czwartek, 6 października 2016

Rozdział 8 - Trzy etapy śmierci


     Szare niebo, mgła, deszcz. Kropelki, które przez cały czas obijały się o szybę okna, tworzyły niepowtarzalny wzór, zdolny do wychwycenia tylko przez nielicznych. Malutkie gwiazdy, gałęzie drzew, tak unikalne w każdym swym rodzaju. Piękno samo w sobie.
     Kiedyś malutka dziewczynka często siadała przy oknie i palcem wyrysowywała tor tych kropelek, które jej zdaniem posiadały własne życie. Spadały, odbijały się, aż w końcu staczały. Rodziły się, żyły, umierały, i tak w kółko i kółko, tworząc nieprzerwany cykl życia.
     Malutka dziewczynka nie powinna zastanawiać się nad śmiercią ani życiem, nie w tym wieku. Ale ona była inna; była winna. 
     Potem dorosła, stając się młodą kobietą, którą życie nauczyło nikomu nie ufać. Popełniła grzech, tak niebezpieczny, tak bolesny – zakochała się.  Miłość, której nie da się pokonać ani przekupić, żeby zostawiła ją w spokoju, zniszczyła ją od środka, pozostawiając tam tylko potwora. Monstrum, które zabijało, torturowało i niszczyło wszystko, co napotkało.
     A na końcu dziewczynka umarła z diabłem wewnątrz niej.


     — Weasley, skup się!
     Nóż zatrzymał się w połowie drogi do korzenia z waleriany. 
     — Weasley!
     Gwałtowne zamachnięcie.
     — Do cholery jasnej, Weasley!
     Przecięcie korzenia. Drugi raz. Trzeci.
     Snape przytrzymał jej nadgarstek w mocnym uścisku.
     — Puść mnie — wysyczała przez zęby.
     Dłoń jeszcze bardziej się zacisnęła, powodując większy dyskomfort.
     — Póki nie przestaniesz zachowywać się jak wariatka, nie mam zamiaru podawać ci jakichkolwiek ostrych narzędzi. — Wyjął jej z ręki srebrny nóż i nie spuszczając z oczu ciała Ginny, odłożył go na blat.
     Gryfonka założyła ręce na piersi i popatrzyła zamroczonym spojrzeniem na stojącego przed nią chłopaka. Wydawał się być mocno zdenerwowany, choć starał się jak najbardziej zachować spokojną maskę. 
      — Nie zachowuję się jak wariatka. Po prostu jestem... — zacięła się — niewyspana.
     — Jasne. — Prychnął.
     Po chwili chłopak wrócił do swojej dawnej czynności, jaką było miażdżenie oczu węża. Co chwilę spoglądał w stronę Ginny, która z zaciętością odrywała kolejne części waleriany. Swoimi ruchami równie dobrze mogła rozerwać jedne z twardszych sztuk składników, które znajdowały się na półce w rogu sali.
     Przez chwilę pracowali w zupełnej ciszy, aż w końcu Ginny odrzuciła korzeń na blat, który był już pobrudzony od soków, które wytrysnęły z waleriany. Dziewczyna oparła się dłońmi o stół, patrząc na ciemne pręgi, jakie na nim powstały.
     — Dlaczego przerwałaś robotę? — Snape nawet nie spogląd w jej stronę.
     Stanowczym ruchem potrząsnął małą fiolką z jakimś wywarem, z którego po chwili wydobyła się para. Uniosła się na wysokość jego oczu i zniknęła zdmuchnięta przez powietrze w sali.
     — Nie miałeś nigdy takiego wrażenia, że właśnie zepsułeś jedną z ważniejszych rzeczy w życiu? Jak, nie wiem, doprowadzenie do czyjejś śmierci lub jej niezapobiegnięcie?
     Nagle ręka Severusa zamarła w powietrzu, a trzymany wywar zaczął niebezpiecznie bulgotać. Ginny nie poświęciła mu wiele uwagi, tylko zaczęła bacznie przyglądać się zmieniającej się mimice twarzy Snape'a. I w innych momentach mogłaby na to zareagować kpiną albo śmiechem, lecz przez ostatnie kilka dni wcale nie czuła się rozbawiona.
      — Miałem tak kiedyś — powiedział krótko, lecz po chwili zdecydował się kontynuować: — Co prawda, nigdy nie przełożyło się to na czyjąś śmierć, lecz i tak... — przerwał.
     Ginny z zainteresowaniem patrzyła się na puste oczy Snape'a. Kiedyś musiał stracić ważną osobę w swoim życiu, która już nigdy nie wróciła.
     Ostatnimi częściami swoich ludzkich odczuć poczuła przypływ sympatii do tego chłopaka. Czy to właśnie ta ważna osoba zmieniła życie Snape'a? Czy to ona naprowadziła go na ścieżkę zła, stronę Voldemorta? Nie wiedziała i nie chciała wiedzieć. Niektóre tajemnice powinny zostać tajemnicami.
     Ostatnią godzinę przepracowali w ciszy, lecz już nie tak frustrującej i nerwowej, jak kiedyś. Tym razem była ona po prostu bezuczuciowa.


     Przed transmutacją zawsze stała koło drzwi i czytała podręcznik do tego przedmiotu, powtarzając dany materiał. Najczęściej dotyczył on przemiany rzeczy w jakiś inny przedmiot lub zwierzęcia, lecz czasami zdarzały się też takie tematy, których nie używało się w praktyce, jak prawo Gampa. Mimo iż należał on do tych prostszych, Ginny i tak wolała powtórzyć go kilka razy, żeby nic jej nie umknęło.
     Gryfonka w tym momencie opierała się o ścianę i jedną ręką trzymała książkę, a drugą chowała na przemian do kieszeni i pomiędzy nogi, by choć trochę się ocieplić. Trzecie piętro nie było aż tak ocieplane jak wyższe kondygnacje. To z powodu oszczędzenia pieniędzy, przez co starsi uczniowie musieli rzucać na siebie zaklęcie ocieplające, a młodsi marznąć lub ubierać grube swetry.
     — Cześć, Ginny! — powiedział na przywitanie szeroko uśmiechnięty Syriusz.
     Dziewczyna odwzajemniła uśmiech, po czym zatrzasnęła podręcznik.
     — Wcześnie przyszedłeś — zauważyła.
     Uśmiech Syriusza poszerzył się jeszcze bardziej. Gryfon oparł się koło niej o ścianę z założonymi rękoma.
     — Jak ci dzisiaj mija dzień?
     Ginny popatrzyła na niego spod zmarszczonych brwi.
     — Będziemy się tak wymieniać niepołączonymi ze sobą zdaniami? — zapytała rozbawiona, splatając ze sobą palce.
     Syriusz wzruszył obojętnie ramionami i ugiął nieco kolana.
     — Zimno dzisiaj — powiedział lekkim tonem.
     Ginny postanowiła zrezygnować z jakiejkolwiek odpowiedzi na rzecz ponownego zajrzenia do podręcznika. Pokręciła głową z rozbawienia, po czym kompletnie zapomniała o Syriuszu, który wciąż stał koło niej. Zatopiła się na nowo w oschłych zdaniach z podręcznika, które kompletnie różniły się od płynnych tekstów w opowiadaniach.
     Nie zwracała uwagi na ludzi, którzy po kilku minutach zaczęli zlatywać się pod drzwi sali. Syriusz, który jeszcze przez chwilę trzymał jej boku, po zobaczeniu swoich przyjaciół od razu do nich podszedł i przywitał się. Korytarz, już całkowicie zaludniony, nie pozostawiał żadnego wolnego miejsca przy wejściu, ponieważ każdy chciał znaleźć się jak najbliżej niego, żeby znaleźć dobre miejsce do siedzenia.
     Po pewnym czasie drzwi do sali zostały otwarte przez surowo wyglądającą profesor McGonagall. Kobieta krótkim ruchem ręki zaprosiła ich do środka, skutecznie wyrywając przy tym Ginny z zawieszenia.


     — ... najgorsze, co się może zdarzyć po przyjęciu klątwy na siebie...
     Ginny ziewnęła szeroko. W ostatnim momencie udało jej się zakryć usta dłonią, nim profesor Flitwick odwrócił się w jej stronę. Nauczyciel, pomimo swojego małego wzrostu, chodził po klasie z niebywałą szybkością i z zapałem opowiadał swoim uczniom o możliwościach czarno-magicznych klątw. W porównaniu do profesora Flitwicka reszta uczniów się niezmiernie nudziła. Czarna magię przerabiają na zajęciach obrony, dlatego wszystko, co mówi Flitwick, nie interesuje Gryfonów.
     Ginny rozejrzała się wokoło znużonym wzrokiem. Niektórzy uczniowie cicho pochrapywali na ławkach, a jeszcze inni wyczekiwali dzwonka na przerwę. James opierał głowę o rękę i, jak otępiały, wpatrywał się w żywo gestykulującego nauczyciela. Syriusz rysował coś na swoim pergaminie, w ogóle niezainteresowany lekcją, a Peter siedział zgięty wpół i wpatrywał się w krajobraz za oknem. Jedynie Remus zdawał się cokolwiek notować, choć było wyraźnie widać, że idzie mu to z oporem.
     Ginny westchnęła cicho i odwróciła się z powrotem w stronę Flitwicka. Najchętniej wyszłaby z tej sali w tym momencie, lecz liczyłaby się z gniewem nie tylko profesora zaklęć, ale też McGonagall. Całe zaufanie, które wyrobiła sobie u tej dwójki, mogłoby zostać poważnie nadwyrężone, przez co musiałaby na nowo o nie ubiegać. Nie uśmiechało jej się to. Jeszcze kilka dni i mogłaby na spokojnie zapytać któregoś z tej dwójki o pozwolenie na wejście do działu Ksiąg Zakazanych.
     Ostatnim razem, kiedy to rozmawiała z Tomem, podszedł do niej Remus z pytaniem, czy już cokolwiek wymyśliła w sprawie zmieniacza czasu. Po rozmowie w bibliotece, gdzie o mało co Lupin nie przemienił się w wilkołaka, Ginny postanowiła włączyć go do swoich badań. Pokazała mu wszystkie swoje notatki oraz spostrzeżenia, które udało jej się uzbierać i objaśniła działanie tegoż zegarka. Przy okazji wróciła pamięcią do dnia, kiedy ktoś niepostrzeżenie wrzucił jej do kieszeni zmieniacz czasu i opisała całe wydarzenie oraz to dziwne uczucie, które doświadczyła na dworcu.Coś w rodzaju przepychania przez rurę, jak przy teleportacji.
     Nagle usłyszała, jak tuż przed nią książka spada z mocą na ławkę. Momentalnie wybudziła się ze swojego otępienia i popatrzyła z niezrozumieniem na zaczerwienionego nauczyciela, który patrzył wprost na nią zdenerwowanym spojrzeniem.
     — Mogłaby to pani powtórzyć, panno Weasley? — syknął wściekły, odkładając książkę z powrotem na swoje biurko.
     Ginny zamrugała kilka razy oczami, próbując sobie przypomnieć, o czym mówił profesor Flitwick.  Ostatnim, co pamiętała, była klątwa obezwładniająca, lecz przypuszczała, że nauczyciel już dawno przeszedł do innego czaru.
     — Przepraszam, profesorze, ale zapomniałam, o czym pan mówił — powiedziała jak najbardziej niewinnym głosem, na jaki ją było teraz stać.
     Z tyłu usłyszała ciche prychnięcie, które zdecydowała się zignorować. Nie miała ochoty na jakiekolwiek kłótnie, a szczególnie w tych czasach.
      — Mówiłem o Trzech Etapach Śmierci. Opowiedz nam o nich — rzekł wciąż rozwścieczony profesor.
     Ginny otworzyła szeroko oczy, słysząc nietypową prośbę Flitwicka. Nie miała zielonego pojęcia, jak odpowiedzieć na to niecodzienne pytanie.
     — Ja... — Przełknęła ciężko ślinę. Jak zwykle, kiedy nie znała odpowiedzi na pytanie nauczyciela, jej ciało nagle się spinało. — Nie wiem, profesorze.
     Po raz kolejny usłyszała prychnięcie i tym razem postanowiła się odwrócić, żeby sprawdzić, kto to taki. Przez chwilę szukała wzrokiem miejsca, z którego dobiegał odgłos, które wydawało się być nieco dalej od jej ławki. W tylnej części sali panował półmrok, przez co nie była w stanie dojrzeć żadnych twarzy. Spojrzała na lewo i trafiła na kpiący wzrok Petera. Nie zmienił on swojej pozycji ani o milimetr, lecz wydawał się być bardziej cyniczny, jak typowy Ślizgon.
     — Panno Weasley, skoro nie znasz odpowiedzi na moje pytanie, to miło byłoby gdybyś odwróciła się przodem do biurka i zaczęła słuchać — prychnął zdenerwowany nauczyciel, choć starał się zachować spokojną maskę.
     Ginny posłusznie skierowała twarz do Flitwicka. Mały profesor stał właśnie na stosie książek, które zawsze ma ustawione na środku sali. Wchodzi tam jedynie w ważnych przypadkach lub kiedy uczniowie nie chcą go słuchać.
     Nauczyciel rozglądnął się jeszcze po sali, zanim na nowo zaczął swój wywód.
     — Klątwa, przez wielu nazywana Klątwą Trzech Etapów Śmierci, należy do jednych z najpodlejszych zaklęć, jakie w życiu powstały. Jak sama nazwa głosi, powoduje ona powolne umieranie, na które nie można znaleźć żadnego leku lub przeciw-zaklęcia. Rzadko zdarzały się przypadki, aby ktoś wytrzymał do samego końca jej działania, zazwyczaj czarodziej wcześniej prosił drugą osobę o to, żeby rzuciła na niego Avadę Kedavrę albo umierał już podczas drugiego, najboleśniejszego, etapu. Czy ktoś byłby w stanie wyjaśnić mi, na czym te etapy polegały?
     W sali zapadła głucha cisza. Nikt nie chciał odpowiedzieć na to pytanie, choć widziała, jak kilku Krukonów wahało się przed podniesieniem ręki. Jedną z rzeczy, które ją teraz zaciekawiły, było to, że Peter niesamowicie się ożywił. Wyglądał na bardziej zainteresowanego lekcją niż poprzednio, o widać było po jego szeroko otwartych oczach.
     — Proszę bardzo, panno Evans. — Profesor kiwnął w jej stronę głową.
     Twarze wszystkich uczniów naraz odwróciły się w stronę Gryfonki. Lily, nienaturalnie wyprostowana, wzrok miała utkwiony w malutkim nauczycielu, który oczekiwał jej odpowiedzi. Jeszcze przez dwie sekundy Evans nie otwierała ust, jakby w głowie układała odpowiednie słowa, po czym rzekła głośniejszym głosem:
     — Pierwszy etap można uznać za najłagodniejszy spośród tych trzech, gdyż jest to dopiero początek rozwijania się klątwy. Od razu po dostaniu nią człowiek niczego nie czuje, lecz po chwili zaczyna widzieć świat w ciemniejszych kolorach. Widzi się wtedy wszystkie najgorsze wspomnienia z okresu swojego życia, coś jak w rodzaju dementora. W tym przypadku dementor jest lepszą alternatywą od klątwy — dokończyła ponuro.
     — Bardzo dobrze, panno Evans! Pięć punktów dla Gryffindoru — powiedział już w lepszym nastroju. 
     Lily zaczerwieniła się lekko, po czym zakryła twarz włosami.
     — Ktoś może wyjaśnić drugi etap?
     Tym razem Lily nie zgłosiła się, lecz siedziała zgarbiona, pochylona nad swoim podręcznikiem. Nie odrywała od niego wzroku, jakby usilnie starając się zignorować nauczyciela.
     — Proszę, panie Black.
     Po klasie rozległ się zdziwiony szept, a sama Ginny wydawała się być nieco zaskoczona. Czemu to akurat Syriusz się zgłosił, ten, który gardzi czarną magią?
      — Drugi etap jest najgorszy ze wszystkich — powiedział pochmurnie. — Niewielu udaje się wytrzymać do trzeciego, bo drugi sprawia dostatecznie wiele cierpienia fizycznego i psychicznego. Tego uczucia nie da się opisać, ponieważ trzeba go samemu przeżyć, aby się dowiedzieć jak to jest. Człowiek zwija się z bólu, a na jego ciele powstaje wiele głębokich ran, których nie da się uleczyć, gdyż byłoby to równe zapobiegnięciu klątwy, czego, jak wiemy, nie da się zrobić. Psychicznego bólu nikt jeszcze nie opisał, lecz musimy zakładać, że jest to... bardzo bolesne.
     Podczas jego mowy w sali zapadł nagle mrok. Każdy uczeń stracił na radości, a wydawał się być bardziej niechętny i cichszy niż przedtem. Nawet sama Ginny, która była przyzwyczajona do czarnej magii i jej działania, wydawała się być bardziej posępna. 
     W jej czasach takie klątwy nie robiły na niej wrażenia. Ich działanie było dokładnie takie same – albo człowiek umierał, albo cierpiał. I mimo iż wiedziała, że powinno ją to zaniepokoić, Ginny była przystosowana do czarnej magii, co zawdzięczała tylko Tomowi. Widok bólu bliźnich nie ruszał jej serca aż tak bardzo, jak na przykład Harry'ego czy jej rodziców. Stracili masę swoich bliskich przez śmierciożerców, przez co nienawidzili czarnej magii, a czasami nawet szarej nie potrafili zaakceptować. 
     Ginny jednak była inna. Jej magia była bardziej przystosowana do mrocznych zaklęć niż jasnych, przez co długo opanowywała zaklęcie patronusa, który i tak jest wyjątkowo słaby. Może to wina Toma, a może tego, że nie ma szczególnie szczęśliwych wspomnień, które dawałyby moc patronusowi. Ginny wiedziała, nigdy tak naprawdę nie uda jej się opanować białej magii. Do tego potrzeba czystości, złotego serca i innych pozytywnych cech, których nie posiada i raczej posiadać nie będzie. 
     W pewnych momentach porównywała się do Bellatrix. Ale to tylko czasami.
     — Pozostaje nam jeszcze trzeci etap. Tak, panno Dowens? — Profesor zapytał Mary.
     Mary, tak samo jak Lily, siedziała wyprostowana jak struna, a pod ławką poruszała nerwowo nogą. Ginny zauważyła, jak dziewczyna zaczyna bawić się palcami, co nieumiejętnie próbowała zatuszować.
     — Trzeci etap to spokój. — Przełknęła ślinę. — Ciało odpoczywa od wszelakiego bólu i tym samym umiera. Z tego etapu już nie ma wyjścia – mówiła spokojnym głosem. — Wszystko ustaje i tak nagle jak się pojawiło, tak nagle znika. To jest koniec.
     Opuściła głowę na dół i nieco skuliła, nie wyglądając już jak ta dzielna Gryfonka, za którą ją Ginny uważała. Straciła na swej odwadze w mgnieniu oka przybierając tak żałosną pozę, że Weasley nagle poczuła swego rodzaju litość do tej dziewczyny.
     — Doskonale! Panna Dowens i pan Black dostają po pięć punktów za swoje odpowiedzi. Możecie się spakować, ponieważ zaraz będzie koniec zajęć — rzekł entuzjastycznie, jakby w ogóle nie dostrzegając chmurnych min swoich uczniów.
     Ginny prędko wstała ze swojego krzesła i zaczęła pakować podręczniki, pióro i atrament do swojej torby, która wyglądała już dość marnie. Nie dość, że została zmuszona do kupienia najtańszej, jaka była w sklepie, to na dodatek już raz rozpruła jej się. Nie wytrzymała nadmiaru książek, które dość dużo ważyły. Weasley naprawiła torbę jednym zaklęciem, które miała już opanowane do perfekcji, ponieważ w jej czasach rzeczy równie szybko się psuły. Miała szczęście, że teraz nie chodzi na starożytne runy, choć dość mocno tęskniła za tym przedmiotem.
     Gryfonka zawiesiła torbę na ramię, po czym ruszyła szybko w stronę drzwi. Po drodze zauważyła, jak James szepcze coś Syriuszowi do ucha. Black wydawał się być zdenerwowany, a po dołączeniu Petera i Remusa był wręcz wściekły. Ginny postanowiła prędko zniknąć z jego pola widzenia, zanim wyżyłby się na niej lub innych przypadkowych ludziach.
     "Choć ci wszyscy przypadkowi ludzie są lepsi niż ja" pomyślała, kiedy znikała za progiem sali.


     — Słyszałeś o tej klątwie? — zapytała Ginny, kiedy szła w stronę Wielkiej Sali na obiad.
     Tom zrobił zamyśloną minę, zanim powoli pokiwał głową. Spojrzał w jej stronę bystro i powiedział:
     — Kiedyś trafiłem na nią w książce z działu Ksiąg Zakazanych. To ciekawe, że Flitwick omawia z wami takie zaklęcia. — Położył szczególny nacisk na słowo "takie".
     — Też się zdziwiłam, choć jeszcze na takie zaklęcie nie trafiłam. Myślisz, że opowiadał coś jeszcze ciekawego?
     Tom prychnął pod nosem.
     — Wiesz, moja osoba zależy od twojej świadomości, a jako iż wtedy myślałaś o nie wiadomo czym, również słowa Flitwicka do mnie nie docierały.
     — Czytasz mi w myślach? — Odwróciła w jego stronę gwałtownie głowę.
     Riddle uśmiechnął się kpiąco, kiedy zauważył rozeźlony wzrok Gryfonki.
     — Skoro tak to ujmujesz. — Wzruszył ramionami. — Nie muszę czytać ci w myślach, aby wiedzieć, o czym myślisz.
     Tym razem to Ginny prychnęła, przez przypadek potrącając jakiegoś Krukona. Wymamrotała ciche przeprosiny, lecz bardziej z automatu, niż z rzeczywistego żalu. 
     — Jesteś okropny — mruknęła gniewnym tonem.
     — Jedziemy na jednym wózku, Weasley — powiedział nonszalancko Riddle.
     Ginny spojrzała na niego oburzona. Po chwili Toma nie było już koło niej.
     — Cholerni Czarni Panowie — wymamrotała i weszła do Wielkiej Sali.

Betowała Sovbedlly

***
Heyo!
Wracam po długiej przerwie :D Piszę ten rozdział i krótką notkę pod nim w sobotę pierwszego października, więc jak widzicie, sprężyłam się i pełna wyśmienitego humoru napisałam ten oto tekst. Nawet nie wiecie, jak mi się go miło pisało, ale to dopiero po blokadzie. Początek rozdziału pisałam przed i podczas blokady. Teraz widzę, jak dobrze zrobiła mi ta przerwa.
W planach mam dodać jeszcze "Top 10 fanfiction" i zrobię to zapewne w niedzielę albo poniedziałek, czyli drugi/trzeci październik. 



    
    
layout by oreuis