sobota, 29 października 2016

Rozdział 10 - Przyjęcie u Slughorna


       Sobota mogłaby wydawać się jednym z najlepszych dni w tamtym tygodniu. Przyjęcie u Slughorna dostatecznie wynagradzało wyróżnionym uczniom te ciężki dni harówki. Mało tego, w przyszłym tygodniu miał odbyć się mecz quidditcha pomiędzy Gryffindorem a Hufflepuffem. Ginny cieszyłaby się z tego powodu, gdyby tylko nie to, że o wiele ważniejsze rzeczy zajmowały jej myśli.
       W tym momencie Ginny stała przed lustrem i poprawiała włosy. Mimo że to zwykła kolacja, na której poznałaby kilku innych ambitnych uczniów, chciała wyglądać jak najlepiej, aby dobrze wypaść w oczach Slughorna. Jego ocena była dla niej ważniejsza niż reszty tych dzieciaków, którym władza może w przyszłości uderzyć do głowy. Slughorn później mógłby ją pamiętać, a ci uczniowie niekoniecznie. Po dwóch latach już każdy by o niej zapomniał, o ile nie wyróżniałaby się spośród tych wszystkich wybitnych jednostek.
       — A ty jak zawsze wypełniona nadzieją — rzekł Tom, który stał koło niej.
       Ginny wygładziła swoją bluzkę i jeszcze raz zerknęła w stronę lustra. Blada dziewczynka patrzyła się w swoje odbicie; na cienie pod oczami, które ukryła zaklęciem, na rude loki, które sięgały jej do ramion. Nic zmiennego, wyglądała dokładnie tak samo jak wczoraj czy tydzień temu.
       — Aż mi się szkoda robi, jak na ciebie patrzę, Weasley. Wyglądasz okropnie.
       Ginny westchnęła i przetarła zmęczona oczy. Stanowczo za mało sypiała.
       — Wiem, tylko... ostatnio w nocy przegrzebuję księgi, które znalazłam w Zakazanym Dziale. W końcu ruszyłam do przodu.
       — Widziałem. — Skrzywił się. — Powinnaś spać dłużej, niż cztery godziny. Albo pójść do Pomfrey poprosić o eliksir pobudzający.
       — Nie mam czasu.
       — A na co ty go ostatnio masz? Weasley, do cholery jasnej! — Uderzył w umywalkę, choć nie wydało to żadnego dźwięku. — Przyzwyczaj się w końcu do tego, że jesteś w latach siedemdziesiątych, a nie dziewięćdziesiątych. Jeśli dalej będziesz tak zaniedbywać te czasy, w końcu popełnisz jakiś błąd, który potem wpłynie na przyszłość. O ile ona wciąż istnieje.
       Ginny skrzywiła się na ostatnie słowa Toma. Wolała nie myśleć, co by się stało, gdyby nie miała dokąd wracać.
       — Próbuję przez cały czas, ale jakoś... nie potrafię. — Popatrzyła w swoje odbicie.
       Tom prychnął pod nosem i popatrzył na nią z niesmakiem.
       — Potrafisz, Weasley, tylko się do tego nie przykładasz. Znam twoje możliwości, a także czyny, jakie wyrabiałaś w czasie tych pięciu lat, od kiedy siedzę w twojej głowie. I, muszę szczere przyznać, momentami mnie zadziwiałaś swoim sprytem oraz sposobem wybrnięcia z sytuacji.
       — To było w moich czasach, kiedy wiedziałam wszystko o swoich najbliższych. A tutaj... tutaj wszystko jest obce.
       — Jesteś tutaj już od bliska prawie trzech miesięcy — zauważył Tom.
        — Właśnie. I dalej nie potrafię się przystosować. Po prostu to nie mój dom.
        — Nigdy nim nie będzie, dopóki się nie przystosujesz.
       — To jak ja mam to, do cholery, zrobić?
       Tom odchylił głowę do tyłu i zaczął wpatrywać się w nią uważnym wzrokiem.
        — Mam pewien sposób.
        Ginny popatrzyła na niego zaskoczona.
       — Jaki?
       Tom uśmiechnął się szeroko bez ani grama radości.
       — Pomogę ci, jeśli zgodzisz się na wszystkie moje warunki.
       — Zależy jakie to warunki.
       Oczy Toma zabłysły nienaturalnie.
       — Może ci się nie spodobają, ale uwierz mi, warte jest to swojej ceny.


       Ginny upiła łyk soku dyniowego.
       Wokół niej rozlegały rozmowy uczniów z Slughornem, który równie żywo jak oni opowiadał swoje historie. Weasley już wielokrotnie nasłuchała się ich w swoich czasach, dlatego nie zwracała na nie większej uwagi niż trzeba, i zamiast tego obserwowała otoczenie.
       Całe pomieszczenie utrzymane było w tonacji ciemnozielonej, które doskonale odzwierciedlało prawdziwy dom Slughorna. Wszyscy wiedzieli, że należał do Slytherinu, choć starali się o tym nie mówić. Z tyłu pokoju stał rozpalony kominek, z którego radośnie trzaskały iskry, nadając cieplejsze wrażenie całemu otoczeniu. Na półkach, szafkach i komodach stały różne srebrne ozdoby, zdjęcia w ramkach oraz książki. Na środku zaś stał wielki stół z najróżniejszymi potrawami i napojami, których było w ogromnych ilościach. Wokół zasiadali uczniowie i sam Slughorn, który był wręcz w szampańskim nastroju.
       Ginny po raz kolejny napiła się ze swojej szklanki i zaczęła szukać kolejnej potrawy, którą mogłaby zjeść. Tuż obok sałatek znajdowały się ryby i owoce morza. Patrząc na tak ogromny wybór, Ginny zastanawiała się, czy w Wielkiej Sali znajduje się tyle samo jedzenia, co tutaj.
       — I jak ci się tu podoba? — zapytał James, który siedział koło niej.
       — Jest świetnie. — Przytaknęła głową, aby uwiarygodnić swoje słowa. — W życiu nie widziałam aż tyle jedzenia.
       James zaśmiał się ciepło.
       — Wyobraź sobie, że tak jest na prawie każdym spotkaniu. Potem wszystkie dziewczyny mają bzika na punkcie odchudzania się.
       — A chłopaki?
       James wzruszył ramionami i nadział kawałek mięsa na widelec.
       — Nic z tego nie mają. Cieszą się tylko, że dostali darmowe jedzenie.
       Ginny uśmiechnęła się szeroko. Czego innego mogła się spodziewać po mężczyznach?
       — Kto je przygotowuje? Bo nie uwierzę, że Slughorn robi to z własnej woli.
       — Skrzaty domowe. Pracują w kuchni przez kilka godzin, a potem sprzątają dormitoria i Pokoje Wspólne, dzięki czemu codziennie mamy czysto.
       — Słyszałam kiedyś o tym. One dostają za to pieniądze?
       James popatrzył na nią zdziwionym wzrokiem.
       — Pieniądze? Pracują za darmo i to z wielką przyjemnością. W domu też mam skrzata domowego, który cieszy się ze swojej roboty i tego, że ma "tak kochaną rodzinę". Cóż, u nas jest na pewno lepiej, niż u Malfoyów. — Skrzywił się.
       — Zapewne — urwała rozmowę.
       Zauważyła, jak z przeciwległego końca stołu Syriusz rozmawia szeptem z Remusem i Peterem. Byli czymś bardzo ożywieni, ponieważ żywo gestykulowali i kręcili głową. Co chwilę któryś z nich przerywał wypowiedź drugiego, jakby była to rzecz naturalna.
       Nagle Ginny wpadła do głowy jedna myśl. Zmarszczyła brwi i popatrzyła na Jamesa.
       — Tak właściwie, to czemu siedzisz ze mną, a nie ze swoimi przyjaciółmi? — zapytała.
       James uśmiechnął się szeroko.
       — Chciałem cię pilnować i dotrzymać towarzystwa. To źle?
       — Nie, oczywiście, że nie! Tylko że... to są twoi przyjaciele i na pewno wolałbyś z nimi spędzać czas.
       — Ty też jesteś moją przyjaciółką, Gin. — Uśmiechnął się jeszcze radośniej.
       Ginny oniemiała na chwilę. Kiedy wyrwała się z osłupienia, zapytała:
       — Jestem?
       — Jesteś.
       Ginny poczuła przyjemne motylki w brzuchu. Już dawno nikt nie nazwał ją przyjaciółką.
       — To miło. — Uśmiechnęła się ciepło.
       James odwdzięczył uśmiech i powrócił do jedzenia potrawy. A Ginny zamiast tego wpatrzyła się w talerz z nieopisanym szczęściem.
       To było najlepsze spotkanie u Slughorna, na jakim była.


       — I jak ci się podobało na kolacji? — zapytał Syriusz, kiedy całą piątką wracali do Pokoju Wspólnego.
       Ginny uśmiechnęła się szeroko.
       — Było wyśmienicie — wyznała.
       Black popatrzył na nią radośnie, jakby nagle wygrał sto galeonów na loterii. Najwidoczniej nie tylko Ginny bawiła się doskonale tego wieczoru.
       — Żeby tylko było więcej takich spotkań — westchnął Peter.
       Remus poklepał go przyjacielsko po ramieniu.
       — Też mam taką nadzieję. Nażarłem się więcej niż przez cały tydzień. Merlinie, jutro chyba nie wyjdę z łóżka.
       — To byłaby jedna z najbardziej niespotykanych rzeczy w twoim życiu. Nie poszedłbyś na lekcję, nie przeczytał książki, ani nie pouczył.
       — Wszelkie objawy kujoństwa. Syriusz ma rację, sam zdziwiłbym się, gdybyś coś takiego zrobił.
       Remus popatrzył na Jamesa zjadliwie.
       — Zawsze można na ciebie liczyć, Jim.
       — Od tego jestem, Remi.
       Ginny uśmiechnęła się szeroko, widząc początek sprzeczki pomiędzy chłopakami.
       — Nie ma to jak w domu, prawda, Ginny? — zapytał Peter.
       Gryfonka przytaknęła głową.
       Nie ma to jak w domu.


       Kolejny tydzień minął jak z bicza strzelił i nim uczniowie się spostrzegli, już był początek listopada, co zapowiadało pierwszy mecz quidditcha w tym sezonie. Zarówno Gryfoni jak i Puchoni ostro trenowali, żeby pobić na boisku swoich przeciwników. Szanse były wyrównane, ponieważ obie drużyny były przygotowane na każdy możliwy ruch.
        Ginny, Remus i Peter siedzieli na trybunach, czekając na zawodników, którzy mieli pojawić się już za chwilę. Rozmawiali między sobą o możliwym wyniku oraz o tym, kto jako pierwszy zdobędzie punkty. Każdy z nich był zdania, że Gryffindor, lecz później Hufflepuff mógłby ich nadgonić, tak jak zawsze to robią w nagłych wypadkach.
        — Zdziwiłbym się, gdyby tym razem było inaczej — rzekł na to Peter.
       Ginny chciała odpowiedzieć, lecz usłyszała głos komentatora, który radośnie powitał uczniów przed zbliżającym się meczem. Wokół rozległy się gromkie okrzyki i oklaski, do których Ginny, Remus i Peter dołączyli. Po chwili na boisko wyleciała drużyna Griffindoru, a zaraz za nią Hufflepuffu.
       — Głośniej, głośniej! Zawodnicy potrzebują dopingu! Krzyczcie! — wołał komentator.
       Ginny wrzasnęła najgłośniej jak się dało, klaszcząc szybko w dłonie. Tak samo zrobili chłopaki.
       Syriusz zakręcił kółko w powietrzu i zatrzymał się, szukając wzrokiem swoich przyjaciół. Znalazł ich w umówionym miejscu i pomachał ręką z szerokim uśmiechem. Ginny odmachała żywo, czując, jak emocje powoli biorą nad nią górę.
       — Kapitanowie, podajcie sobie ręce!
       James oraz nieznany jej Puchon stanęli naprzeciwko siebie i uścisnęli dłonie. Pani Hooch wytłumaczyła im ogólne zasady, które mają panować podczas gry. Chłopcy pokiwali głowami na znak, że wszystko rozumieją, po czym wsiedli na miotły i unieśli się w powietrze. Ustawili się na swoich pozycjach i tylko czekali na gwizdek rozpoczynający mecz.
       — Wygramy — powiedział z pewnością Remus.
       — A dlaczego tak sądzisz?
       — Ginny, to jest pewne. Spójrz tylko na Syriusza. Jest gotowy zmiażdżyć Puchonów.
       Gryfonka parsknęła śmiechem. Z oddali usłyszała gwizdek oraz rumor robiony przez widzów.
       — I zaczęli grać! Kafla przejął Smith, który zaczął zręcznie omijać Gryfonów. Podał do White'a, White do Rogersa, a Rogers z powrotem do Smitha! Jak widać Puchoni w tym roku zdecydowali się na szybką grę. Ale... tak jest! Harris przejął piłkę i teraz leci w stronę bramki drużyny przeciwnej! Widzieliście to zgrabnie ominięcie?
       Tłum na nowo zaczął wrzeszczeć, wykrzykując nazwy domów.
       — Auć! To bolało. White wpadł na Pottera, który chciał złapać kafla. To jest faul, pani sędzio! FAUL!
       James, widocznie wściekły, zaczął zataczać pętle wokół Puchonów. Musiał ominąć tłuczek, który naleciał z drugiej strony, przez co kafel wypadł mu z ręki.
       — Pałkarze z Hufflepuffu najwyraźniej chcą zdyskredytować kapitana Gryffindoru! Fala tłuczków uniemożliwia mu rzut przez obręcz!
       — GNOJE! — wrzasnęła Ginny, nachylając się nad barierką. — No zabierz mu to! ZABIERZ TO! Przerzuć do Harrisa! DO HARRISA! DAWAJ, JAMES! RZUĆ SYRIUSZOWI!
       — Tak jest! Black złapał kafla! Leci wprost na obręcz przeciwnika i... DZIESIĘĆ PUNKTÓW DLA GRYFFINDORU!
       Sektor Gryfonów zaryczał głośno.
       — Puchoni nie tracą czasu i atakują! Rogers, White, Rogers...
       Przez następną godzinę Puchoni zdobyli dwadzieścia punktów, tak samo jak Gryfoni. Z Hufflepuffu strzelili White i Smith, a z Gryffindoru James i Harris. Udałoby się znowu Syriuszowi, gdyby nie ponowny faul, którego pani Hooch nie zaliczyła. Od tego momentu Syriusz zaczął grać znacznie ostrzej, niż wcześniej.
       — Jak tak dalej pójdzie, to oni się tam zabiją — skomentował to Peter.
       — Jest duże prawdopodobieństwo — zgodził się Remus.
       Po następnych kilku minutach szukający w końcu odnalazł znicz.
       — Hughes jest już kilka metrów przed zniczem! Szukający Hufflepuffu jest daleko w tyle! Czy Gryfoni wygrają?! Moi drodzy i to jest... TAAK! GRYFFINDOR WYGRAŁ STO OSIEMDZIESIĄT DO DWUDZIESTU! HUGHES ZŁAPAŁ ZNICZ!
       Ginny zerwała się z miejsca i zaczęła głośno wrzeszczeć. Zdarła sobie przy okazji gardło, kiedy wymawiała imienia Syriusza i Jamesa.
       — GRY–FFIN–DOR! GRY–FFIN–DOR!
       — Chodźcie szybko na dół, zanim reszta przybiegnie! — krzyknął Remus.
       Ginny i Peter prędko pospieszyli za Lupinem. Zbiegli ze schodów, przepchnęli się przez uczniów, aż w końcu przedarli do Jamesa i Syriusza, którzy z szerokimi uśmiechami rzucili się na nich.
       — Wygraliśmy! — krzyknął Potter, który zgniótł Weasley w uścisku.
       Dziewczyna roześmiała się radośnie.
       — Od zawsze w was wierzyłam!
       Odsunęła się od Jamesa, aby pozwolić Remusowi i Peterowi  na chwilę z nim. Odwróciła się w stronę Syriusza, który tylko stał i obserwował ich z wielkim uśmiechem.
       — A to już do mnie nie łaska się przytulić, mała? Zasługuję na to o wiele bardziej! A szczególnie moje biodro. — Skrzywił się.
       Ginny pokręciła głową z uśmieszkiem, po czym również podeszła do Syriusza i go uściskała. Mocno przytuliła się do niego, starając się nie wypuszczać go z objęć.
       — Chodziło mi o lekkie przytulenie, a nie przygniecenie przez żubra. — Usłyszała głos chłopaka.
       — Ale wcześniej tego nie określiłeś. — Zaśmiała się.
       Krzyki wokół oznaczały zbliżających się nieubłaganie uczniów. Zbiegali z schodów i barierek, żeby tylko być koło swoich drużyn.
       James, Remus i Peter stali koło siebie i przyglądali Ginny i Syriuszowi. Pettigrew szturchnął delikatnie Pottera i powiedział:
       — To wygląda za uroczo jak na tę chwilę.
       — Masz rację, Peter. — Przytaknął głową. — Rozejść się, ludzie, muszę z kimś porozmawiać.
       James przedarł się przez tłum aż w końcu stanął koło dwójki przyjaciół. Nachylił się nieco nad Ginny i rzekł:
       — Wolałabyś iść z nami do Hogsmeade czy na imprezę do Pokoju Wspólnego?
       Ginny, zdziwiona propozycją Jamesa, odsunęła się od Syriusza i popatrzyła na dwójkę chłopaków.
       — Do Hogsmeade? Ale ja nie mam zgody na wyjście.
       Potter pokręcił głową.
       — Nie potrzebujesz jej, a zwłaszcza z nami.
       — To będzie legalne wyjście?
       James uśmiechnął się szeroko.
       — A jak myślisz?


       — Nie mówiliście nigdy o tajnych przejściach w Hogwarcie!
       — Nie było takiej okazji.
       Ginny wraz z chłopakami wędrowała po magicznym miasteczku.Wstąpili już do Zonka oraz Miodowego Królestwa, gdzie nakupili mnóstwo słodyczy. Huncwoci pokazali jej najróżniejsze zabytki, wymyślając do tego najróżniejsze historie; tego, jak powstawały, ewoluowały. Przez krótką chwilę miała wrażenie, że wszystko, co opowiedzieli, to prawda, lecz kiedy w ich słowa wkradła się "nimfa leśna", zrozumiała, że się nieco pomyliła. Co nie zmieniało wrażenia, że dalej czuła się jak w świecie baśni, czego nie omieszkała się skomentować.
       — Moglibyście zostać nauczycielami historii magii z tą dykcją i urozmaicaniem opowieści.
       — Żeby wszyscy pousypiali? Nie dzięki, nie chciałbym mieć reputacji najnudniejszego profesora w Hogwarcie. Choć Binnsa już nikt nie pobije.
       — James, uwierz mi, gdyby ktoś was tak kiedyś określił, powybijałabym im zęby.
       — Miło.
       Skręcili za róg ulicy, a potem zatrzymali się przed drzwiami sklepu Scrivenshafta. Remus odwrócił się do nich i rzekł:
       — Muszę kupić kilka piór. Wchodzicie ze mną czy czekacie tutaj?
       — Ja wchodzę. Nie zamierzam stać na dworze w taki ziąb — zdecydował Peter.
       — Ja też pójdę. Może znajdę coś ciekawego.
       James, Remus i Peter weszli wspólnie do sklepu, pozostawiając Ginny i Syriusza na zewnątrz. Drewniane drzwi trzasnęły za nimi, a trójka chłopaków rozeszła się po sklepie w poszukiwaniu odpowiednich rzeczy.
       Stosy pergaminów, piór i atramentów pierzchły się na wystawnych półkach. Nawet najzwyklejsze zielone przybory do pisania wyglądały na nich niezwykle wykwintnie, jakby zostały zrobione przez mistrza.
       James rozglądnął się wokół w poszukiwaniu sprzedawcy. Za blatem nikogo nie było, więc zakładał, że pan Bennett wyszedł na chwilę na zaplecze. Nieco dalej Peter oglądał rodzaje atramentów. Co chwilę podnosił i odstawiał coraz to nowsze rodzaje, uważając, żeby ich przypadkiem nie rozbić.
       — Chyba sobie taki kupię. Nie wiem, ile jeszcze mi pozostało w poprzednim, dlatego wolę mieć na zapas — powiedział.
       James odmruknął coś pod nosem i zaczął postukiwać palcami o nogę. Zaczynał się niecierpliwić przedłużającą się nieobecnością pana Bennetta.
        — Wiecie może, gdzie on może być? — zapytał się przez ramię.
        — Nie mam zielonego pojęcia. Może skoczył na herbatkę?
        — Pete, nie żartuj sobie.
        — Wybacz — mruknął Peter i przewrócił oczami.
        — Ginny i Syriusz długo postoją na zewnątrz — rzekł Remus.
       — Jak zmarzną to przyjdą do środka. — Wzruszył ramionami Peter.
       — I to się nazywa troska o przyjaciół — sarknął James.
       Kącik ust Petera uniósł się ku górze.
       Z lekkim uśmiechem wrócił do przeglądania różnokolorowych atramentów.


       Ginny wypuściła parę z ust. Malutki obłoczek powędrował do nieba, a gdzieś po drodze rozmył się w powietrzu.
       — Kiedy byłem mały, często bawiłem się w taki sposób. Matka uważała to za niepoważne.
       Zerknęła w stronę Syriusza, który z rozbawieniem obserwował wydobywającą się parę z jego ust.
       — Ja nawet potrafiłam robić to przez kilka minut, ale równie szybko się nudziłam — przyznała z rozbawieniem.
       — A rodzice nic sobie z tego nie robili?
       Ginny pokręciła przecząco głową.
       — Nie, puszczali to płazem. Właściwie jak wszystko, kiedy robiłam głupie rzeczy.
       — Ty przynajmniej miałaś normalną rodzinę — mruknął Syriusz.
       — Można to tak ująć. Nie było najlepiej, ani nie najgorzej, tylko w sam raz. Czasami jeszcze za nimi tęsknię, ale to rzadko się zdarza. Chyba przyzwyczaiłam się już do ich śmierci.
       — Albo jesteś potworem bez serca. To też jest bardzo możliwe.
       Ginny trzepnęła go mocno w ramię. Syriusz uśmiechnął się tylko szeroko, w żaden sposób tego nie komentując.
       Przeszli już sklep Zonka oraz bar u Madame Rosmerty. Ginny popatrzyła tylko tęsknie w stronę miejscowego lokalu, w którym było pełno ludzi. Śpiewali, pili piwo kremowe, grali w gry, jakby próbowali przypomnieć sobie swoje lata młodości. Jakby na nowo chcieli poczuć się dziećmi.
       — Cudowny widok, prawda? — zapytał Syriusz, który patrzył w tym samym kierunku co ona.
       Ginny westchnęła cicho. Chciałaby usiąść w środku i na chwilę zapomnieć o tym, gdzie i w jakich czasach się znajduje. Chciałaby odetchnąć.
       — Szkoda, że nie możemy tam wejść.
       — Za niedługo będzie organizowana wycieczka do Hogsmeade, a wtedy na spokojnie zamówimy piwo kremowe. 
       — Zawsze jest tam taki gwar? — Popatrzyła na chłopaka z ciekawością.
       — Podczas przerwy świątecznej jest jeszcze większy. Czarodzieje przychodzą poobserwować wystrój pubu, który z roku na rok się zmienia na coraz lepszy. Wszędzie zawieszone są łańcuchy i światełka, choinka jest bogatsza w nowe ozdoby, a nawet menu się zmienia.
       — Często zostajesz w zamku na święta? 
       Dorosły Syriusz nigdy o tym nie wspominał, a przynajmniej nie w jej obecności. Rzadko kiedy opowiadał o swoich przygodach w Hogwarcie jak i po wyjściu z niego, kiedy musiał toczyć bitwy z śmierciożercami. Jak już to robił, to tylko przy Harrym. Ginny omijał szerokim łukiem, nawet kiedy byli w jednym pokoju. 
       Jej krótkie rozmyślania przerwał Syriusz, który odpowiedział na jej pytanie.
       — Przez cztery lata z rzędu zostawałem, a rok temu pojechałem do rodziców Jamesa. Pani Potter gotuje przepyszne dania, musisz kiedyś spróbować.
       Ginny uśmiechnęła się lekko, kiedy zobaczyła rozmarzony wzrok Syriusza. Wiedziała coś o pysznych daniach – jej mama należała do najlepszych kucharek, jakie w życiu poznała. Przygotowywane przez nią dyniowe paszteciki należały do ulubionych potraw Ginny, i nic nie było w stanie ich pobić. Nawet jedzenie od skrzatów nie dorównywało tych mamy.
       — Wyobrażam sobie. — Kopnęła kupkę liści. Z zainteresowaniem patrzyła, jak rozsypują się dookoła. — Za miesiąc też do nich wyjeżdżasz?
       Syriusz pokiwał żywo głową. 
       — Tydzień temu wysłali mi zaproszenie, które przyjąłem. A ty?
       — Zostaję w Hogwarcie, niestety. Mam kilka ważnych rzeczy do zrobienia i bardzo mało czasu, żeby gdziekolwiek pojechać. Choć nawet nie mam gdzie. — Skrzywiła się wyraźnie.
       — Jeśli chcesz, państwo Potter na pewno zgodziliby się ciebie przyjąć na te dwa tygodnie — powiedział szybko.
        Ginny zaperzyła się. Nie chciała nadużywać gościnności rodziców Jamesa, którzy i tak pewnie jej nie znają. Nie mówiąc o tym, że ktoś podczas świąt musi doglądać eliksiru, żeby się nie zepsuł. 
       — Mam obowiązki, Syriuszu, z których muszę się wywiązać, ewentualnie pójdą się fajczyć. Nawet gdybym mogła, muszę się uczyć. — "Albo szukać sposobu na powrót do przyszłości", dodała w myślach.
       — Jesteś pewna? — Popatrzył na nią niepewnie.
       Ginny pokiwała głową. 
       — Oczywiście, że tak. A co z Remusem i Peterem? Oni też wracają do domu?
       — Prawie jak zawsze. Tylko dwa razy udało nam się w czwórkę spędzić całe święta, potem niektórzy się wyłamali. 
       Nagle Syriusz gwałtownie odwrócił w jej stronę głowę. Wyglądał jakby wpadł na genialny plan, którego Ginny byłaby uczestnikiem.
       — A może w tym roku zostaniemy w zamku wszyscy razem, w piątkę? Damy sobie prezenty, ucałujemy w policzki, złożymy życzenia i zjemy wspólnie kolację. — Zaświeciły mu się oczy.
       Ginny popatrzyła na niego z zaskoczeniem, a zaraz potem poczuła, jak niechęć uderza w nią z całą siłą. Chciała zostać sama, nie potrzebowała do tego ich towarzystwa. Próbowaliby cały czas przebywać koło niej i przeszkadzać jej w pracy. 
       — Nie! — Gwałtownie zaprzeczyła. Dopiero po zdziwionym spojrzeniu Syriusza zrozumiała, co palnęła. — Chodziło mi o to, że odpowiada mi samotność. I nie chcę psuć wam świąt tylko przez to, że będziecie musieli zostać ze mną. To byłoby trochę nie fair wobec waszych rodzin, nieprawda? 
       Syriusz uśmiechnął się pobłażliwie.
       — Ależ to żaden problem, mała. Mogę nawet powiedzieć, że wręcz przyjemność.
       Zmroziło ją w środku. Nie chciała ich towarzystwa, nie teraz. Potrzebowała ciszy i samotności, żeby pomyśleć nad swoim zachowaniem i ruchami, jakie później wykona. 
       W duchu jak mantrę powtarzała "nie chcę, nie chcę, nie chcę". Czuła, jak na nowo traci nad wszystkim kontrolę, jak jej mózg powoli zaczyna wariować. Od kiedy tak łatwo popadała w szaleństwo? Nigdy nie przejmowała się takimi drobnostkami jak święta. Zazwyczaj z łatwością ignorowała szalejące zmysły, kiedy była stawiana w ciężkich przypadkach. Brała się w garść i parła naprzód, ale teraz miała ochotę wykonać trzy kroki w tył, a potem uciec daleko stąd. Chciała rzucić wszystko; przeszłość, teraźniejszość i przyszłość, notatki o podróżach w czasie, Huncwotów a nawet naukę, byleby tylko zaznać chwili spokoju. Pragnęła wrócić do domu, do swoich przyjaciół i wojny, która była prowadzona. Czy to ona spowodowała takie zawirowania w jej głowie? A może już dawno popadała tak szybko w panikę, że tego nie zauważyła?
       Nagle poczuła, jak płacz chce wydostać się z jej ciała. A potem przypomniała sobie, że ona nie potrafi płakać. I mimo iż po jej policzku nie spłynęła ani jedna łza, w duchu wiedziała, że jest najżałośniejszym człowiekiem, jaki istnieje.
layout by oreuis