piątek, 14 października 2016

Rozdział 9 - Mała


Tekst nie był betowany.


     Będąc na Grimmauld Place Ginny wielokrotnie wsłuchiwała się w słowa Moody'ego. "Stała czujność", jak powiadał, przysłużyła jej się w następnych latach, kiedy to na dobre zaczęły się ataki śmierciożerców. Na weselu Billa uratowało jej to życie. Zaklęcie Lucjusza Malfoya minęło ją o zaledwie cal, jak to później opowiadał Remus, kiedy byli sami w kuchni i ogrzewali się ciepłą herbatą. Jedną z niewielu rzeczy, jakie z tej rozmowy zapamiętała, był unoszący się dym znad kubka oraz ciepło rozchodzące się z niego. Patrząc na to po wielu miesiącach, zastanawiała się, dlaczego aż tak bardzo skupiła się na szczegółach, a nie ważnych informacjach, które opowiadał jej Lupin. Czy aż tak bardzo potrzebowała normalności w tych szalonych czasach?
     — Jesteś naprawdę nienormalna, Weasley.
     Ginny nagle wyrwała się z letargu, w którym trwała już od paru minut. Ciepła herbata na pewno była już letnia, a grzanka z dżemem niejadalna. Zawsze uważała, że najlepiej jeść dania na ciepło, bo później tracą swój smak. Tym razem było tak samo, kiedy z wykrzywionymi ustami popatrzyła na swojego tosta.
     — Ostatnio stałaś się wyjątkowo cicha — rzekł Tom, kiedy usiadł koło niej.
     — Ty też byłbyś, gdybyś oszukał swoich znajomych. — Zaczęła lustrować stół wzrokiem. — A przy okazji mam dziwne wrażenie, że teraz nic mi nie wychodzi. Taki mały dodatek do mojego, jak to kiedyś określiłeś, marnego życia. Od zawsze potrafiłeś pocieszać, Tom.
     Riddle popatrzył na nią niesympatycznie, do czego zdążyła się już przyzwyczaić. Przez pięć lat doświadczała tego spojrzenia, dlatego teraz nie robiło to na niej żadnej różnicy.
     — Zdobyłaś już tę zgodę? — zapytał Tom.
     Ginny westchnęła niecierpliwie.
     —Nie, Tom. To nie jest tak łatwe, jak myślisz. Ja w porównaniu do ciebie nie mam tego uroku, którego używałeś na nauczycielach.
     Nadziała na widelec kawałek naleśnika, którego przed chwilą zauważyła. Przez chwilę bawiła się w owijanie go wokół widelca, po czym wsadziła do ust. Smak białego sera od małego pobudzał ją do działania, nawet kiedy była niewyspana. 
     — Idziesz dzisiaj po tę zgodę?
     Rzuciła widelec na talerz z taką mocą, że Gryfoni, którzy siedzieli wokół niej, odwrócili w jej stronę głowy z zainteresowaniem. Ginny zgromiła ich spojrzeniem, które potrafiłoby przestraszyć pierwszaka i nie oglądając się na resztę, syknęła w stronę Toma:
     — Pójdę, jeśli tylko się zamkniesz. Proszę — dodała po chwili zastanowienia.
     Riddle uniósł jedną brew, ale posłusznie nie odezwał się już ani słowem. Zamiast tego wlepił wzrok w kubek, jakby ten nagle wydawał się najciekawszą rzeczą w pomieszczeniu wypełnionym masą uczniów. 
      Ginny zaczęła rozkoszować się swoim śniadaniem. Wokoło niej rozbrzmiewał gwar rozmów i śmiechów. Powoli do Wielkiej Sali zaczynało napływać coraz to więcej uczniów, wśród których Ginny nie widziała Huncwotów ani Lily i Mary. Zaczęła zastanawiać się, czy przypadkiem nie przyszła za wcześnie na śniadanie. Chłopaki nigdy nie należeli do rannych ptaszków, tak samo jak dziewczyny, więc prawdopodobne było, że wciąż są swoich dormitoriach i dopiero wstają.
       Po chwili zauważyła, jak czarnowłosy chłopak zbliża się niepewnie w stronę jej miejsca. Starał trzymać się z daleka od innych Gryfonów, jakby ci byli jakąś śmiertelną zarazą. Coraz bardziej przyspieszał swoje tempo, kiedy zauważał morderczy wzrok tych uczniów. Nie był zbyt mile widziany przy ich stole.
       Kiedy stanął koło Weasley, jego postawa nieco rozluźniła się, jakby Ginny mogła zapewnić mu jakieś bezpieczeństwo. I mimo iż dalej był spięty, teraz miał na twarzy maskę spokoju.
       — Weasley — rzekł Snape. — Slughorn zaprosił nas na przyjęcie. 
       Ginny zmarszczyła brwi. Naprawdę nie chciała iść na małą ucztę, na której tylko podlizywałaby się nauczycielowi. Wolała w tym czasie posiedzieć w bibliotece z Remusem czy rozmawiać z Huncwotami przy piwie kremowym w Pokoju Wspólnym.
       Westchnęła ciężko.
       — Kiedy i o której?
       Snape obdarzył ją dziwnym spojrzeniem, zanim rzekł:
       — W sobotę o osiemnastej. Mamy ubrać się swobodnie, bo to będzie zwykła kolacja.
       Czyli tak jak myślała. Zapewne odświętny ubiór będzie dopiero na święta.
       — Świetnie. Idziesz teraz do pracowni? Nie chce mi się potem siedzieć do późna nad kociołkiem, bo wolałabym pójść do biblioteki.
       Snape przytaknął głową i oddalił się nieco, żeby poczekać na Ginny, która zjadała ostatnie resztki śniadania. W pośpiechu wpychała do ust naleśnika oraz popijała go herbatą. Po chwili jednak wstała i szybszym krokiem pospieszyła do Snape'a. 
       Kiedy stanęła u jego boku, poczuła na sobie kilka spojrzeń innych Gryfonów, którym zapewne nie podobało się, że Weasley zadaje się z Ślizgonem. Nic sobie z tego nie robiąc, ruszyła z nim do wyjścia z sali, natykając się na coraz większą ilość wrogich spojrzeń.
       — Oni nie wiedzą, że my razem pracujemy nad projektem? — zapytał cicho Snape, wskazując Gryfonów palcem.
       Ginny prychnęła.
       — Gdyby wiedzieli, na pewno nie traktowaliby nas jak wrogów.


      
W piątki biblioteka nigdy nie była tak oblegana przez uczniów, jak w inne dni. Większość uczniów odpoczywała ze znajomymi po kilku dniach szkoły albo spacerowała po błoniach. W piątek atmosfera nagle zdawała się weselsza, cieplejsza czy po prostu milsza, niż w pozostałe dni, co było wręcz wyczuwalne. Nawet burze czy wiatr nie były w stanie tego zepsuć.
       Ginny ostatnio zauważyła, że w bibliotece przebywa częściej niż w swoich czasach. To prawda, ciągłe poszukiwania na temat powrotu do przyszłości zajmowały jej długi czas w tym pomieszczeniu, lecz nie tylko one były tego przyczyną. Chęć nauki, spotkania z Remusem czy zwykłe pragnienie chwilowego wyciszenia się od szkolnego gwaru również zaliczały się do licznych powodów, które mogłaby wymieniać. Lecz przede wszystkim biblioteka kojarzyła jej się z nieprzemijaniem, czy staniem w miejscu. Ten pokój, spośród wszystkich sal w Hogwarcie, wydawał się być dokładnie taki sam jak za jej czasów, w których to ona się uczyła. Ten sam zapach ksiąg, pergaminu, starych desek. Stałe, niezmienne rzeczy, dzięki którym mogła poczuć się jak w domu, jej kochanym, starym domu.
       Również często zaskakiwała się niecodziennymi sytuacjami, których była świadkiem. Jednym z takich wydarzeń było spotkanie Syriusza, który szukał czegoś pośród ksiąg na regale. Schylał się na każdy możliwy sposób, aby znaleźć szukaną książkę. 
       Po kilku sekundach przyglądaniu mu się, Ginny postanowiła odezwać się:
       — Czego szukasz?
       Syriusz gwałtownie odwrócił się w jej stronę, na początku z zaskoczeniem, a potem ze spokojem. Mogło jej się to przewidzieć, ale zdawało jej się, że Syriusz nawet odetchnął z ulgą.
       — Książki do obrony. Wiesz, Keating zadał strasznie dużo do zrobienia, a czuję, że jeśli teraz nie zacznę pisać eseju, w poniedziałek się nie wyrobię. A w poniedziałek mam dodatkowo trening, więc rozumiesz...
       Ginny potaknęła głową, patrząc na jego żałosną pozycję. Wydawał się być nieco zmęczony, jakby przez kilka ostatnich nocy nie spał, co skutecznie wynagradzał drzemką na lekcjach. Od wczoraj udało mu się zdobyć cztery szlabany za nieuważanie czy właśnie spanie. Jeśli Ginny byłaby szczera, uważała to za niejaki rekord, który sama by nie pobiła.
       — Rozumiem. Potrzebujesz pomocy? — zapytała przyjaźnie.
       Syriusz pokiwał niepewnie głową. Odwrócił swój wzrok z powrotem na regał.
       — Nie mogę znaleźć odpowiedniej książki. Wiem, że gdzieś tu była, bo jeszcze niedawno ją tu widziałem, ale teraz tak jakby... zniknęła.
       Ginny uśmiechnęła się ciepło i z profesjonalną miną podeszła do regału, na którym walały się książki różnej grubości czy szerokości. Przebiegała ręką po starych, zakurzonych książkach, szukając odpowiedniego tomu. 
       — A jaki to był tytuł? — zapytała ze zmarszczonymi brwiami.
       — "Rodzaje tarcz ochronnych", o ile się nie mylę.
       Ginny zagryzła w zamyśleniu wargi i zaczęła dokładniej przeszukiwać tytuły. Po chwili jednak odnalazła odpowiednią książkę i wręczyła ją chłopakowi do ręki. Ten popatrzył na tom z niemałą satysfakcją i rzekł z uśmiechem:
      — Dzięki, Ginny! Już myślałem, że Lunia będę musiał pytać, a on się strasznie denerwuje, gdy go pytam o zadanie. Naprawdę nie rozumiem, o co mu chodzi. — Zrobił niezrozumiałą minę.
       Ginny parsknęła śmiechem. 
      — Następnym razem poproś Jamesa albo mnie o pomoc, jeśli nie potrafisz czegoś zrozumieć. Odpisywanie od Remusa nie jest zbytnio dobrym wyjściem.
        — Postaram się — Uśmiechnął się szeroko. — Ty za to możesz liczyć na mnie, gdyby jakaś książka była na wyższej półce. Takie małe dziewczyny jak ty mogą mieć problem z ściągnięciem jej a dół.
       Ginny spojrzała na niego oburzona.
       — Nie jestem mała! 
       — Wcale. — Zaśmiał się.
       Ginny miała ochotę wyjaśnić mu, jak wygląda malutki człowiek, lecz zanim to się stało, Syriusz popatrzył w stronę wyjścia z biblioteki i rzekł:
       — Muszę iść robić zadanie, Gin. Wiesz, Keating nie może czekać. Spotkamy się na kolacji, mała Ginny.
       Uśmiechnął się radośnie w jej stronę i szybko pognał do bibliotekarki, aby pozwoliła mu wypożyczyć książkę. Po krótkiej rozmowie z panią Pince Syriusz ruszył ku wyjściu z biblioteki raźnym krokiem. A Ginny w tym czasie stała jak słup soli w miejscu, w którym ostatnio rozmawiała z chłopakiem, i patrzyła przed siebie otępiałym wzrokiem.
       Tom zawsze mówił na nią "mała Ginny". Często dodawał też słowo "słodka", aby wydźwięk był bardziej ufny. Z każdym takim wyrażeniem była coraz bardziej bezbronna, odsłaniając swe sekrety przed Riddlem. Mówiła o swoich problemach, takich jak brak przyjaciół, kłopoty z nauką czy spaniem. 
       Nie chciała być znowu "małą, słodką Ginny". Nie chciała być "bezbronną Ginny". 


       Do Pokoju Wspólnego dotarła dopiero po kolacji, którą i tak ominęła. Nie była ani trochę głodna, a sam widok jedzenia na chwilę obecną ją obrzydzał. Zapach potraw tylko odpychał ją od Wielkiej Sali.
       W Pokoju Wspólnym jak zawsze panował gwar i hałas. Przez powietrze przewijał się zapach ciastek i piwa kremowego, które ktoś musiał zabrać podczas kolacji. Ogień w kominku wesoło trzaskał, dając najmocniejsze źródło światła w całym pokoju. Ciepło przewijało nawet ogólny mrok w pomieszczeniu, co od zawsze zaskakiwało Ginny. Pomimo ciemności wszyscy byli weseli i niezwykle żywi.
       Rozglądała się wokół w poszukiwaniu Huncwotów lub jej współlokatorek, których nie widziała od samego rana. Wydawały się nagle zapaść pod ziemię, wraz ze wszystkimi swoimi podręcznikami i pergaminami. Na początku Ginny myślała, że mogły pójść do biblioteki, lecz po kilku godzinach spędzonych w niej, odrzuciła ten pomysł. Bo gdyby tak było, przynajmniej mignęłyby jej przed oczyma.
       Po kilku sekundach znalazła Huncwotów w najciemniejszym kącie w pokoju. Machali do niej żywo, chcąc zwrócić jej uwagę, więc prędko do nich pospieszyła. Kiedy się do nich przepychała, dostała kilka razy łokciem w ramiona i bok, choć skutecznie starała się to ignorować. Przejście przez środek Pokoju Wspólnego nigdy nie był łatwy, a już szczególnie w piątki.
       Po chwili znalazła się koło nich. Nieco pokiereszowana, z zaciętą miną i ogólnym zmęczeniem padła obok Remusa na siedzenie, czując, jak cały dzień poszedł w jej plecy. 
       Wykrzywiła twarz i skomentowała:
       — Jeszcze nigdy nie miałam aż tak męczącego dnia. 
       Syriusz położył nogi na stół i rozrzucił wokół masę zapisanych pergaminów. Remus patrzył na spadające prace domowe z żalem, jakby chciał je mentalnie przeprosić, a jednocześnie przekazać, że to Syriusz. Więcej nie trzeba wyjaśniać.
       — Nie martw się, Gin, jutro sobota. Cudowny dzień aby wypocząć, zjeść masę jedzenia i przyjść na nasz trening o szesnastej. — Syriusz uśmiechnął się szelmowsko.
       Ginny jęknęła przeciągle i schowała twarz w dłoniach.
       — Naprawdę muszę iść? Muszę jeszcze pójść do pracowni, biblioteki i...
       — Na spotkanie u Slughorna. Wiemy.
       — Skąd? — Poderwała gwałtownie głowę i popatrzyła się po ich twarzach. — Przecież wiedzą o tym tylko członkowie Klubu Ślimaka.
       Chłopaki uśmiechnęli się szeroko, wprowadzając tym samym Ginny w osłupienie.
       — Wy nie mówicie poważnie! Należycie do Klubu Ślimaka? Jak? Dlaczego? 
       James zaśmiał się wesoło z jej reakcji.
       — Należymy. — Przytaknął głową. — Od początku piątej klasy.
       — I tu nie chodzi o to, że jesteśmy jakoś szczególnie utalentowani w jakichś dziedzinach — rzekł Syriusz. — No, może oprócz Lunia, który jest we wszystkim najlepszy.
       — Więc dlaczego? Musicie mieć coś w sobie, skoro Slughorn chciał, abyście dołączyli do jego klubu. Na przykład ty, James — zwróciła się do Pottera. — Jesteś najlepszy w klasie z transmutacji. A ty, Syriuszu, z obrony przed czarną magią. Slughorn zauważył wasz potencjał i postanowił go udoskonalić.
       Syriusz pokręcił przecząco głową. Jego twarz wykrzywiła się w wyrazie zniesmaczenia, tak samo jak Jamesa i Petera.
       — Tu nie chodzi o to, czy jesteśmy dobrzy, czy źli. Gdyby tak było, nigdy nie znaleźlibyśmy się nawet na liście oczekujących do jego zacnego grona — zironizował. Popatrzył na nią z namysłem i rzekł: — Ty po części też nie jesteś z powodu swojego uzdolnienia w eliksirach. Choć, muszę przyznać, jesteś z nich naprawdę niezła. 
       Kącik jej ust uniósł się w górę.
       — Dzięki, ale do mistrzostwa mi jeszcze daleko. 
       Syriusz znowu pokręcił głową.
       — Bliżej niż dalej. I właśnie o to chodzi; w przyszłości będziesz kimś ważnym. Skończysz tak samo jak wszyscy uczestnicy Klubu Ślimaka – wysoko postawieni urzędnicy, uzdrowiciele, gwiazdy quidditcha czy aurorzy. Nigdy wcześniej nie było cię w Anglii, więc możesz tego nie zrozumieć, ale Slughorn ma kontakty wszędzie. A to dzięki sympatii byłych uczniów do nauczyciela, który zawsze wie, jak mądrze dobierać sobie towarzystwo. Tak samo jest z nami.
       Ginny zmarszczyła brwi.
        — Dalej nie rozumiem o co chodzi.
       — Nazwisko — mruknął Peter.
       — Slughorn zaprosił nas do swojego Klubu z powodu pozycji w społeczeństwie — odezwał się James. — Syriusz pochodzi z jednego z najstarszych rodów czarodziejskich, który od zawsze osiągał sukcesy. Dodatkowo jest arystokratą — Syriusz skrzywił się — co zapewnia mu pewien sukces. Ja też należę do czystokrwistej rodziny, której członkowie od dawien dawna pracują w ministerstwie. Rodzina Petera zawsze pracowała w Departamencie Międzynarodowej Współpracy. Remus jest półkrwi, chociaż jego oceny powalają na kolana każdego ucznia z Hogwartu. No, prawie każdego.
       Ginny siedziała niczym zaklęta. Wzrok miała utkwiony w Jamesie, który wyglądał na niesamowicie spokojnego, kiedy opowiadał jej o prawdziwym powodzie dla którego znajdują się w Klubie Ślimaka.
       — A ja...?
       — Jesteś Weasley i dodatkowo masz duże szanse na zostanie uzdrowicielką — odpowiedział Remus, wzruszając ramionami.
       Ginny wpatrywała się tępo w stos pergaminów. Czy to możliwe, że Slughorn zaprosił ją do Klubu Ślimaka tylko przez to, że ma na nazwisko Weasley oraz posiada duże możliwości na zostanie uzdrowicielką?
        — W następnym tygodniu gramy z Puchonami. Mam rozumieć, że przyjdziecie? — zapytał James.
       Ginny zwróciła na niego otępiały wzrok.
       — Oczywiście — rzekła obojętnie.
       James i Syriusz uśmiechnęli się szeroko.
       — Trzymamy was za słowo.
       "Jak zawsze" pomyślała Ginny, zanim wdała się z Huncwotami w rozmowę.


       Kolejny dzień w bibliotece. Kolejne bezowocne przeszukiwanie książek. 
       Ginny westchnęła ciężko i schowała twarz w dłoniach. Potarła oczy i zaczęła patrzeć przez palce w jeden punkt. Regał na książki w tej chwili wydawał się najciekawszą rzeczą w pomieszczeniu. 
       — Załamana?
       Gryfonka odwróciła się w stronę Remusa, który wydawał się być niezwykle z czegoś zadowolony. Chłopak usiadł naprzeciwko niej i zaczął się w nią wpatrywać.
       — Mam już dość — jęknęła Ginny. — Tutaj nie ma niczego, dosłownie niczego. Co za beznadziejna biblioteka.
       Kącik ust Remusa uniósł się w górę.
       — Najlepsza na całym świecie. Znajdziesz w niej wszystko.
       — Tylko nie tego, czego szukam. Masz coś?
       Rozciągnęła się kilka razy, czując, że jeśli zaraz nie położy się spać, padnie tuż przed Remusem na stół. Już drugi raz jest dzisiaj w tej cholernej bibliotece, jakby nie dość się już na nią napatrzyła.
       Remus nieco odchylił się na krześle, a na twarzy rozlał mu się uśmieszek zadowolenia.
       — Ano, mam.
       Schylił się do swojej torby i wyciągnął z niej mały, pomięty zwitek papieru. Pochyliła się nad nim i przeczytała.

       Udzielam zgody na wejście do Działu Zakazanego Remusowi Lupinowi, w celu badań nad eliksirami i truciznami.
prof. Minerwa McGonagall

       Ginny otwarła szeroko usta.
       — Ty chyba nie mówisz poważnie.
       Remus uśmiechnął się do niej zadowolony.
       — Idziesz coś w końcu znaleźć, czy nie?
       Ginny popatrzyła na niego z nowym zapałem. Nagła nadzieja zakwitła w jej sercu.
       Mogli w końcu coś znaleźć. Mogli odkryć tajemnicę czasu.
       Za niedługo wróci do domu.


***

Heyo!
Ha, wyrobiłam się! Rozdział nie był betowany, więc mogły pojawić się błędy.
Huh, w następnym rozdziale będzie mecz, przyjęcie u Slughorna i spotkanie dziewczyn z Huncwotami. I kurczę, w końcu będzie coś więcej o cofaniu się w czasie. 
Muszę się wyrobić do 17 rozdziału z Ginny/Syriusz. Rozdział jeden na tydzień, więc w ciągu ośmiu tygodni będę musiała się nieźle nagimnastykować, aby ten pairing miał ręce i nogi. Nie ma to jak romans w ciągu ośmiu rozdziałów.

      
      
      
    
layout by oreuis