niedziela, 4 grudnia 2016

Rozdział 12 - Czarna Róża

 Rozdział z dedykacją dla mojej ukochanej przyjaciółki, która 2.12 obchodzi swoje urodziny ^^

      
Kiedyś jej przyjaciele mówili, że jest szalona.
Mówili też, że w szaleństwie spoczywa piękno.
To były pierwsze słowa, z którymi całkowicie się zgadzała. Zaakceptowała je i przyjęła z rozpostartymi ramionami, jak starego przyjaciela, którego nie widziała przez długi czas. Uważała je za w pełni realne, oddające jej rzeczywistość, w której żyła, żeby osiągnąć swój cel. Myślała, że utrzyma swój stan szaleństwa do końca swojego istnienia, że uda jej się wyróżniać spośród innych jednostek, które pomimo szczerych chęci, i tak wtapiały się w tłum. Podążali w jedną stronę, a ona parła w przeciwną.
Do dziś jest dumna ze swojego osiągnięcia w tej kwestii.
Wiele razy pytali ją, co chciałaby kiedyś dostać. Ona na to wzruszała w ramionami, przyjmując jak najbardziej zobojętniałą minę, na jaką ją było stać. Zgodnie z zasadą, jaką wymyślili, podarowali jej rzeczy tak szalone, że przeciętnemu człowiekowi nie mieściło się to w głowie. Nigdy jednak nie powiedziała swojego życzenia.

Pewnego dnia przyszedł do niej Syriusz oraz opadł obok niej na kanapę. Ginny zapadła się w swoim miejscu z powodu ciężaru jego ciała, choć zupełnie jej to nie przeszkadzało. Tak wiele razy to robił, że już przyzwyczaiła się do tego.
Syriusz odgarnął włosy z czoła i wpatrzył się w trzaskający ogień w kominku. Po chwili jednak zadał pytanie, które nie powinno jej wcale zdziwić.
— Co chciałabyś dostać na święta?
Na początku chciała zrobić to samo, co zazwyczaj – wzruszyć ramionami i zbyć to pytanie, jak każde inne. I już miała to zrobić, kiedy nagle pomyślała, że jemu może powiedzieć o swoim szalonym marzeniu. Przecież kiedy odnajdzie sposób na powrót do przyszłości, nie zobaczy go. A teraz, w tym momencie, Syriusz nie wyczarowałby znikąd tej obscenicznej rzeczy, a do świąt mógłby o tym zapomnieć.
— Od zawsze chciałam dostać męską koszulę — oświadczyła. — Kiedy byłam mała, mój brat mi jedną pożyczył na przenocowanie. Od tego momentu bardzo podobają mi się takie koszule. — Zarumieniła się, kiedy kończyła ostatnie zdanie.
Syriusz zmarszczył brwi. Znowu zapatrzył się w ogień, już drugi raz, tak niepodobny do niego. A Ginny za to wpatrywała się w niego, oczekując jakiejkolwiek innej reakcji, niż melancholii.
— Szalone życzenie — rzekł w końcu. — Prawdę mówiąc, jeszcze nigdy się z takim nie spotkałem. Nawet James prosi o normalniejsze rzeczy.
Ginny odetchnęła cicho.
Czyli wszystko jest w porządku.


Nigdy nie sądziła, że kiedykolwiek uda jej się poprawić relacje z Severusem. To było tak samo niemożliwe, jak odbicie Avady czy zaprzyjaźnienie się z Tomem. Po prostu nie i koniec. Żadnych szans czy małego światełka w tunelu, które dawałoby jej jakąkolwiek nadzieję.
Jak codziennie przyszła do pracowni w celu warzenia eliksiru. Pierwszy etap został ukończony i to z bardzo dobrym skutkiem. Teraz musieli przychodzić i doglądać, czy aby wszystko jest na sto procent dobrze, żeby niczego nie zepsuć po takim okresie. Za niedługo zaczną drugi etap, który jest najkrótszy ze wszystkich. W nim trzeba tylko przez miesiąc mieszać roztwór, aby nie zgęstniał.
Rzuciła torbę na drewniane krzesło i podeszła do kociołka, z którego wydobywał się dym. Zmniejszyła więc temperaturę i metalową chochlą zamieszała kilka razy w prawo. Potem dorzuciła odrobinę sproszkowanego kła i powtórzyła swój ruch, tyle że w odwrotną stronę niż wcześniej.
Odłożyła chochlę do zlewu i odkręciła trochę ciepłej wody, aby umyć naczynie. Ten moment wybrał sobie Severus, żeby wejść do pracowni. Powitał ją cichym mruknięciem, co i tak dość rzadko się zdarzało. Postanowiła jednak odpowiedzieć, żeby nie zepsuć najwyraźniej dobrego humoru chłopaka.
— Już dodałam sproszkowany kieł i zamieszałam, więc nie musisz się niczym martwić. Zrobiłam wszystko za ciebie. — Nie dała rady powstrzymać się od zgryźliwego tonu.
Snape jednak odetchnął z ulgą i opadł na siedzenie. Zamknął oczy i założył ramiona za głowę, przybierając jak najbardziej zrelaksowaną pozycję, na jaką go było stać.
— Nawet nie wiesz, jak bardzo jestem ci wdzięczny, Weasley — mruknął.
Ginny popatrzyła na niego zaskoczona i odrzuciła trzymaną w ręku szmatę na blat. Nawet nie zwróciła uwagi na to, że wpada do gorącej wody niż w zamierzone miejsce.
— Coś się stało? — palnęła.
Oczekiwała jakiejś ciętej odpowiedzi albo zignorowania jej pytania. Było wręcz pewne, że Severus wybierze którąś z tych opcji.
Powinna w końcu nauczyć się godnego przyjmowania zaskoczenia.
— Siadaj obok mnie, Weasley — rozkazał jej.
Przez chwilę nie miała ochoty tego zrobić, lecz w końcu podeszła ostrożnie do Ślizgona. Pewność siebie mogłaby ją w tym momencie zgubić, jak to mawiał Tom.
Klapnęła na miejsce obok Severusa. Siedziała sztywno wyprostowana, jakby była więźniem, który oczekiwał na Pocałunek Dementora albo pewną śmierć ze strony aurorów. Oczekiwała na dalsze polecenia, gdzieś po drodze gubiąc samą siebie, która nigdy nie zniżyłaby się do takiego poziomu. Prawdziwa Ginny Weasley nie byłaby taka uległa. Walczyłaby o swoje, a nie podkulała ogon i posłusznie robiła to, co inni by rozkazali.
Chyba że to jej mózg znowu wariował i widział wszędzie zagrożenie i następującą po tym walkę.
— Miałaś kiedyś tak, że pragnęłaś chwili spokoju, odetchnienia od tego całego zgiełku i harmideru?
Znowu miała rację. Zaczynała tracić zmysły.
— Wielokrotnie — stwierdziła. Przesunęła wzrokiem po całym pomieszczeniu w poszukiwaniu inspiracji. — Ale nie tylko od tego. Od przyjaciół, rodziny. Samej siebie.
Snape kiwnął głową na te słowa.
— Psychika nas wyniszcza, czyż nie?
— Bardzo, Snape. Bardzo.
Potem siedzieli w ciszy.
'Severus miał rację' pomyślała. 'Niszczę się'.
A na końcu ponownie zaczęli warzyć eliksir.


Po chwilowym wyrwaniu się z codziennej rutyny, na nowo w nią wpadła. Myślała, że lekcje czarnej magii pomogą wyrwać jej się z rytmu dnia, jednak okazało się, że było wręcz przeciwnie. Coraz bardziej nudziła się w tych czasach, szczególnie teraz, kiedy pozałatwiała wszystkie ważne sprawy, jakie miała do zrobienia. Tom śmiał się z tego powodu, choć zauważyła, że on też popada w letarg. Oprócz wspólnych zajęć nie pojawiał się wcale. Potem znikał i nie odpowiadał nawet na wezwania Ginny, co zazwyczaj robił. Musiał w końcu zrozumieć, że Gryfonka chce tylko z nim porozmawiać o byle czym, niż robić jakiekolwiek produktywne rzeczy.
W piątek wracała z zajęć niezwykle znużona. Chciała tylko położyć się i zasnąć na kilka godzin, byleby tylko szybko przeminęły. Obok niej jak zwykle rozmawiały Lily i Mary, które były podniecone zajęciami. Ginny popatrzyła na nie leniwie, zastanawiając się, co może być takiego ciekawego w transmutacji zwierzęcej.
Czwórka Huncwotów podbiegła do nich i nie zwracając uwagi na dwójkę jej współlokatorek, obwieścili:
— Za tydzień będzie mecz quidditcha! Gryffindor przeciwko Ravenclaw. Rozmieciemy Krukonów w pył!
Lily i Mary prędko przerwały rozmowę i popatrzyły na chłopaków. Ginny aż miała ochotę jęknąć, kiedy zauważyła wzrok Lily wlepiony w Jamesa.
— Oczywiście, że tak! — Evans wyrzuciła pięść w górę. — Oni nie mogą równać się z wami! Tak dobrze wam poszło z Puchonami, że teraz pewnie znowu nie będzie problemów.
James i Syriusz wyszczerzyli zęby. Ginny za to przewróciła oczami. Czuła się, jakby ktoś ją właśnie zdjął z krzyża, a bezmyślne zachowanie Lily tylko pogarszało jej samopoczucie.
— Czyli mamy rozumieć, że przyjdziecie, tak? — zapytał James. Włożył ręce do kieszeni spodni.
Lily żywo pokiwała głową, wprawiając tym w ruch swoje włosy. Mary tylko skrzywiła się lekko, lecz i tak zgodziła, choć Ginny przypuszczała, że dziewczyna robi to tylko wyłącznie dla Evans. Zaprzyjaźniły się na tyle mocno, że były w stanie poświęcać się dla dobra drugiej, niezależnie od tego, jak głupia była sytuacja.
— A ty, Ginny? — zwrócił się do niej Syriusz.
Weasley cicho jęknęła do siebie.
— Nie dam rady, niestety. — Skrzywiła się przepraszająco. — Mam szlaban u McGonagall za nieoddanie jej eseju o transmutacji miski w żabę.
Uśmiech szybko zniknął z ust Syriusza. Teraz chłopak wydawał się bardziej przyklapnięty niż szczęśliwy. Całe powietrze nagle z niego uciekło.
Ginny poczuła malutkie ukłucie na myśl o tym, że musi go tak oszukać. Najchętniej w ogóle by tego nie robiła, lecz to sprawa wyższego dobra. Jej dobro było ważniejsze, niż Syriusza. A przynajmniej tak sobie wmawiała, kiedy musiała wywinąć się z meczu.
— Może następnym razem? — Spróbowała załagodzić sytuację. — Jeśli dobrze się orientuję, kolejny mecz będzie rozgrywać ze Slytherinem, prawda? Możecie być pewni, że wtedy przyjdę.
Syriusz na powrót lekko się uśmiechnął, a Ginny odetchnęła z ulgą. Mogła spokojnie spać ze swoim sumieniem. Przynajmniej teraz nie będzie krzyczeć i wołać, że zrobiła coś źle.
— Jasne, tylko mam jeden warunek — rzekł Syriusz. Ginny żywo pokiwała głową, żeby dalej mówił. — Musisz mi się potem odwdzięczyć, skoro nie dasz rady przyjść. Zawsze wymagam zapłaty.
— Będziesz ją miał, skoro tak ci zależy. — Przewróciła rozbawiona oczami.
Syriusz wyszczerzył zęby i wdał się z nią w głębszą rozmowę o quidditchu. Obydwoje wymieniali zalety oraz słabości niektórych sławnych drużyn, a potem, z jeszcze większym zapałem, omawiali, jak można je polepszyć.
— Widzisz, jak oni świetnie się zgrali? — zapytał James, który od dłuższego czasu się w nich wpatrywał.
Lily pokiwała jak zaczarowana głową.
— Pasują do siebie — potwierdziła Mary.
James uniósł jedną brew do góry.
— Zamierzacie bawić się w swatkę?
— A ty?
Uśmiechnął się lekko.
— Oczywiście, że tak.



Mam pewną teorię — rzekł Remus.
Tym razem nie mieli ze sobą żadnych ciężkich ksiąg ani dużej ilości zapisanych pergaminów. Wybrali kilka najważniejszych spośród nich oraz rozłożyli równo na stoliku, aby tworzyły w miarę wspólną całość.
— Mów, ja słucham.
Od dłuższej chwili stali zamyśleni, szukając jakiegokolwiek sensu wśród tylu informacji. Ginny powoli zaczynała mieć mętlik w głowie, choć Remus wciąż myślał logicznie, a przynajmniej tak wyglądał. Gryfonka znowu nie potrafiła rozszyfrować jego emocji.
— Podczas twojego upadku niechcący zakręciłaś pokrętłem, przez co zjawiłaś się w naszych czasach. Nie wiemy jednak ile razy, dlatego nawet gdybyśmy mogli, nie damy rady przekręcić w drugą stronę, żeby wywołać przeciwny skutek. Prawdopodobnie wtedy wróciłabyś do swoich czasów, lecz, jak mówiłem, nie zrobimy tego, ponieważ nie wiemy, ile razy to pokrętło się obróciło. Gdybyśmy przekręcili za mało albo za wiele razy, mogłabyś wylądować... gdzieś. Na pewno nie trafiłabyś do swoich czasów, tylko gdzieś wcześniej albo... — urwał.
— Albo co?
Remus odetchnął głęboko.
— Albo do pustki.
Wokół nich zapadła głęboka cisza. Ginny poczuła, jak skręcają jej się wnętrzności ze strachu.
Jak to mogła trafić do pustki? Czy to oznacza, że nagle przestałaby istnieć? Wyparowałaby, nikt by jej nie pamiętał?
— Dlaczego? — zapytała słabo.
— Załóżmy, że cofnęłaś się w czasie z osiemdziesiątego szóstego. Wylądowałaś u nas, a ja pomagam ci wrócić do siebie. Nie wiemy, ile razy pokrętło się obróciło, dlatego zakładamy, że sześć razy. Ot, taka przypadkowa liczba. Niestety, kiedy zakręcamy w odwrotną stronę te sześć razy, przypadkowo znajdujesz się w pustce. Ta liczba była zbyt wielka jak na możliwości zmieniacza czasu, dlatego jesteś nigdzie. To, skąd pochodzisz, zatrzymało się w okresie osiemdziesiątego szóstego. Dalszej przyszłości nie ma, bo jeszcze się nie wydarzyła, więc w czasie powstaje ogromna wyrwa. Ty w nią wpadasz, bo zakręciłaś za wiele razy. Nie dasz rady ponownie się cofnąć, bo zmieniacz nie działa, a ty będziesz siedzieć w pustce już do końca swego istnienia. O ile ten koniec kiedykolwiek nadejdzie.
Gryfonka przełknęła ciężko ślinę. To wyjaśnienie jej wystarczyło.
— Jest też opcja, że zakręcisz dwa razy, czyli za mało, a wtedy...
— Dość! Rozumiem!
Remus zamilkł, kiedy zauważył, jak Ginny dyszy. Próbowała wziąć większy oddech, jednak to nic nie pomogło – wciąż była rozwścieczona i przestraszona.
Próbowała jak najmniej o tym myśleć. Nie chciała widzieć tych złych scenariuszy, które przelatywały jej w głowie, lecz na nic się to nie zdało. Wciąż i wciąż widziała, jak znika i zostaje otoczona przez biel pustki. Jak próbuje się wydostać, ale to nie działa, gdyż pod nią nagle wytwarza się czarny dywan, który przytrzymuje ją za kostki.
— Więc co innego proponujesz? — zapytała drżącym głosem, próbując odgonić od siebie złe myśli.
— Cóż... jest też opcja, że nie znalazłaś się tutaj przypadkowo. — Głośny huk opadającej dłoni na stół, spowodował, że gwałtownie podskoczył.
— Do rzeczy, Remusie — wysyczała Ginny.
— Nic nie może dziać się bez przyczyny, prawda? Historia jest nam wciąż nieznana i to my ją tworzymy. Więc co jeśli to właśnie ona zechciała, żebyś się tutaj przeniosła za pomocą zmieniacza czasu? Że jesteś wpisana w nasze życie i tylko dzięki tobie przyszłość pozostanie nienaruszona?
— Nie rozumiem.
— Mogłaś zostać przeniesiona do tych czasów po to, żeby naprawić coś, co nie jest w porządku. Coś, co w przyszłości istnieje, lecz musiało się to jakoś stać i to tylko za pomocą osób trzecich. Czyjeś zachowania, relacje, cokolwiek, muszą się naprawić dzięki tobie, żeby nic nie zostało zmienione.
Ginny zamarła na chwilę. Zniknęły kolory z jej twarzy, pozostawiając po sobie tylko czystą, nieskazitelną porcelanę.
— Czyli...
— Podam na przykładzie Syriusza. Dajmy na to, że w przyszłości będzie mieć żonę, którą poznał w szkole. Wszyscy wiemy, że Syriusz nie ma teraz żadnej dziewczyny na oku, ponieważ nikogo ciekawego jeszcze nie znalazł. Nagle pojawiłaś się ty ze swoją wiedzą o tym, co się kiedyś stanie i widząc ten zły stan rzeczy, postanawiasz go zmienić. Możesz robić to nieświadomie lub w pełni świadomie, zależy od twoich intencji. Poznajesz Syriusza z tą dziewczyną, z którą kiedyś się ożeni. Przyszłość jest nienaruszona i wszystko jest jak najbardziej dobrze. Ale jeśli ty byś się nie pojawiła i im nie pomogła, zapewne źle wszystko by się potoczyło, zupełnie inaczej — zakończył swój wywód.
Zrozumiała, o co chodzi. Wreszcie wszystko zrozumiała. Nie miała już tego mętliku, co wcześniej. Wszelkie problemy zostały rozwiązane, a ciemne miejsca w jej głowie rozjaśnione.
Dostała się tu po to, żeby zbliżyć do siebie Jamesa i Lily.



Jesteś pewny, że chcesz tu zostać i dotrzymywać mojego nudnego towarzystwa?
Ginny z Syriuszem siedzieli w nocy w ich ulubionym miejscu, czyli naprzeciwko kominka. Popijali piwo kremowe, które miało wyjątkowo słodki aromat. Specjalnie poprosili skrzaty o postaranie się nad przygotowywaniem tego napoju. Kiedy już go dostali, opatulili się ciepłym kocem i usiedli obok siebie, żeby móc ze sobą rozmawiać po cichu. Nie chcieli zostać przegonieni przez natrętnych prefektów.
Jedynym źródłem światła był kominek, choć to i tak nie było zbyt dużo. Wokół panował mrok, który owinął wszystkie meble i ozdoby jakie znajdowały się w Pokoju Wspólnym. Malutka komoda, która stała w kącie pokoju, miała swój własny, osobliwy kształt. Teraz przypominała na myśl człowieka o śmiesznym wyrazie twarzy.
— Waham się — odpowiedział Syriusz. — Z jednej strony nie chcę, żebyś została sama w zamku przez cały tydzień, a z drugiej obiecałem już Jamesowi i jego rodzicom, że przyjadę.
— Dam sobie radę, Syriuszu, naprawdę. Jestem już dużą dziewczynką.
— Z tą "dużą" polemizowałbym — rzekł żartobliwie.
Ginny uderzyła go w ramię, jednak uśmiechnęła się, kiedy zauważyła, jak chłopak śmieje się wesoło.
— Nie jestem niska.
— Jesteś, mała.
Spróbowała go jeszcze raz uderzyć, lecz tym razem udało mu się chwycić ją w nadgarstku. Przewidział jej ruch, dlatego był na to gotowy.
Po chwili jednak spojrzał w dół. Rozszerzył ze zdziwienia oczy, kiedy zauważył, co się tam znajduje.
Malutka róża o czarnej barwie odznaczała się na kremowej skórze Ginny. Łodyga oraz kolce mieniły się głęboką zielenią, a wokół tatuażu promieniowała mroczna poświata, która wydawała się jakby żywa. Niby okalała całą różę, aczkolwiek to było błędne wrażenie. Kwiat hipnotyzował swym kolorem oraz znakiem, jaki próbował przekazać nawet naiwnemu człowieku.
Ginny spróbowała wyrwać swoją rękę z mocnego uchwytu Syriusza. Szarpała nią i ruszała na każdą stronę, aby żelazny uścisk chłopaka choć trochę zelżał, lecz na nic się to zdało. Nawet błagalny szept go nie przekonał, jak i zaszklone oczy.
— Proszę, Syriuszu! Puść mnie — jęknęła. — Błagam, Łapo.
— Skąd masz taki tatuaż? — zapytał stanowczo.
Gryfonka ponownie stęknęła.
— Przyjaciel mi zrobił, kiedy miałam czternaście lat i przyjechałam do jego domu na wakacje.
— Jak się nazywał?
— H-Harry. Proszę Syriuszu, puść mnie.
Uścisk zelżał, lecz i tak jej ręka nie została puszczona. Odznaczały się na niej mocno czerwone linie, które na myśl przywodziły ślady po biczowaniu lub po pijackiej bijatyce.
Syriusz zaczął oglądać mały tatuaż. Obracał jej rękę w każdą stronę, a czasami też rysował palcem kontury róży, nie zapominając nawet o najmniejszych szczegółach. W tym miejscu Ginny czuła przyjemne mrowienie. Od małego uważała nadgarstek za swój słaby punkt, gdyż zawsze kiedy ktoś przerysowywał ten mały odcinek jej skóry, czuła coś w rodzaju gilgotek. Działało na nią kojąco i uspokajająco, niczym niezbadany lek na wściekłość.
I tym razem Ginny rozluźniła się. Syriusz wciąż siedział zgarbiony nad jej tatuażem przyglądając mu się z ciekawością, prawie tak samo, jak ona jemu. Chłopak nie zwracał na nic innego uwagi, poświęcając ją na dokładne przeanalizowanie róży.
Dziewczynie skojarzyło się to z tym momentem, kiedy on sam tatuował jej tego kwiatka. Skupiał się tylko na tym, aby wszystko było dopięte na ostatni guzik. Każdy szczegół dopracowywał tak, aby nie było żadnych niedogodności. Tatuaż miał być idealny. Idealny w swym wyglądzie i charakterze. Kolory stonowane, rozlewające się po całości, jakby miały być tylko tłem, choć to one wystawiały się na pierwszy plan. Zrobiła go dzień po swoim upadku ze schodów na Grimmauld Place. Jeszcze wtedy była chodzącą niezdarą, która cokolwiek by nie dotknęła, rozlatywało się to w proch. Wiele razy potykała się na dywanie przy głównym wejściu albo wpadała w głowy skrzatów zawieszone na ścianie. I tak dzień w dzień, znajdując coraz to nowsze sposoby na zdobycie siniaka.
— Jest piękny. — Głos Syriusza wyrwał ją z zadumy. Nie dotarł do niej jednak ten łagodny i pełen podziwu ton, który wcześniej był bardziej stanowczy.
Ginny spojrzała mgliście to na swój tatuaż, to z powrotem na chłopaka. Świdrował ją swoim wzrokiem, bo musiał zauważyć jej chwilowe zamroczenie. Ile ono trwało? Sekundę? A może minutę? Nie będąc tego pewnym, nie odezwała się ani słowem. Znowu zgarbiła się na swoim miejscu, przypominając tym malutkie dziecko, które zostało ukarane za zbicie ulubionej porcelany swojej babci.
— Jest naprawdę cudowny, Ginny — powtórzył Syriusz. — Dobrze, że nie znam się na sztuce, bo wtedy musiałbym stwierdzić jak okropne to jest. Niestety, z bólem serca przyznaję, że to najpiękniejszy tatuaż o wzorze kwiatu, jaki kiedykolwiek widziałem. Ten, kto to stworzył, musiał być naprawdę dobrym malarzem.
'A co, jeśli powiem, że to ty jesteś tym artystą?'
— To prawda — zgodziła się. — Za każdym razem jak na to spojrzę, czuję się w pewien sposób wyjątkowa. Nikt oprócz mnie nie może poszczycić się takim dziełem.
— Więc dlaczego nigdy go nie pokazujesz?
Wzruszyła obojętnie ramionami.
— Przyzwyczajenie — odparła. Kiedy zauważyła pytający wzrok Syriusza, postanowiła nieco wyjaśnić sytuację: — Zrobiono mi go w niewiedzy przed rodzicami. To był ten okres, kiedy człowiek zaczyna się buntować i robić wszystko na przekór rodzinie. Pomyślałam sobie, że też chciałabym tak zrobić, więc pierwszym krokiem, jaki uczyniłam, było wykonanie tatuażu. Od zawsze mnie fascynowały.
— Rozumiem to, też chciałbym kiedyś mieć kiedyś wielkiego, czarnego psa wytatuowanego na ramieniu.
— Psa? — Popatrzyła na niego nierozumiejąco spod zmarszczonych brwi.
Syriusz tylko machnął na to zbywająco ręką. Równo z tym w kominku trzasnął ogień, a kawałek drewna osunął się na samo dno. Po chwili stanął cały w płomieniach, już nie tak w połowie, jak wcześniej.
— Potem — kontynuowała — ukrywałam ten tatuaż pod rękawem albo zaklęciem maskującym przed rodzicami. Nie mogli się o tym dowiedzieć, bo pokłócilibyśmy się, niszcząc już i tak nasze słabe relacje. Jedynie najbliżsi przyjaciele wiedzieli o istnieniu tatuażu, choć i tak rzadko go widzieli.
Gryfon pokiwał wyrozumiale głową. On jak nikt inny rozumiał każde jej pobudki.
— Teraz przynajmniej nie musisz go przed nikim ukrywać. Zaczęłaś nowe życie, Ginny.
Weasley uśmiechnęła się lekko.
Zaczęła żyć od początku.



W piątek wracała popołudniu do swojego dormitorium. Wcześniej przez cały czas była w swojej pracowni wraz z Severusem. Razem pracowali nad nowym eliksirem, którego nie mieli w podstawach nauczania, lecz postanowili przetestować swoje umiejętności pracując nad antidotum na popularne trucizny. W przyszłości mieli zamiar uwarzyć antidotum na niepopularne trucizny, które było bardzo zaawansowane, i tylko Mistrzowie Eliksirów potrafili zrobić go bezbłędnie.
Ciche postukiwania jej butów odbijały się echem pośród murów. Korytarz wyglądał jak w tych mugolskich filmach o średniowiecznych zamkach, gdzie wszędzie było ciemno. Zawsze kilka pochodni dających słabe światło było zawieszone na ścianach, tak, aby dawały poczucie ciepła i niebezpieczeństwa, które kryło się za każdym rogiem. Jeden mocny podmuch wiatru mógł zgasić płomień, pogrążając wszystko w mroku. U czarodziejów ogień był zabezpieczony zaklęciem, żeby przypadkiem powiew powietrza nie zdusił go.
Z końca korytarza słyszała okrzyki radości po wygranym meczu. Ginny po drodze spotkała pewnego Gryfona, który podekscytowany oznajmił, że Gryffindor znowu zwyciężył. Potem prędko pobiegł przed siebie, zostawiając ją samą stojącą jak palec pomiędzy salami. Postanowiła jednak pójść pogratulować Jamesowi i Syriuszowi. Pomimo jej niechęci do wszystkiego, co związane z Gryffindorem, kultura i przyjaźń wymagały gratulacji. Albo raczej rzucenia się na chłopaków z radości.
Przy okazji liczyła też na kolejną wycieczkę do Hogsmeade.
Z lekkim uśmiechem na twarzy skręciła za róg korytarza. Jeszcze wcześniej mogłaby przysiąc że nikogo ani niczego nie słyszała, lecz teraz, kiedy przez przypadek na kogoś wpadła, była pewna, że nawet słuch ją zawodzi. Odbiła się od czegoś twardego, ale nie wylądowała na podłodze, jak to się czasami zdarzało. Po prostu zachowała równowagę.
— Przepraszam, mała, zagapiłem się.
Ginny spojrzała prosto na Syriusza. Miał rozwiane włosy oraz szeroki uśmiech na twarzy. Stał przed nią już przebrany, z luźno zawieszonym krawatem i rozpiętą pod szyją koszulą. Pod ręką trzymał miotłę oraz niedbale złożony kostium, który przypominał jedną wielką kulkę.
'Musiał ubierać się na szybko' pomyślała.
— Gratuluję meczu. — Uśmiechnęła się szeroko do chłopaka.
Syriusz wyprostował się dumnie i skinął jej w podzięce głową. W tej chwili wyglądał jak minister odbierający zasłużoną nagrodę.
— Wygraliśmy dwudziestoma punktami. Gdyby nie James, leżelibyśmy zgnieceni przez Krukonów na ziemi. Wyobrażasz sobie, jaki to byłby wstyd?
— Ale się nie daliście, i to się liczy. — Szturchnęła go w ramię.
— Właśnie. Idę na imprezę do Pokoju Wspólnego. Zamierzasz do mnie dołączyć czy kisić się w bibliotece albo laboratorium?
— Tak właściwie to miałam zamiar poczytać w spokoju książkę.
— No tak, przecież wykształcenie jest najważniejsze. — Przewrócił oczami, udając znudzenie.
Ginny zachichotała pod nosem. Po chwili jednak stanęła przerażona w bezruchu, zastanawiając się, czy to aby na pewno ona. Ginny Weasley przecież nigdy nie chichocze.
— Świetnie, to ja lecę. Do jutra, mała! — krzyknął na pożegnanie.
Ginny miała ochotę odpowiedzieć, lecz poczuła, jak jej usta zostają zamknięte pocałunkiem. Krótkim, ciepłym, jakby wyśnionym z bajki. Był tak chwilowy i ulotny, że Gryfonka chciała zatrzymać czas i doznawać tej ekscytacji i euforii na wieki. Pragnęła trwać tak na zawsze.
 Nawet nie miała kiedy cokolwiek poczuć, a już chłopak odskoczył i pobiegł w przeciwną stronę. Ginny zauważyła tylko urywek jego ciała znikającego za rogiem.
Stała z na wpół rozchylonymi wargami i wpatrywała się w miejsce, w którym ostatnio widziała Syriusza. Wszystko jakby nagle zamarzło, łącznie z sypiącym śniegiem i poruszającymi się na wietrze gałęziami.
Ginny uniosła drżącą dłoń do ust. Przytknęła do warg, jakby były największym cudem świata.
— Black — wyszeptała.


***

Tak dla pewności — po końcowym pocałunku nie wybuchnie nagle żadna tru loff. Co to to nie. Można je uznać za wprowadzające do czegoś wielkiego, lecz na sto procent nie takie końcowe. No.
 W końcu jestem chora. Mam trochę więcej czasu dla siebie. Prawdę mówiąc mam w końcu czas na wszystko.
Teraz jest taka wspaniała zimowo-ponura pogoda ^^ Kocham tego typu, wtedy mam największą wenę twórczą. Mogłabym pisać i pisać, dopóki mózg nie zacznie mi się przegrzewać.
layout by oreuis