybą nie przedstawiał się lepiej. Trawy na polach były wypalone, drzewa, które przetrwały wielki pożar, wyglądały niczym brzydkie karykatury tego, co kiedyś prezentowały, a wszystko to pokryte popiołem. Gdzież podziała się dawna świetność? Czemu wszystko, co piękne i żywe, musi zostać zniszczone przez śmierciożerców? Każdy przedmiot naznaczają symbolem śmierci, jakby należał od teraz do nich.
Pociągnęła nosem. Na nią również czekał taki los.
Usłyszała obok siebie jakiś ruch, a następnie zauważyła otwierane okno. Rzuciła okiem na postać, która wyraźnie chciała znaleźć się obok niej i przeszkodzić w ponurych rozmyślaniach. 
To Draco Malfoy oparł się obok niej, wyciągnął z kieszeni papierosa oraz zapalił go, również odwzajemniając spojrzenie Ginny.
— Palenie szkodzi — rzekła obojętnym głosem, gdy do jej nozdrzy dotarł zapach dymu.
Draco wypuścił z ust kolejny obłoczek. Razem przyglądali się, jak unosi się w powietrzu, by tam raz na zawsze zniknąć. 
— Tak samo jak zamartwianie się o cały świat — odparł Malfoy, grzebiąc w kieszeni swej kurtki.
Draco miał oczy swojej mamy. W ciemnym korytarzu, nieoświetlonym przez żadną lampę, wtapiał się w tło. Czarna kurtka oraz takiego samego koloru spodnie sprawiały, iż tak naprawdę na jego miejscu stał Syriusz. Nonszalancka pozycja, arystokratyczne ruchy... to wszystko Syriusz. Jedynie jasna czupryna i cisza nie pasowały do obrazu Blacka. Draco, zamiast ciągnąć dalej rozmowę, zdecydował się uraczyć Ginny papierosem, nie roniąc z siebie żadnego słowa. Ciemność zza okna oraz z pociągu wydawała się chłonąć postać chłopaka, owijając swymi mackami każdą część ciała.
Mechanicznie sięgnęła po wyciągniętego papierosa. Bez zastanowienia podpaliła go różdżką, a już po paru sekundach oglądała unoszący się dym. 
— Nie wiem, co cię trapi — rozpoczął Draco, wyglądając za okno — ale to przeminie. Wierz mi, ból jest tylko chwilowy. Został stworzony po to, abyśmy cierpieli, a potem zapomnieli. Każdy zapomina... 
— A co, jeśli ja nie chcę zapominać? — wtrąciła.
Draco wykrzywił wargi. Jak na dłoni było widać, że sam boryka się z jakimiś problemami. Bo czy wcześniej palił papierosy oraz zaniedbywał swój wygląd na tyle, żeby przedstawiać istny obraz żałości i nędzy? Otoczony przez wszechobecną ciemność przypominał zagubione dziecko, które zeszło na złą ścieżkę.
— Niekoniecznie to, co chcemy robić, pokrywa się z tym, co czynimy.
Ginny zamilkła. Wypluta z wszelkich uczuć zgodziła się z tymi słowami. Nadzieja na... Na co właściwie? Nadzieja już nie istniała. Nie teraz, gdy twoje życie zależało od osób trzecich, gdy wszystko, co kochałeś, zniknęło w jednym momencie. 
— To zły moment, aby cię o to prosić, ale później może już nie być czasu. — Draco Malfoy nie był pewny co do przyszłości. A to oznaczało, że jest źle, bardzo źle. — Chciałbym, abyśmy zaczęli wszystko od początku. Potrzebujemy twojej pomocy, a ty jako jedyna ze znanych mi ludzi możesz nam jej udzielić. 
Ich relacja prawdę mówiąc nie istniała. Wzajemnie się ignorowali, nigdy nie kłócili. Po prostu zapomnieli o bycie drugiej osoby, choć Ginny z kolei często słyszała o potyczkach Wielkiej Trójcy z Draco Malfoyem. Sama się w nie osobiście nie mieszała. W sumie z żadnym Ślizgonem nie wdawała się w kłótnie, dzięki czemu mogła rzec, iż prowadziła całkiem spokojne życie. A przynajmniej wiodła, do czasu aż cofnęła się w przeszłość. 
Spojrzała na wyciągniętą dłoń Dracona. Bez żadnych przeciwwskazań potrząsnęła nią, czując się, jakby zawierała pakt z diabłem. Może zawierała? Kto tam wie. I tak nie miała już nic do stracenia. Pożegnali się i odeszli we własne strony. Żniwiarz zawisł nad pociągiem, przypieczętowując ich małą zgodę. 
Ginny odnalazła przedział, w którym siedziała trójka jej przyjaciół, zaciekawiona do granic możliwości. Zasunęła więc za sobą drzwi, przysłoniła okna i rzuciła zaklęcie wyciszające na obszar, w którym się znajdowali. Wzięła głęboki oddech, aby uspokoić swe martwe, ale wciąż bijące serce.
"Then the door was open and the wind appeared, the candles blew then disappeared, the curtains flew then he appeared saying don't be afraid" 
— Pamiętacie jeszcze, jak Hermiona cofała się w czasie...? 


***
*Blue Öyster Cult - Don't Fear The Reaper
 Hej, hej!
Uooo, koniec! To znaczy, koniec połowy pierwszego tomu xD Jeśli mam być szczera, już od rozdziału 16 pragnęłam, aby Ginny wróciła do swoich czasów, gdyż pisanie o przeszłości szło mi dość mozolnie. Ale jedno muszę dodać - jestem spełniona pod względem Syrinny. Opłacało się szukać piosenek z lat '70 specjalnie dla tego rozdziału.
Tak więc, moi mili, moi kochani, postawmy znicza dla Syrinny [*].
Jedyne co zapowiem to to, iż druga połowa I tomu będzie znacznie ciekawsza, ponieważ zagłębiamy się w tematy wojny. Będą bitwy, wybuchy, śmierć i walka o przetrwanie, czyli to, co lubię najbardziej ^^
Wakacjeee! W końcu! Boże, te dwa ostatnie tygodnie nauki były okropne... Przechodzicie do następnej klasy? Pasek? Jakieś plany na wakacje?
No to tyle. Pozdrawiam i do następnego rozdziału, który prawdopodobnie pojawi się za tydzień!  

Rozdział 19 - Ślizgoni na przyjęciu



Chęć do bycia Ślizgonką przyszła już za czasów, kiedy osiągnęła wiek na tyle rozumny, żeby rozróżniać dobro od zła. Mama opowiadała jej "Baśnie Barda Beedle'a", w których dobro wygrywało ze złem w sposób sukcesywny, choć zdaniem Ginny zbyt przerysowany. Nie wierzyła w szczęśliwe zakończenia czy jasność przezwyciężającą ciemność. Takie historie były idealne dla Rona, nie dla niej. Ron chwytał się każdej nadziei na lepsze jutro, zaś Ginny w tym samym czasie zastanawiała się, jak można być tak naiwnym, aby wierzyć we wszystko, co dorośli powiedzą.
Ginny szanowała ideały wyznawane przez czwórkę założycieli Hogwartu, jednak to Slytherin podbił jej serce. Zapragnęła być taka, jak wszyscy arystokraci na świecie – wykwintni, ambitni i sprytni. Ściśle przestrzegała zasad poprawnego zachowania oraz, w razie potrzeby, zakładania różnorodnych masek na twarz. Z czasem wyrobiła u siebie nawyk pokazywania swoich prawdziwych uczuć tylko przy najbliższych osobach.
Fred i George, pomimo iż nie rozumieli jej fascynacji, zawsze stali za nią murem. W przeciwieństwie do reszty rodziny akceptowali jej odmienność i nigdy nie wyśmiewali za marzenie zostania Ślizgonką. I to właśnie przy nich była taka, jaka być powinna – naturalna. Potem, kiedy poszła do Hogwartu, zżyła się z Colinem Creeveyem i Nevillem Longbottomem. Oni jako pierwsi spośród przyjaciół poznali jej sekret dotyczący przynależenia do Slytherinu. Na czwartym roku poznała Lunę, dziewczynę, która była takim samym odmieńcem, co Ginny. Pokochała całą trójkę jak swoją rodzinę i nie wyobrażała sobie życia bez jednego z nich.
Pewnego dnia rozmawiała o nich z Jamesem i Remusem. Dwójka przyjaciół siedziała w fotelach w rogu pokoju i robiła zadanie na transmutację. Nawet z daleka widziała ich niechętne miny, na które padało światła ognia płonącego w kominku.
— Więc dlaczego ich zostawiłaś? — zapytał w środku rozmowy James. Dał jej miejsce, aby usiadła obok niego, choć i tak zostało wyjątkowo mało przestrzeni. — Mówisz, że byli dla ciebie najważniejszymi osobami na świecie. Ja bym nigdy nie zostawił Syriusza, Remusa i Petera, choćby nawet dom się palił.
Ginny uśmiechnęła się smutno. Ścisnęła dłonie na kolanach i zakryła resztę twarzy włosami, aby James i Remus nie zauważyli jej żalu. Porównanie Colina, Neville'a i Luny do Huncwotów wydawało jej się nie na miejscu, szczególnie kiedy wiedziała, jaki los ich czeka za cztery lata.
— Nawet gdyby najpodlejszy czarnoksiężnik przyszedł, aby cię zabić? — Nie miała odwagi unieść głowy, aby spojrzeć Jamesowi prosto w oczy. Pewność siebie wyparowała z niej jak za dotknięciem różdżki.
— Przyjaciele przede wszystkim. — James prychnął, lecz jego głos przybrał dziwny wydźwięk. Zniekształcił się w taki sposób, że Ginny nie wiedziała, czy James wciąż był pewny co do swoich przekonań.
— Swoją drogą — wtrącił Remus, gdy pomiędzy Ginny a Jamesem zapadła niezręczna cisza — w piątek organizowane jest spotkanie Klubu Ślimaka. — Weasley i Potter skrzywili się. — Podobno mamy ubrać się w szaty wyjściowe. Zakładam, iż zamiast normalnej kolacji, odbędzie się niejaki bal. Wiesz, James, taki sam, co w zeszłym roku.
Rzeczony chłopak jęknął i schował twarz w dłoniach. Remus uśmiechnął się słabo w jego stronę, jakby chciał go pocieszyć. Następnie wymienił spojrzenia z Ginny.
— O co chodzi? Przecież nie może być tak źle. — Nie rozumiała, w czym tkwi problem. Z tego co pamiętała, specjalne spotkanie organizowano w wesołej atmosferze, kiedy koniec roku szkolnego zbliżał się coraz większymi krokami. Uczniowie z ulgą przyjmowali fakt, że w ten jeden dzień w drugim semestrze mogą się rozluźnić i zabawić. Co poniektórzy odważniejsi wnosili na przyjęcie Ognistą Whisky, którą potem ukradkiem pili pod stołem lub, co gorsza, dolewali do soku Slughorna. Na następny dzień nauczyciel kompletnie nic nie pamiętał, a winę zwalał na wytworne przyjęcie.
— Źle? — James podniósł głos. — Jest bardzo źle! Merlinie, nie idę na to.
Ginny zacisnęła usta.
— Na spotkania musi iść każdy, bez wyjątku — rzekła twardo, wypinając do przodu swą pierś. Przyjęcie bez Jamesa nie byłoby przyjęciem – tak sobie mówiła. Z jednej strony odzywała się ta arogancka część jej osobowości, która nie chciała zostawać sama na imprezie, a z drugiej ta milsza, której żal było zostawiać Jamesa samotnie.
— Ginny — zwrócił się do niej Remus. — James na pewno chciałby pójść na przyjęcie, ale jest pewien szczegół...
— Szczegół? Nazywasz to szczegółem?
— ... który skutecznie odpycha go od tego pomysłu. Na spotkanie trzeba iść z partnerem.
Ginny zmarszczyła brwi. Spojrzała na Jamesa, który wciąż załamywał ręce nad tematem.
— Dalej nie rozumiem — stwierdziła po chwili. — Przecież wystarczy, że zaprosicie jakąś dziewczynę, a ona od razu padnie wam do stóp.
— To samo zawsze mówił Syriusz. Dlatego rok temu poprosił jakąś Krukonkę, choć nawet nie znał jej imienia. Niezbyt mu to wyszło na dobre. — Naprawdę nie chciała kiedykolwiek poczuć czegoś takiego, jednakże zazdrość uderzyła w nią tak niespodziewanie, że sama się tym zaskoczyła. Nie miała być przecież o co zazdrosna. Relacja Ginny i Syriusza stała się tak skomplikowana, że nawet Dumbledore nie byłby w stanie jej zrozumieć.
"Głupia" zakpił Tom w jej umyśle.
— Ale teraz Syriusz ma kogo zaprosić — powiedział niespodziewanie James. Ginny spojrzała na niego zaskoczona. — Nie weźmie jakiejś przypadkowej dziewczyny, która będzie się ładnie prezentować u jego boku.
— A zarazem ty nie masz — zauważył Remus.
James wzruszył ramionami. O mało nie stłukł kałamarza znajdującego się pod jego łokciem. Odstawił kałamarz daleko pod ścianę, razem ze wszystkimi pergaminami i piórami, aby mógł spokojnie położyć ręce na stoliku. Splótł dłonie i zapatrzył się w blat.
— Znajdę kogoś — oświadczył z przekonaniem, aczkolwiek Ginny usłyszała w jego głosie nutę niepewności, którą starał się ukryć. Zmarszczył brwi, zdając się przewiercać swym spojrzeniem drewno na wylot. — A ty kogo bierzesz, Luniaczku?
Remus poluzował krawat, a następnie odchylił się do tyłu. Zarumienił się lekko pod naporem wzroku Ginny i Jamesa.
— Mary. — Odchrząknął.
Ginny rozwarła usta, zaś James podskoczył na swoim miejscu.
— Serio? — zapytał z entuzjazmem. Uśmiechał się szeroko jak dziecko, które po raz pierwszy w życiu dostało miotłę. — Możemy liczyć na małe rendez-vous?
Ginny parsknęła śmiechem. Dawno nie widziała, aby James był czymś tak bardzo podekscytowany, co nie byłoby związane z quidditchem bądź lekcjami. Pokręciła głową nad jego przejęciem. Zapragnęła nawet potarmosić go za włosy, lecz prędko uznała, że to byłoby już przegięcie. Prócz zachowania James nie miał w sobie nic z dziecka, a i tak dziecinne obejście chłopaka rzadko się ujawniało. Na przykład w sytuacjach wielkiego rozentuzjazmowania, jak obecnie.
— Mary i randka? Nie! Nic z tych rzeczy! Po prostu... — zaciął się Remus. — Wiedziałeś, że czytała "Historię Hogwartu"?
James momentalnie oklapł na swoim miejscu. Całe powietrze uleciało z niego jak z balona. Starał się nie wznieść oczu ku niebu, ażeby Remus nie zauważył, jak bardzo ta odpowiedź go zawiodła.
— Czyli nic z tego nie wyniknie — stwierdził, a następnie zwrócił się do Ginny: — Remus, jak tylko mówi o tym, że dziewczyna przeczytała jakąś książkę, ma na myśli, iż raczej nie planuje się zakochać. Wiele razy tak było, więc wierz mi, wiem co mówię. Próbowaliśmy znaleźć mu dziewczynę, ciągle jednak rozwijająca się relacja zatrzymywała się na etapie przyjaźni. A potem ani rusz, żeby coś zaskoczyło.
— Lunatyk to wytrwały gracz, Rogaczu — wtrącił Peter, który nagle pojawił się znikąd. Usadowił się wygodnie na podłodze tak, że miał blat tuż pod podbródkiem. Położył więc głowę na stoliku i rozejrzał się po przyjaciołach, jakby oczekiwał, że za chwilę coś dodadzą do jego wypowiedzi. — Przysięgam, że będę pod wrażeniem, jeśli Remus kiedykolwiek zakocha się w jakiejś dziewczynie.
— To będzie cud — mruknął James, ponownie zatrzymując wzrok na drewnie. Wydawał się czymś mocno zaabsorbowany, a przynajmniej na tyle, żeby na chwilę wyłączyć się z rozmowy. — Wracając, tylko ja i Peter nie mamy towarzyszki na to spotkanie Klubu Ślimaka?
— A kto powiedział, że nie mam? — obruszył się Peter. Pozostała trójka siedzących przy stoliku popatrzyła na niego zaskoczona. — Zaprosiłem pewną uroczą Krukonkę z piątego roku.
— Czyżby odmówiła?
Peter zgromił Jamesa wzrokiem.
Przyjęła zaproszenie. — Glizdogon zaakcentował pierwszy wyraz. Rozejrzał się po zebranych i dopiero wtedy zdecydował się ciągnąć: — Ma na imię Lucy. Zobaczycie, polubicie ją. Jest strasznie podobna do Lily i Mary, oczywiście jeśli chodzi o charakter.
James i Remus skinęli głową, zaś Ginny zastanawiała inna sprawa – dlaczego nie wspomnieli niczego o Syriuszu? Czyżby wiedzieli z kim wybiera się na przyjęcie? 
Zacisnęła usta w cienką linię. Co rusz odczuwanie zazdrości w końcu odbije się na jej zdrowiu.
— A co z Syriuszem? Też przychodzi? — Zawiązała niezobowiązującą rozmowę, pod stołem bawiąc się palcami u rąk. Miała nadzieję, iż na jej twarzy nie odbija się spięcie. Wystarczyło jej to, że czuła je w sercu. Nie potrzebowała dodatkowych pytań Huncwotów o jej zniecierpliwiony stan bądź, co gorsza, dlaczego interesuje ją szczególnie Syriusz.
Za ten czas James, Remus i Peter wymienili porozumiewawcze spojrzenia i ledwo dostrzegalne skinięcia głowy.
— Podobno miał jakąś dziewczynę na oku — zaczął ostrożnie Remus — lecz nie wiadomo, czy ją zaprosił. Mogło mu się odwidzieć, przecież znasz Syriusza.
— Chodzi ci o tę Puchonkę z naszego roku? — Peter zmarszczył brwi, po czym popukał się w zamyśleniu palcem po ustach.
Ginny zachodziła w głowę o jaką dziewczynę chodziło, jakby dostała małpiego rozumu. Miała ochotę chwycić się za łeb i zacząć kiwać się to w przód, to w tył, jak gdyby dostała owsików. Paniczna chęć kontrolowania wszystkiego, co związane z jej życiem uczuciowym, które, bądź co bądź, istniało, odbierało jej zdolność do zdrowego osądzenia sytuacji. Dlatego właśnie nie zauważyła małych uśmieszków na twarzach chłopaków oraz Remusa i Petera przybijających żółwika. Pewna część umysłu zamknęła się na wszystkie bodźce zewnętrzne.
Oczyma wyobraźni widziała Syriusza tańczącego z brązowowłosą pięknością. Gdzieś tam, w tłumie, stała Ginny podpierająca ścianę i popijająca Ognistą Whisky, żeby zakryć swój żal i samotność. Sporadycznie wychodziła na parkiet, żeby zatańczyć z Jamesem, jednakże jej wzrok co chwilę kierował się w stronę szczęśliwego Syriusza oraz wirującej obok niego ślicznotki.
— Weasley, nie wyciągaj pochopnych wniosków. — To głos Toma wyrwał ją z zamyślenia. Podskoczyła nerwowo na swoim miejscu, patrząc niepewnie w stronę Huncwotów, czy aby nie zauważyli jej dziwnej reakcji. Ale nie – rozprawiali cicho o nieznanych jej dziewczynach i w ogóle nie zwracali na nią uwagi. — Błagam cię, nie zamieniaj się w typową zakochaną kobietę, która jest zazdrosna o wszystko i wszystkich, bo stracę do ciebie resztki szacunku.
— Nie wiedziałam, że czujesz do mnie jakiekolwiek poważanie — syknęła w stronę Toma, nie odwracając wzroku od Jamesa, Remusa i Petera. — Miłe zaskoczenie, Riddle.
— Nie zmieniaj tematu. Zaledwie kilka razy pocałowałaś Blacka, a ty już jesteś w stanie rzucić dla niego cały świat? Weasley, jak Merlina kocham! Zachowujesz się niepoważnie jak na osobę, którą opętałem i poznałem.
— A ty właśnie tracisz na swoim autorytecie. Od kiedy się o mnie martwisz? Niedawno sprawiłeś, że stałam się rozhisteryzowaną dziewczynką...
— To było kilka miesięcy temu.
— ... a tu nagle wyskakujesz z poradami życiowymi — dokończyła, rzucając mu mordercze spojrzenie.
Tom Riddle wydawał się w ogóle tym nie przejąć. Zmierzył Ginny obojętnym spojrzeniem, na pierwszy rzut oka nie zostawiając wątpliwości, iż wszelkie dobre rady nie biorą się z jego dobrodusznego serca. Riddle nigdy nie przejawiał się troską o innych, a co dopiero w stosunku do niej. Gdyby stało się inaczej, mogłaby postawić duży znak zapytania nad jego zdrowiem psychicznym oraz moralnością.
Jednakże tym razem było inaczej. Zachowanie Toma miało w sobie drugie dno, ledwo dostrzegalne pomiędzy wszelkimi kpiącymi i beznamiętnymi gestami. Znała Riddle'a nie od dzisiaj, wiedziała, że coś jest nie tak – bo jak inaczej nazwać dziwny przejaw troski? – i planowała w przyszłości rozeznać się w sytuacji. Na tę chwilę nie dałaby rady, ze względu na różne przeciwności w postaci nastoletnich miłości i jeszcze bardziej nastoletnich zawodów z powodu miłości.
Tak, zdecydowanie Tom miał jakiś ukryty cel w swoich działaniach. Zobaczyła to w jego oczach, których kolor zbyt mocno kojarzył jej się z tęczówkami Syriusza. Westchnęła cicho, żeby nie zwrócić na siebie uwagi przyjaciół.
— Staram się pomóc, Weasley — odparł Riddle, patrząc na nią z góry, jak gdyby był panem i władcą. Stanowczość, chłód i obojętność – to jego stały repertuar spojrzeń. Zero radości czy nawet wściekłości. Najwyżej zirytowanie. — Za życia dość często obserwowałem załamane dziewczyny, które miały ochotę zabić się z powodu niespełnionej miłości.
— Więc pocieszałeś je i przynosiłeś wszelkie zapasy chusteczek, jakie posiadałeś w zanadrzu? — Przypomniała jej się niespodziewanie Lily. Podobieństwo, choć nikłe, jakoś w nią uderzyło, ze względu na to, iż Ginny była w stanie polubić Lily, a Toma... Toma niekoniecznie. Ta porównywalność jednak dała jej do myślenia, gdyż przez krótką chwilę pomyślała, że może, ale to tylko może, polubi także Riddle'a. Dokładnie tak jak Lily.
— Nie upadłem tak nisko — prychnął na to i splótł ramiona na piersi.
Wtem wstała gwałtownie ze swojego miejsca, bez żadnego uprzedzenia. Uznała, że skoro chłopcy nie wyjaśnią jej zagadki dotyczącej partnerki Syriusza, sama to zrobi, choćby miała nawet przedrzeć się przez ogień i wichurę. Sprawa życia i śmierci, jak to określała rzeczy ważniejsze niż jej duma. To nic, że Huncwoci uznali ją za wariatkę, kiedy zerwała się jak poparzona ze swojego miejsca; to nic, że to był jej odruch – nie myśleć, tylko wykonywać, jak chociażby teraz. Nie zarejestrowała momentu, w którym zapragnęła porozmawiać z Syriuszem. Po prostu wstała, o mało nie przewracając stolika i uderzając Jamesa.
I jak nagle wstała, tak nagle odwróciła się w stronę zdziwionego Pottera.
— Proponuję ci zaprosić Lily — rzuciła w jego stronę, nie przejmując się tym, iż wygląda jak szaleniec w oczach chłopaków. — Będzie bardzo szczęśliwa.
Rzuciła w międzyczasie okiem na Toma i uśmiechnęła leciutko. Gdyby tylko mogła, skłoniłaby się w jego stronę z wdzięcznością lub (o Merlinie) pomachała na pożegnanie.
Bo po cholerę upadać tak nisko i czuć się zazdrosnym, skoro można wziąć sprawy w własne ręce i zacząć ratować swój malutki świat?



Szukała Syriusza w każdym zakątku Hogwartu, nawet w damskich toaletach i kuchni. Miała wrażenie, iż wszystkie próby poszły na marne. Przecież mogli się gdzieś po drodze minąć albo Syriusz w tym momencie siedział w Pokoju Wspólnym z przyjaciółmi. Jednak postanowiła nie poddawać się i dalej szukać z zawziętością godną pozazdroszczenia, przeganiając tym samym upartość Harry'ego oraz zaparcie Hermiony. "Jak Gryfon", pomyślała, otwierając kolejne drzwi do pustej sali. Każde pomieszczenie świeciło pustką i nagością. Żadnych zbuntowanych uczniów, próbujących robić psikusy, żadnych nauczycieli lub, co najgorsze, żadnego Syriusza.
"No gdzie ty do cholery jesteś?" pomyślała z irytacją, zatrzaskując z głośnym hukiem drewniane drzwi. Ani jednej żywej duszy, która świadczyłaby o tym, że Hogwart nie został zdmuchnięty z powierzchni ziemi, a ona nie unosi się wraz z budowlą w przestworzach. "Jakim cudem teraz ta szkoła jest taka wielka?"
Nagle usłyszała stukanie czyichś butów o posadzkę. Odwróciła się z ogromnym uśmiechem na twarzy w stronę, z której dobiegał głos. Pełna nadziei na spotkanie Syriusza nawet nie zwróciła uwagi na to, iż kroki były zbyt ciężkie, a z zakrętu wybiegł najbrzydszy kot jaki świat widział.
Tak bardzo liczyła na to, że spotka chłopaka, w którym się zauroczyła, że nie dopuszczała do siebie myśli, że właśnie stoi przed Filchem.
— Dzień dobry — rzekła wyraźnie, aby woźny ją usłyszał. Mężczyzna tylko skrzywił się i machnął dłonią, jak gdyby odganiał jakąś upierdliwą muchę. — Czy widział pan Syriusza Blacka? Pilnie potrzebuję go odnaleźć, ale...
— Czy to ty trzasnęłaś drzwiami? — przerwał jej Filch, nie patyczkując się z jakimikolwiek grzecznościami. Uważano bowiem, iż wszelkie zasady dobrego wychowania nie dotyczyły szanownego woźnego. Po szkole chodziła plotka, która mówiła o tym, że mężczyzna wychował się wśród górskich trolli, które nauczyły go wszystkiego, poza savoir-vivre. Czasami Ginny była skłonna w to uwierzyć, zważywszy na maniery staruszka.
— Tak, to ja — odparła ostrożnie, zaś Filch zmrużył oczy, upodabniając się do swojej równie odrażającej co on kotki. Ginny przeszedł dreszcz, kiedy zwróciła wzrok w stronę zwierzęcia. Pani Norris wywoływała postrach nawet wśród najodważniejszych uczniów.
— Szlaban! — ryknął Filch. Pani Norris zamiauczała, polizała swą łapkę i wróciła do ulubionego zajęcia, jakim było przeszywanie Hogwartczyków na wskroś swoim wzrokiem. Ginny z kolei przypatrywała się kropelkom śliny opadającym na kamienne płytki. Zastanowiła się, jak to możliwe, aby tak się popluć podczas wypowiedzenia jednego słowa. — W Hogwarcie zabronione jest wywoływać taki hałas! Zabronione! Szlaban!
— Rozumiem — mruknęła pod nosem, nie patrząc na wzburzone oblicze woźnego. Zamiast tego wlepiła wzrok w ohydną kotkę, która w tym momencie okazywała największy spokój spośród całego towarzystwa.
— Idziemy! Za mną! — Filch pomaszerował do przodu, a jego zwierzątko tuż za nim. Na twarzy mężczyzny widniał usatysfakcjonowany uśmiech, jak zawsze, kiedy przyłapał jakiegoś ucznia na łamaniu regulaminu.
— Ale...
— Żadnego ale! — Od całego tego ryku Ginny myślała, że ogłuchnie. Skrzywiła się i nieco zgarbiła, jednak jak stała, tak dalej się nie ruszyła. Po przeanalizowaniu całej sprawy, stwierdziła, że musi najszybciej jak się da wymyślić jakiś plan odwrotu, ażeby nie zostać uziemionym na całe popołudnie. No i żeby odnaleźć Syriusza. — Ruszaj się! Naruszyłaś regulamin, więc szlaban! No dalej!
"Życie byłoby stokroć piękniejsze, gdyby starsi ludzie nie wydzierali się co kilka minut do twojego ucha", pomyślała, słysząc echo odbijające się po ścianach korytarza.
— Muszę znaleźć Syriusza Blacka — zamilkła, po czym dodała: — Profesor Slughorn pilnie potrzebuje naszej dwójki u siebie w gabinecie.
Filch popatrzył na nią rozsierdzony, zaciskając blade usta. Pomarszczona skóra na jego twarzy poruszała się razem z emocjami to pojawiającymi się, to znikającymi z jego oblicza. Koniec końców zagościła rezygnacja i zdenerwowanie, cieszące się sporą popularnością pośród całego wachlarza emocji zawartych w mężczyźnie.
— Syriusz Black obecnie siedzi u mnie w gabinecie i porządkuje stare kartoteki uczniów. — Zerknął przelotnie w stronę miejsca, w których znajdowało się pomieszczenie należące do niego. Jak na upartego mężczyznę dość szybko zrezygnował z przetrzymywania Syriusza u siebie. "Urok wewnętrzny", stwierdziła w myślach. — Za mną! I żebym nie widział was za chwilę na korytarzach! — warknął, a Ginny poczuła niemałą satysfakcję płynącą ze świadomości odnalezienia Syriusza.
Z przyklejonym uśmiechem na twarzy ruszyła za woźnym. Pani Norris kroczyła dumnie koło niego, unosząc wysoko w górę swój ogon, od czasu do czasu naprężając się, jakby zauważyła jakąś mysz. Filch co chwilę powarkiwał coś pod nosem, przeklinając na "żałosne dzieciaki", "za dużą dobroć Dumbledore'a" oraz "brak możliwości chłosty niesfornych bachorów". Z kolei Ginny szła za mężczyzną raźnym krokiem, wyobrażając sobie przyszłe rendez-vous z Syriuszem.
W końcu udało im się dojść do gabinetu Filcha. Woźny otworzył drzwi do pomieszczenia mocnym kopniakiem, niemal natychmiast wparowując do środka razem z kotką. Ginny zauważyła, że na jednym z krzeseł poustawianych wokół małego stoliczka siedział Syriusz, niespiesznie segregując kartoteki. Nie zareagował na hałas wywołany przez woźnego, czemu Ginny pogratulowała w myślach. Gdyby była na jego miejscu, z pewnością postąpiłaby inaczej niż chłopak – bardziej gwałtownie. Przypadkiem rzuciłaby na Filcha klątwę bądź zwaliła cały stos kartotek na ziemię.
— Black, wychodzisz! — warknął Filch. — Masz szczęście, że ta młoda panna przyszła, inaczej siedziałbyś tutaj przez następne kilka godzin.
Syriusz uniósł zdziwiony głowę i popatrzył w stronę wyjścia. Na progu stała uśmiechnięta Ginny, opierając się o framugę drzwi. Pomachała wesoło w jego stronę, na tyle dyskretnie, na ile to możliwe.
— Że też Slughornowi zachciało się teraz na pogawędkę z bachorami — ciągnął Filch, nie ukrywając swojego zdenerwowania. Chodził w tę i we w tę po pokoju, zaś kotka obserwowała jego ruchy. Wydawać by się mogło, iż zwierzę ma wyraz czystego uwielbienia w oczach. — Jakby nie mógł sobie wybrać lepszej pory, krętacz jeden. Zawsze ratuje swoich ulubieńców z opresji.
Dalej jego słowa zamieniły się w czysty bełkot, niezrozumiały nawet dla najlepszego słuchacza. Ginny postanowiła wtrącić swoje trzy grosze, zanim mężczyzna całkowicie zapomni o ich obecności, co doprowadziłoby do nieprzyjemnych pytań, gdyby uciekli.
— Czyli możemy już iść?
Filch zatrzymał się gwałtownie i zgromił dwójkę uczniów swym spojrzeniem.
— Tak... — Chciał dodać coś więcej, jednak Ginny i Syriusz już pędzili w przeciwną stronę.
Po kilku sekundach biegu zatrzymali się za jakimś rogiem, ciężko dysząc. Oparli się o ściany i przez moment nic do siebie nie mówili, pozwalając napięciu zawisnąć w powietrzu, aby później móc rozładować je w charakterystyczny dla nich, namiętny sposób.
— Ten Slughorn... to tylko wymówka, tak?
— A jak myślisz?
Syriusz zaśmiał się ochryple.
— To niedopuszczalne, panno Weasley.
— Ale wyszło na plus dla nas obojga.
Nie mógł zaprzeczyć, gdyż to, co powiedziała, było czystą prawdą. Ale dobrze było widzieć jego radosną minę i lekko zaczerwienione od biegu policzki. Naprawdę się opłacało zrobić coś wykraczającego regulaminowi.
— Wiesz, że możesz dostać szlaban za skłamanie?
— Trudno. Jakoś nie żałuję.
Syriusz uśmiechnął się szeroko na te słowa.
— Moja krew.
Przez następne kilka minut rozmawiali o błahostkach, tym samym uspakajając swoje mocno bijące serca i nierówny oddech. Ukrywali się za rogiem, tak na wszelki wypadek, gdyby jacyś nieproszeni goście przyszli i zauważyli ich obok siebie.
Szkoła huczała od plotek na ich temat. Wszyscy byli bardziej zainteresowani życiem dwójki Gryfonów niż swoim, jak to często w Hogwarcie bywa. Szeptali pomiędzy sobą za każdym razem, gdy Ginny i Syriusz przechodzili korytarzem "zdecydowanie zbyt blisko siebie". A to nie było winą dwójki nastolatków, że panicznie potrzebowali swojej bliskości w każdym momencie. Zazdrosne dziewczyny gromiły Ginny wzrokiem czy też rozprowadzały w obieg głupie ploteczki na jej temat. Niektóre z nich dochodziły do uszu Gryfonki, lecz szybko wszelkie wymysły zostawały zgniatane jak karaluchy. Ginny i Syriusz osobiście śmiali się z kilku co po idiotyczniejszych, a z innych czuli zażenowanie.
— Słyszałeś może o spotkaniu Klubu Ślimaka w piątek? — zapytała, niepewna czy dobrze robi zaczynając ten temat.
Syriusz na chwilę zamyślił się.
— Chodzi ci o ten mini bal? — Ginny skinęła głową. — Ach, no tak, słyszałem. Ciekawa sprawa.
— Wybierasz się?
Popatrzył na nią szczerze zdziwiony, jakby zadała głupie pytanie. Jednak nie przejęła się tym zbytnio, chcąc być pewna co do niektórych wątpliwości.
— Oczywiście, że tak! Nawet mam już wybraną partnerkę. — Wyszczerzył zęby.
— Naprawdę? Kogo?
— Ta dziewczyna stoi przede mną — rzekł wprost.
Ginny zarumieniła się pod wpływem jego szerokiego uśmiechu i dogłębnie lustrującego wzroku. Serce zabiło jej nagle dwa razy szybciej, choć mogła przysiąc, że z okresu dostawania ataku na każdy widok Syriusza już wyrosła. Najwidoczniej nie do końca, kiedy o mało co nie zachłysnęła się powietrzem, gdy Syriusz oparł rękę o ścianę tuż przy jej głowie.
— A więc jak? Zostaniesz moją parą? — spytał, patrząc jej głęboko w oczy.
— Ależ oczywiście — wyjąkała. — Zawsze! To znaczy... jeśli zapraszasz, to z chęcią pójdę, bo... rozumiesz...
Nawet nie dała rady dokończyć zdania, a już została uciszona. Poczuła chłodne wargi Syriusza na swoich ustach, całujące ją namiętnie i żarliwie. Nie opierając się ani chwili, wplotła dłonie we włosy chłopaka. Do jej nozdrzy dotarł zapach perfum Gryfona. Chwycił ją mocno w talii, aby nie była w stanie się od niego odsunąć nawet na milimetr.
Mogła szczerze przyznać, że Syriusz był pierwszym chłopakiem, który wywołał w niej tak wielkie uczucia. Z każdym dniem uzależniała się od niego coraz bardziej, brak jego obecności odciskał na niej swoje piętno. Czasami zastanawiała się, czy to zdrowe. Na każdej lekcji zerkała w jego stronę, tęskniła, gdy nie wypowiedział choćby jednego słowa. Czy to właśnie tak reagowały jej rówieśnice, kiedy były wręcz pijane z miłości?
Syriusz niechętnie oddalił się od niej. Ginny zalała fala zawodu, że to tak szybko się skończyło. Ile minęło? Pięć sekund? Dziesięć?
— Planowałem powiedzieć dzisiaj chłopakom. — Nie musiał wysilać się, aby mówić dalej. Doskonale rozumiała, co miał na myśli.
— To świetnie! — Uśmiechnęła się szeroko. 
Zwykle taka wiadomość nie poprawiłaby jej humoru, jednak teraz mogłaby wręcz latać ze szczęścia. Gdyby dostała nagle skrzydła, uniosłaby się w powietrze, daleko ku górze, a potem nie wracała przez bardzo długi czas. Nawet wizja powrotu do przyszłości nie wydawała się taka smutna i przerażająca, jak dotychczas myślała. 
"Carpe diem", pomyślała osunąwszy się po ścianie. "I to właśnie robię".



 
— Syriusz cię zaprosił? Wiedziałam! Ja po prostu wiedziałam, że to zrobi! Jesteście już pełnoprawnie parą, choć jeszcze nikt o tym nie wie, prawda? Merlinie, to takie urocze — paplała Lily, wywijając rękoma na prawo i lewo. Powinna skupić się na upinaniu włosów, aczkolwiek Ginny stwierdziła, że jak na nią i tak dobrze sobie radzi. Wyjątkowo mocno skoncentrowała się (jak na swoje siły) na swojej czynności. Z małymi przerwami. — Mnie zaprosił James. Oczywiście nie wiedziałam, że do mnie podejdzie, bo ma masę innych dziewczyn na podorędziu. Ty wiesz, że Sophie Bell, Krukonka z czwartego roku, się do niego przystawiała? To oburzające! — Zaczęła z pasją rozczesywać włosy Ginny, o mało nie wyrywając ich z powodu swojej złości. Lily zmrużyła oczy i z wydętymi wargami rozpoczęła od nowa cały swój wywód, tym razem mający na celu obrazić biedną Sophie. Ginny współczuła Krukonce. Została wzięta na celownik Lily Evans, a to nie świadczyło o niczym dobrym.
Już od dłuższego czasu siedziała przed lustrem, niezmiernie torturowana przez Lily i jej szczotkę do włosów. Mary tym samym siedziała na ubikacji, czytając podręcznik do transmutacji i wtrącając swoje trzy grosze do rozmowy, ale tylko wtedy, kiedy to było konieczne. 
— Nie przystawiała, Lily. — Mary zerknęła na dziewczynę znad swojej książki. — Czekali razem na zajęcia, więc zaczęli rozmawiać.
— A skąd o tym wiesz? — sarknęła Gryfonka.
— Bo byłam przy nich. — Mary skutecznie zamknęła Lily usta. Dowens uniosła kpiąco brew do góry. — Jesteś zbyt zazdrosna. Radziłabym ci uspokoić swój temperament, aby James nie uciekł z krzykiem.
— Spokojnie, Lily nie da mu na to sposobności — parsknęła Ginny, a Mary razem z nią.
Evans wzięła się pod boki. Podobieństwo do Molly Weasley było wręcz uderzające i Ginny nie wątpiła, że Lily w przyszłości też stanie się przykładną panią domu. Lecz w tym momencie poza Lily nie wydawała się nie tyle co straszna, tylko śmieszna.
— Tego wieczoru będziemy świecić — obwieściła, unosząc wysoko podbródek.
— Bardziej Ginny z Syriuszem. W końcu cała szkoła dowie się, że chodzą razem, a to wywoła niemałe zamieszanie. Oczywiście to tylko moje zdanie — dodała prędko Mary pod gromiącym wzrokiem Lily.
— Możliwe — potwierdziła wolno Evans.
— Lily, ciągniesz mnie za włosy. — Skrzywiła się Ginny, kiedy jej głowa poszybowała gwałtownie do tyłu. Lily mogła sobie być zaawansowaną fryzjerką, ale do delikatnych kobiet nie należała.
— Merlinie, przepraszam! To przez to spotkanie. Cała się pocę i denerwuję. Rozumiecie – nerwy, stres, nie jadłam nic od obiadu...
— Właśnie wróciłyśmy z obiadu, Lily. Na którym zjadłaś dwa razy więcej niż normalnie.
— Och, przestańcie! To przez nerwy!




Ginny przeszła niepewnie przez próg pomieszczenia. Sam wystrój pokoju odstraszał najbardziej jak się da. Wszędzie wisiały staromodne firanki oraz zielone girlandy. Na znajomych meblach stały oprawione w ramkę zdjęcia przedstawiające byłych uczestników Klubu Ślimaka. Po krótkim przyjrzeniu się Ginny stwierdziła, że żadnego z nich nie kojarzy, choć to może wina tego, iż wszyscy byli tacy młodzi i ubrani dość pokracznie. W przeciwieństwie do tych czasów, dawni członkowie wyglądali jakby zostali zaproszeni na przyjęcie dla dzieci. 
Idąc dalej, Ginny zauważyła ogromną ilość świeczników postawionych na półce (czyżby Slughorn był zagorzałym kolekcjonerem świeczników?) oraz zabytkowych sztućców. Wszystkie stoły zostały przesunięte pod ściany, aby zrobić miejsce na parkiet oraz orkiestrę, która przygotowywała już instrumenty.
"Nieźle", podsumowała Ginny, rozglądając się po pomieszczeniu. "Slughorn się postarał".
Członkowie Klubu Ślimaka również. Zarumieniła się po czubki uszu, widząc odświętnie ubrane dziewczyny oraz chłopaków we frakach. Nie umywała się do nich pod względem stylu oraz samej kreacji. Ze wstydem stwierdziła, że pośród tylu uczniów wygląda strasznie przeciętnie, nie zachwycając swą urodą ani wdziękiem. Była po prostu pospolita.
— Cześć, Ginny! — krzyknął jej ktoś do ucha. Tuż za nią stał Peter ubrany standardowo w garnitur, a obok niego jakaś dziewczyna. —  Poznaj moją partnerkę, Lucy! Lucy, to Ginny, jestem z nią na jednym roku w Gryffindorze.
Ginny spostrzegła, że Lucy również niczym nadzwyczajnym się nie wyróżniała. Według niej, Lucy była typem kobiety zwyczajnej, niezbyt popularnej, która z góry skazana jest na szczęśliwą przyszłość. Ot, taka dziewczyna z miłym wyrazem twarzy. Stereotypowa Puchonka. Lecz z tego co pamiętała, Lucy pochodziła z Ravenclawu.
— Miło poznać. — Wyciągnęła do blondynki rękę. Dziewczyna świdrowała swoimi czekoladowymi oczami dłoń Ginny. Gryfonka poczuła się nieswojo, dlatego prędko opuściła ręce wzdłuż ciała, aby nie wyglądać jak idiotka. — W każdym razie, Peter dużo o tobie opowiadał. — "No tak, zaledwie trzy zdania". — Ładnie wyglądasz.
Tego ostatniego zdania co prawda nie musiała dopowiadać. Jak na pospolitą kobietę, wyglądała wyjątkowo bardzo dobrze. Żółta suknia przylegała jej do ciała, a u samego dołu była rozkloszowana. Ginny musiała zaś pochwalić nogi Krukonki – były zgrabne i opalone. Ostatnimi czasy słońce dopiekało na błoniach, dlatego uczniowie z chęcią wychodzili, żeby przebywać na świeżym powietrzu.
— Mhm — mruknęła Lucy.
— A więc jesteś na piątym roku, prawda? — ciągnęła dalej rozmowę, nie zważywszy na spanikowany wzrok Krukonki. — Czyli pierwsze ważne egzaminy! Pamiętam, jak ja stresowałam się na swoich testach. Ale wiesz co? Prawdę mówiąc, nie jest tak źle. Dasz sobie radę.
— Mhm — wymamrotała ponownie Lucy.
— Tak w ogóle, dobrze ci idzie z ocenami? McGonagall ostatnio strasznie nas tępi i zastrasza przyszłymi egzaminami. Merlinie, jakbyśmy nie mieli ich też w tym roku. Ani w pięciu poprzednich. — Przewróciła oczami.
— Mhm.
Ginny sapnęła ciężko. Miała ochotę zapytać wprost, czy Krukonka potrafi mówić cokolwiek innego niż "mhm". Tym jednym słówkiem nie poradzi sobie w życiu, to pewne.
— Taaak — przeciągnęła wyraz, następując to na pięty, to na palce. — Widzieliście może Syriusza? Muszę z nim porozmawiać.
W tym samym momencie kapela zagrała pierwszą piosenkę. Już na starcie wybrali muzykę cięższą, niż wypada na przyjęciach.
Lucy bąknęła jakieś słowo, które zapewne nie odbiegało daleko od "mhm", zaś Peter pokręcił przecząco głową.
— Niestety nie, a ja też muszę sobie z nim uciąć krótką pogawędkę. Lucy, idziemy się czegoś napić? — zaproponował dziewczynie, na co ta żywo przytaknęła. Wystrzeliła niczym strzała w kierunku stolików z jedzeniem, zostawiając w tyle Petera i Ginny. Nawet nie oglądnęła się za siebie, żeby sprawdzić, czy jej partner podąża za nią. Nie – rzuciła się niczym hiena do jedzenia i picia, cała czerwona na twarzy.
— To ja może pójdę za nią — dorzucił Peter, patrząc niepewnie na Ginny. Weasley machnęła lekceważąco dłonią.
— Idź, ja sobie poradzę — powiedziała, uśmiechnąwszy się z przekonaniem.
Peter przez chwilę obserwował to Ginny, to Lucy. Wzrok przeskakiwał z jednej na drugą, jakby podejmował wewnętrzną walkę dotyczącą swojej dziewczyny a koleżanki. Decydując się w końcu na dołączenie do partnerki, poszedł w jej ślady do stolików z jedzeniem. Ginny odetchnęła, bo mimo iż należała do tych odważnych dziewczyn, przebywanie z niemową Lucy zbiło ją z pantałyku.
Z daleka ujrzała Narcyzę i Regulusa, wyraźnie odznaczających się na tle wszystkich uczestników Klubu Ślimaka. Na pierwszy rzut oka można było stwierdzić, iż to prawdziwi arystokraci – pięknie zdobione stroje, wykonane z najlepszego materiału, ściśle przylegały do ich ciał. Narcyza odważyła się założyć purpurową suknię do ziemi, co doskonale współgrało z idealnie zaczesanymi włosami. Tylko dwa kręcone blond kosmyki opadały wzdłuż twarzy, nadając jej wygląd zarówno wyniosłej, jak i delikatnej kobiety. Tiul sukienki tylko dopełniał urodę dziewczyny. Cóż Ginny mogła stwierdzić? Narcyza prezentowała się zjawiskowo.
Weasley przelawirowała obok hojnie zastawionych stołów oraz równie ładnie ubranych uczniów. Nikt z nich co prawda nie dorównywał urodzie Narcyzy, jednak Ginny doceniała ich starania. Sama nie miała szans uchodzić kiedykolwiek za piękność, dlatego właśnie podziwiała Narcyzę za urokliwość.
— Cudownie wyglądasz, Narcyzo — powiedziała, gdy doskoczyła do kuzynów. Oparła się wyprostowana o ścianę, ażeby nie wyróżniać się spośród arystokratów, którzy wyglądali, jakby połknęli kij. Miny może i mieli dość radosne – bo w końcu rzadko się zdarza, aby pójść na jakieś przyjęcie – jednak cała ich postura wyrażała, jak sztywno się czują.
— Dziękuję, Ginewro — odparła uprzejmie Narcyza, patrząc znacząco na coś, co znajdowało się obok niej. 
Ginny kątem oka zauważyła pewnego młodszego ucznia, który ewidentnie ich podsłuchiwał. Popijał spokojnie sok dyniowy z szklanki – choć niewątpliwie kilka procentów z Ognistej Whisky się w napoju znalazło – i na pozór rozglądał się po całej sali. Ginny prychnęła na ten jawny brak umiejętności aktorskiej. Miała ogromną ochotę założyć na twarz wyniosłą maskę, aby następnie podejść do chłopaka i rzec dźwięcznym tonem "spadaj" w ostrzejszej wersji.
Zamiast tego uniosła wysoko podbródek i z chłodem ciągnęła rozmowę.
— Wyglądacie doprawdy uroczyście. Niczym prawdziwe pawie wychowane do podziwiania. — Pozwoliła, aby w jej głosie zabrzmiała drwina. Aby zachować dalsze pozory, uniosła prawy kącik ust do góry. Po chwili nadszedł kelner, który uraczył ją – nie wiadomo skąd – winem, ukłonił się, a następnie szybko uciekł w przeciwną stronę. Ginny jakoś nie mogła uwierzyć, że ten pośpiech został wywołany jej zachowaniem, dlatego po zerknięciu na Regulusa, utwierdziła się, iż to nie jej wina.
Regulus miał opanowane zakładanie masek na twarz w jednym palcu. Potrafił zachować spokój, nawet kiedy w środku szalał ze złości. W jednej chwili mógł z uradowanego chłopca zmienić się w chłodnego arystokratę bądź odwrotnie. A to wszystko spowodowane tym, iż został wychowany w takiej rodzinie, jakiej został. I gdyby nie to, że Ginny była Weasleyem, zapewne nigdy nie doceniłaby umiejętności, jakimi posługują się starożytne rody. Bo prawda była taka, iż arystokraci nie zwracali uwagi na swoje przyzwyczajenia, zaś tacy ludzie jak Ginny, ogromnie im zazdrościli.
Naprawdę pragnęła być Ślizgonką i arystokratką w jednym.
— Ty również nie wyglądasz źle. Zapewne mój brat Syriusz będzie skory do podziwiania cię od stóp do głów. A może nie tylko podziwiania.
Podsłuchiwacz zakrztusił się swym piciem tak bardzo, że przez długi czas nie był w stanie zaprzestać kaszlu. Dopiero jakaś dziewczyna ulitowała się nad nim oraz poklepała po plecach i następnie przestrzegła, aby uważał kolejnym razem, gdyż "śmierć przychodzi w najbardziej niespodziewanym momencie. Nigdy nie wiesz, czy nie umrzesz z powodu zakrztuszenia sokiem dyniowym". Odeszła, zostawiając za sobą osłupiałego chłopaka wpatrującego się z otępieniem w jej plecy.
Ginny miała ochotę zaśmiać się na głos, jednak zdołała tylko parsknąć śmiechem. Narcyza i Regulus również wydawali się rozbawieni całą sytuacją, nawet bardziej niż Ginny.
Chłopak odwrócił się w ich stronę, lecz zobaczywszy miny całej trójki, z zażenowaniem uciekł w stronę grupki jakichś uczniów, którzy wydawali się w jego wieku. Ginny na oko stwierdziła, że oni również mieli dolaną Ognistą Whisky do soku, a przynajmniej świadczyły o tym nienaturalnie czerwone policzki i ogólne rozweselenie.
— Nie wróżę mu  świetlanej przyszłości — oświadczył rozbawiony Regulus, upijając łyk ze swojej szklanki. Opróżniony kieliszek odłożył na stół.
— Ja również. — Prychnęła Narcyza, powtarzając ruch kuzyna. Widać było, iż nie została wychowana na wprawnego "testera różnorakich alkoholi", jak to niegdyś określał Colin. Nieudolnie próbowała naśladować kuzyna, choć w jej przypadku wyglądało to tak, jakby zdesperowana kobieta chciała utopić swe żale w ogromnych łykach whisky podanych przez barmana.
"Popijanie przy barze bardziej pasuje do Bellatriks", pomyślała Ginny. "Narcyza jest zbyt delikatna".
Najwyraźniej Regulus pomyślał tak samo, kiedy w tej samej chwili spróbował odebrać przyssanej niczym glonojad kuzynce alkohol. Narcyza zaprotestowała słabo. Bursztynowy napój utworzył krętą ścieżkę na brodzie arystokratki. Regulus zaśmiał się cicho i podał Narcyzie haftowaną chusteczkę.
— Wytrzyj się porządnie, kuzyneczko. — Ślizgonka wyszarpnęła gwałtownie chustkę z rąk Regulusa. Chłopak wciąż się z niej naśmiewał.
— Już lepiej — oznajmiła łagodnie Ginny, widząc, jak Narcyza wręcz z paniką pociera usta. Następnie Ślizgonka zgromiła Gryfonkę wzrokiem, gdy ta, przytrzymawszy chusteczkę, powtórzyła: — Już jest lepiej.
— Ale Regulus... — urwała. Rzeczony chłopak uśmiechał się kpiąco pod nosem.
Ginny przewróciła oczami.
— Wiesz, że Regulus uwielbia się z ciebie śmiać, gdy dostajesz bzika na punkcie higieny. Nie musisz sobie brać do serca wszystkich jego rad, a szczególnie tych pod względem urody.
Kątem oka zauważyła biegnącego z kieliszkiem wina Slughorna. Profesor zatrzymał się przed wzniesieniem należącym do kapeli, wołał coś do nich oraz wymachiwał jedną ręką, żeby zwrócić na siebie uwagę.
— Widzicie to? - zwróciła się do arystokratów, zawzięcie wymieniających zdania na nieznany jej temat. Tymczasem Slughorn został wreszcie zauważony przez kapelę. — Spójrzcie na profesora.
Śpiewający schylił się w stronę nauczyciela, a następnie wysłuchał jego próśb. Najwidoczniej nie były one zbytnio przyjemne, ponieważ członek zespołu skrzywił się z niesmakiem, aczkolwiek pokiwał z niechęcią głową. Potem powiedział coś do ucha reszcie kapeli, która zareagowała dokładnie tak samo, jak on.
Narcyza i Regulus nie zwrócili na Ginny najmniejszej uwagi. Gryfonka założyła się, że nawet nie usłyszeli, jak po pomieszczeniu rozeszła się spokojna, wykwintna jak na poważne przyjęcie przystało – muzyka. Wciąż zacięcie kłócili się o coś, czego nie rozumiała, dlatego ogromnie ucieszyła się, gdy pośród tłumu wypatrzyła Syriusza. Zostawiła za sobą kuzynów i ruszyła w jego stronę.
To interesujące, jak bardzo mogła uzależnić się od towarzystwa osoby, której prawie że nie znała. Bo taka była prawda – Ginny mało co wiedziała o swoim chłopaku. Gdyby zachciała pobawić się w wróżkę podczas jednym ze spotkań z Huncwotami, zapewne wyłożyłaby kawę na ławę, "przepowiadając" okropną przyszłość. Jednocześnie wszystko przeobraziłaby w żart, aby nie wydawało się to zbyt podejrzane, zaś w środku płakała z rozpaczy. W tym czasie trójka chłopców śmiałaby się z udanego kawału (prócz Remusa), a ona powoli zagłębiała się w panikę i szaleństwo – co zrobić? Jak ich wszystkich uratować? Czy w ogóle ratować? Mamo? 
A na końcu przypomniałaby sobie siebie, dawną siebie, podczas pierwszego dnia w przeszłości. Przypomniałaby sobie, jaka wtedy była, jak myślała tylko o tym, ażeby wrócić do swoich czasów, nie bacząc na to, że w latach siedemdziesiątych też mogła ułożyć sobie życie. Nowi przyjaciele, nowe umiejętności, pierwsza miłość. I postanowiła wrócić do stanu psychicznego sprzed ośmiu miesięcy.
Patrząc na to z perspektywy czasu, Ginny mogła rzec, iż uczyniła wielki postęp pod względem wyjścia z zimnej skorupy i troski o swoje i innych dobro. Nigdy nie spodziewałaby się, że kiedykolwiek się zauroczy, że zaakceptuje innych ludzi niż Colin, Neville i Luna, że polubi Severusa Snape'a i kuzynów Black. W latach siedemdziesiątych zdecydowanie ruszyła naprzód. Och, zaczęła nawet tolerować Toma! Jako jedyny, może nieco upierdliwy, towarzysz w tej podróży, rozumiał jej zmagania z samą sobą, gdy miała wątpliwości co do dobra swoich czynów. A tak to? Poznała jego mroczną przeszłość (a przynajmniej jej malutki kawałek), poznała w pełni Huncwotów, Lily i tajemniczą Mary, która już na zawsze pozostanie jej sekretem.
A przede wszystkim, największy sukces, poznała miłość pod trzema różnymi względami. I była z tego ogromnie dumna.
— Dwadzieścia minut spóźnienia. Ominął cię ciekawy wstęp metaliczny zespołu, mrucząca Lucy, cnotliwy podsłuchiwacz oraz moment na popisanie się swoimi umiejętnościami tanecznymi — obwieściła, gdy znalazła się u boku chłopaka i pocałowała go w policzek.
— Czyli cieszę się, że mnie nie było. — Ginny uśmiechnęła się równie szeroko, co Syriusz. 
— Jak kto woli, mi tam na przykład szkoda tej ostatniej rzeczy.
— Myślę, że damy rady to nadrobić, jak nie teraz, to po przyjęciu.
Ginny zmarszczyła brwi.
— Ale po przyjęciu jest cisza nocna. — Specjalnie na potrzeby uczestników Klubu Ślimaka szlabany z powodu chodzenia późną nocą zostały przesunięte na godzinę dwudziestą trzecią, czyli dziesięć minut po zakończeniu spotkania.
— Muszę zabrać cię w pewne miejsce, które niedawno odkryłem. Nawet James, Remus i Peter o nim nie wiedzą. — Spletli ze sobą dłonie. 
Nawet głupi potrafiłby stwierdzić, że Syriusz i Ginny ewidentnie się w sobie zakochali. Stali w niedalekiej od siebie odległości, pośród masy tańczących uczniów, patrząc sobie głęboko w oczy. Zielony wystrój sali kontrastował ze złotymi ozdobami, drewniane stoły współgrały w jasnym świetle żyrandoli, a nastroju dodawała spokojnie płynąca zewsząd muzyka.
— Jakie to dokładnie miejsce? — Głos wydawał się uderzająco podobny do głosu Ginny, jednakże to niemożliwe, aby to ona go wydała. Była zbyt nafaszerowana emocjami, żeby zdobyć się na coś takiego, jak mówienie.
— Magiczne. — Czy to było w ogóle prawdopodobne, aby nie słyszeć muzyki lecącej w tle, gwaru rozmów innych uczniów, a tylko Syriusza? Jak bardzo trzeba być zauroczonym w człowieku, którego się prawie nie zna, żeby zapomnieć o całym świecie?
"To już nie zauroczenie, Ginny, tylko pasożyt zwany zakochanie, który będzie cię prześladować do końca życia", przebił się przez jej umysł Tom.
Możliwe. Zakochanie.
Ginny Weasley zakochała się w Syriuszu Blacku. Cóż może istnieć piękniejszego i wiecznego niż miłość?
Szablon