czwartek, 15 września 2016

Rozdział 7 - Nieoczekiwana pomoc

W rozdziale mogą się pojawić błędy, bo tekst nie był betowany.

     Początek października zapowiadał się gorzej niż wrzesień, dlatego w całości oddała się swoim badaniom. Siedziała kilka godzin w bibliotece przeszukując dział historyczny, a także często po prostu wgapiała się w zmieniacz czasu, zastanawiając się nad każdymi szczególikami w zegarku. Pewnego dnia z satysfakcją zauważyła małą, ledwie widoczną wyrytą literkę "G". Od wtedy zaczęła przeszukiwać bibliotekę pod względem odkrywców o imieniu lub nazwisku zaczynającym się na "G", co pomogło jej wyeliminować niepotrzebne informacje. 
     Syriusz zaczął mówić na nią "Gorsza-Wersja-Lily-Evans", na co Ginny zawsze się krzywiła. Pomimo jej ciężkich prób, nie udało jej się poczuć ani odrobiny sympatii do Lily. Według Ginny Evans była zwykłą histeryczką, która gwałtownie wybuchała nawet na odrobinę krytyki, dlatego kiedy tylko mogła, omijała ją szerokim łukiem. Oczywiście zdarzało jej się pomówić z dziewczyną na kilka drobnych tematów, ale one znaczyły tyle co nic. Za każdym razem, kiedy widziała pannę Evans, miała ochotę strzelić w nią klątwą lub zrzucić ze schodów. Wiedziała, że to było spowodowane częścią Toma z dziennika, a przynajmniej tą jego sadystyczną stroną, którą Ginny przyjmowała z ogromną niechęcią, więc ignorowała to jak najbardziej tylko mogła. Gwoździem do trumny na pewno byłoby zabicie Lily zanim Harry by się urodził.
     Sytuacja z Peterem również wyglądała coraz gorzej. Dwa razy doszło do wymiany zaklęć, które ze strony Glizdogona na pewno nie zaliczały się do białej magii. Co najmniej do szarej, przemierzającej w kierunku mrocznej. Ciekawa była, skąd Peter zna takie zaklęcia i kiedy się ich uczy. Na pewno nie dałby rady w Pokoju Wspólnym czy dormitorium, ponieważ jego przyjaciele na pewno by to zauważyli i wybili z jego głowy. Syriusz szczególnie by o to zadbał.
     Po miesiącu w przeszłości, Ginny mogła z czystym sercem powiedzieć, że nie było aż tak źle. Ciągła nauka i poprawianie relacji z innymi dobrze ją odwodziły od myśli o swoich przyjaciołach, których zostawiła w przyszłości. Kiedy sobie o nich przypominała, zagryzała wargę i kręciła głową, żeby odgonić ponure wizje, w których najczęściej zostawała w latach rodziców Harry'ego. Nie zniosłaby widoku małego chłopca o zielonych oczach swojej matki. Byłby to cios, który na pewno by ją załamał.

     Uczenie się w bibliotece szkolnej zawsze należało do jej ulubionych czynności. Mogła się wtedy odprężyć pomimo wysiłku intelektualnego, odetchnąć na chwilę od prowadzonego życia towarzyskiego. Zapach starych książek i pergaminu zawsze przywodził jej na myśl coś nieuchwytnego, czegoś, co szybko przemija i nawet czas nie jest w stanie tego zatrzymać. Wszechobecny kurz na półkach regału tylko potęgował tę atmosferę starości.
     Ślęcząc nad tomem "Najwybitniejsze odkrycia czasowe", Ginny zastanawiała się, czy takowa książka przetrwała te kilkanaście lat, do których ona dożyła. Chciała ją kiedyś jeszcze raz przeczytać, ponieważ pomimo tego, że nie zawiera potrzebnych dla niej informacji, jest jedną z najbardziej interesujących lektur, jakie kiedykolwiek przeczytała. Zanotowała sobie w pamięci autora i tytuł oraz sięgnęła po kolejną książkę.
      W momencie kiedy wertowała pomięte strony, kątem oka zauważyła mały ruch koło krzesła obok. Uniosła wzrok znad książki i ze zdziwieniem zauważyła Remusa, który stał nad nią z założonymi rękoma. Ginny delikatnie zamknęła książkę i z powrotem popatrzyła na Lupina.
     — Coś się stało? — zapytała.
     Mięśnie na twarzy Remusa napięły się, kiedy opierał dłonie na stole, niedbale patrząc na tytuły książek.
     — Tak jak myślałem — mruknął pod nosem.
      Oczy Ginny niebezpiecznie się zwęziły. Remus oglądał to z pewną satysfakcją, której nie rozumiała.
     — Mógłbyś mi wyjaśnić, o co chodzi? W ten sposób nigdy nie dojdziemy do porozumienia. — Rzuciła mu ostre spojrzenie, którym w ogóle się nie przejął.
     Wziął do ręki jeden z jej tomów i podsunął jej zamaszystym ruchem pod twarz.
     — Czytaj — powiedział.
     Jeszcze chwilę patrzyła na Remusa nieprzyjemnie, po czym odwróciła niechętnie wzrok na opasły tom w jego rękach. Wytrzeszczyła oczy i przełknęła ślinę, kiedy przeczytała jego tytuł.
     — Zagadki czasu — powiedziała drżącym głosem.
     Ponownie przełknęła ślinę, po czym odetchnęła głęboko, starając się zachować spokój. Poczuła się nagle jak osaczone zwierzę, które panicznie szuka jakiejś pomocy, tylko że tym razem nie ma żadnego wyjścia.
     Remus przytaknął głową, ani o jotę nie zmieniając swojego wyrazu twarzy.
     — Zauważyłem, że od kiedy się tu pojawiłaś, czytasz tylko takie książki, czyli związane z czasem. Na początku myślałem, że po prostu chcesz się dowiedzieć czegoś więcej na temat tej dziedziny, ale po miesiącu uznałem, że chodzi o coś więcej.
     — Skąd takie wnioski? — Próbowała zachować odwagę, lecz czuła, że w tym momencie jest to wręcz niemożliwe.
     — Pojawiasz się nagle znikąd, twierdząc, że przeżyłaś właśnie ogromną tragedię, której, prawdę mówiąc, w ogóle po tobie nie widać. Gdyby naprawdę tak było, nie byłabyś aż taka pewna siebie ani wesoła. — Ginny przygryzła wargi, kiedy dotarł do niej jej błąd. — Jesteś słabą aktorką, Ginny.
     — A skąd wiesz, że ja udawałam? — Uniosła na niego uważny wzrok. — Może po prostu szybko się otrząsnęłam? Mam mocną psychikę.
     Remus potrząsnął głową, wyglądając na lekko rozbawionego tą uwagą.
     — Śmierć bliskich na zawsze zostawia ślad, a biorąc pod uwagę twoją sytuację, na pewno nie zachowywałabyś się tak jak teraz.
      — A skąd ty możesz wiedzieć, jaka byłam kiedyś? Nie znacie mnie, ani dziewczyny, która była kiedyś.
     Nawet nie zauważyła kiedy zaczęli się tak do siebie przybliżać, mierząc zaciekłymi spojrzeniami. Wokół panowała ogromna cisza, która czasami wydawała się wręcz nienaturalna, jakby inni oczekiwali na dalszy rozwój wydarzeń.
     — To prawda, nie znamy. Ale ty wydawałaś się znać nas w pociągu. Żadna fanka Jamesa i Syriusza nie zachowałaby się tak jak ty. Prawdopodobnie zaczęłaby się ślinić i jąkać, ale ty po prostu się patrzyłaś.
     — Może po prostu kiedyś o was słyszałam? — zapytała, ale wiedziała, że ten argument zostanie równie szybko powalony, jak wcześniejsze.
     Remus uniósł kpiąco brew, nie opuszczając z niej wzroku.
     — W Ameryce? To byłoby niemożliwe pod wieloma względami. Jesteśmy tylko zwykłymi szesnastolatkami, które nie wybijają się wśród innych uczniów na tyle, żeby słyszeć o nich w innej szkole. Nawet gdybyś znała naszych rodziców z niewiadomych powodów, to raczej niemożliwe byłoby poznanie nas jako ich synów.
     — Dość! — powiedziała głośniejszym tonem.
     Remus popatrzył na nią usatysfakcjonowany, kiedy ona zaciskała swoje pięści pod stołem. Mierzyła go wściekłym spojrzeniem i jednocześnie próbowała znaleźć jakieś inne wymówki.
     — Czyli co wymyśliłeś wraz z moim pojawieniem się? — zapytała po dłuższej chwili, kiedy nie mogła niczego wymyślić.
     Lupin odchylił się do tyłu i rozglądnął wokół siebie. Po chwili wyjął różdżkę z kieszeni i rzucił zaklęcie wyciszające na obszar, w którym się znajdowali. Ginny przyglądała się temu z lekkim zaciekawieniem.
     Chłopak przygryzł wargę, wyraźnie nad czymś myśląc. Jego ruchy stały się bardziej nerwowe, co Ginny w ogóle się nie podobało.
     Po chwili ciszy Remus powiedział tak niepodobnym do siebie neutralnym głosem:
     — Jesteś z przyszłości.
     Cisza. Nawet muszki, które latały w powietrzu, ucichły jak za dotknięciem różdżki. Biblioteka wydawała się być nagle tak odległa i pusta, doprowadzając swym niepojętym mrokiem do szaleństwa, które wylewało się z każdego kąta. W cieniu za regałem rozmazane cienie zaczęły wyśmiewać jej dziecinną wiarę w to, że uda jej się oszukać wszystkich ludzi, którzy na końcu to ją wykiwali.
     Oszukała samą siebie, wmawiając sobie, że udało jej się okłamać innych.
     — C-co? — zająknęła się.
     Czuła, jak adrenalina nagle wskoczyła do jej ciała. Jej nogi zachciały biec, jakby je pies gonił, aby jak najdalej uciec od tego przeklętego miejsca, w którym się znalazła, a dłonie machinalnie zostały oparte o stół. Czekały na szybki ruch, który jednak nie nadszedł.
     — Wszystko by się wtedy zgadzało; twoje dziwne zachowanie w pociągu, stary zegarek noszony na szyi, ciągłe czytanie książek o czasoprzestrzeni. Nawet twoja niewiedza o polityce w Ameryce była zbyt duża jak na przeciętnego Amerykanina.
     Ginny zapadła się w swoje siedzenie, które nagle wydawało jej się za duże. Ręce świerzbiły ją, aby użyć różdżki na Lupina, ale to nic by nie dało — to jest Remus, prędzej czy później znowu to odkryłby.
     W tym momencie przeklinała swój lęk, który na dobre zagościł w jej ciele przez te wszystkie lata. Ukrywany głęboko w sercu, nagle wybuchł z głośnym hukiem, niszcząc przy tym wizerunek "Dzielnej Ginny, Która Nie Boi Się Niczego". I mimo iż strach nie pasował do obecnej sytuacji, on i tak musiał znaleźć kiedyś ujście.
     Znienawidziła się za to.
     — Cofanie się w przeszłość? — Wybuchła histerycznym śmiechem. — Nawet gdyby istniało, to ja i tak nie jestem w to zamieszana. Jestem z Ameryki, a tam prawie nikt nie używa zmieniaczy czasu. Są zbyt rzadkie i zapewne za drogie, żeby tak zwyczajny uczeń jak ja, mógł to używać.
     Zachichotała pod nosem, nie podnosząc wzroku na Remusa. Mgiełka przysłoniła jej umysł, przez co prawie utraciła zdolność logicznego myślenia. Czasami popadała, jak w takich chwilach, w lekkie szaleństwo, które równie nagle jak się pojawiało, tak znikało. Nie miała wtedy zdolności nad zapanowaniem nad swoimi ruchami oraz myślami, przypominając równie niespełna rozumu Bellatrix Lestrange.
     Remus przez chwilę wpatrywał się w nią ze zdziwieniem, po czym jego wzrok na nowo stał stalowy. Ginny od razu się ogarnęła, ponieważ nie chciała wzbudzać nadmiernego zainteresowania jej postacią.
     — Sama właśnie potwierdziłaś moją teorię. — Zerknął na nią jakby w obawie przed jej kolejnym wybuchem. — Kim ty do cholery jesteś, Ginny Weasley?
     Wpatrywał się w nią intensywnym wzrokiem, próbując rozszyfrować jej prawdziwe intencje. Ginny pomyślała wtedy, że nikt, a już na pewno nie Remus, nie zrozumie jej myśli ani czynów, nawet gdyby starał się ponad swoją miarę. Byłaby jak tajemnica, która powoli oplata każdego człowieka, dusząc go i oddzielając od swoich przyjaciół i rodziny niemal tak samo jak mrok. Szalony, bez skrupułów, owijający z nadmierną pewnością siebie. Zabijający w każdy możliwy sposób.
      — Nie potwierdziłam, a przynajmniej takie jest moje zdanie. Dlaczego ty się tak uczepiłeś tej przyszłości? Moje wyjaśnienia ci nie wystarczą?
     — Nie posiadasz amerykańskiego akcentu — zauważył trafnie.
     Ginny przeklęła pod nosem, wbijając twardy wzrok w stół, na którym leżała masa pergaminów z różnymi zapiskami. Próbowała skupić się na literach, które rozmazywały jej się przed oczyma, lecz po nieudanej próbie znowu popatrzyła Remusowi w oczy. Ten miodowy kolor posiadał w sobie żółte plamki, które można zauważyć u wilkołaków tylko podczas zbliżającej się pełni.
     — Moi rodzice to Anglicy, musieliśmy przeprowadzić się do Ameryki — powiedziała, ukrócając jak najbardziej informacje.
     Remus zacisnął palce na krawędzi stołu. Z satysfakcją odnotowała, że powoli zaczyna tracić cierpliwość, co można było zobaczyć po nieco zdziczałym spojrzeniu wilkołaka. Uśmiechnęła się na to kpiąco.
     — Gdyby twoi rodzice naprawdę byli z Anglii, musieliby wywodzić się z linii Artura. Wiesz, Artura Weasleya — powiedział z tak ogromną nonszalancją, że Ginny ponownie wbiło w krzesło. — W bibliotece znajduje się zbiór ksiąg wszystkich rodów czystokrwistych. I tak się składa, że nie ma żadnego Arnolda Weasleya, który mógłby poślubić Elizabeth z domu Lovegood. Nie uważasz, że to nieco dziwny przypadek, Ginny? — Uśmiech zszedł z jej twarzy. — Więc zapytam jeszcze raz; kim ty jesteś?
     Remus nachylił się przez stół, stojąc teraz w niewielkiej odległości od Ginny. Patrzył na nią nieufnym wzrokiem, jakby była jakimś wrogiem, który chciałby zrobić jemu albo jego przyjaciołom krzywdę. Po części miał rację, ponieważ Ginny nie zrobiła jak dotąd nic, żeby zapobiec wydarzeniom z przyszłości, co się równało ze śmiercią Potterów i zamknięciem Syriusza w Azkabanie. Black, mimo że przeżył dwanaście lat w zamknięciu, sprawiał po tym wrażenie półmartwego, oczekującego na śmierć. Doskonale widziała ból w oczach Harry'ego, kiedy zauważał, że jego ojcowi chrzestnemu już na niczym nie zależy.
     To przesądziło całą sprawę. Doskonale wiedziała, że nie powinna tego mówić, a już szczególnie Remusowi, lecz Harry znaczył dla niej więcej, niż, jak na razie, nieudany powrót do przyszłości. To się nazywa gryfonizm, tak? zapytała się w myślach, lecz inaczej niż zazwyczaj – bez sarkazmu. Było to o tyle niespodziewane, że nawet nie zauważyła, kiedy zaczęła na nowo mówić.
     — Tak, to prawda. Jestem z przyszłości.
     Remus z ulgą przetarł czoło i odchylił się z powrotem na bezpieczną odległość. Kosmyk włosów opadł mu na oczy, przez co sprawiał wrażenie nieco zmęczonego całą sytuacją. Ginny z napięciem przyglądała się jego poczynaniom, przygotowując się na gwałtowny wybuch, który mógłby nastąpić. W końcu nie na co dzień spotyka się podróżnika w czasie.
     W tej chwili Ginny wyglądała jak malutka dziewczynka, która z zainteresowaniem patrzy na nową zabawkę. Dziecinna naiwność, która wylewałaby się od tej dziewczynki, na pewno nie pasowałaby do panny Weasley – zmęczonej wszystkimi podchodami, nieco szalonej, zimnej kobiety. Ujęcie Ginny jako dziecka byłoby najgorszym z możliwych wyobrażeń.
     Remus westchnął z ulgą, na powrót skupiając wzrok na Weasley.
     — Nareszcie. Myślałem, że już nigdy do tego nie dojdziemy. — Popatrzył na nią uważnie spod kosmyka włosów. — Wielokrotnie słyszałem o zmieniaczach czasu, lecz one cofały w przeszłość o co najwyżej osiem godzin. U ciebie tak nie jest, ponieważ po tym czasie najprawdopodobniej wróciłabyś z powrotem do pory, z której przybyłaś, a na pewno nie cofałabyś się co kilka godzin, bo to wtedy nie miałoby sensu. Musisz pochodzić z jakiegoś dalszego okresu, co najmniej miesiąc po.
     — Masz rację, tylko że mój przypadek jest nieco... inny.
     Wyciągnęła spod szyi zmieniacz czasu, który po rozwiązaniu podała Remusowi. Ten przyjął go z niezwykłą delikatnością, powoli obracając go w różne strony.
     — Widziałeś kiedykolwiek obraz typowego zmieniacza? — zapytała się, na co przytaknął z uwagą głową.  — Cóż, jak widzisz, mój się nieco od niego różni. Zazwyczaj są one w kształcie klepsydry na łańcuszku, a mój wygląda jak zwykły zegarek szwajcarski.
     — Zmieniacz długookresowy? — Uniósł brew w górę w geście zapytania i przybliżył zegarek do oczu.
     Ginny wzruszyła ramionami i spojrzała na stos ksiąg na stole, które w niczym jej nie pomogły.
     — A istnieje coś takiego? — zapytała sceptycznie i nie czekając na odpowiedź, dodała: — Nie mam zielonego pojęcia. Przekopałam się przez wiele książek i nie w nich nic, co mogłoby mi wyjaśnić, jak cofnęłam się o kilka lat.
     Ręka Remusa nagle zamarła na zegarku, który naprędce został zaciśnięty w drugiej dłoni. Lupin odwrócił się do niej ze spiętą miną, która poza tym wyrażała ogromny niepokój.
     — Kilka lat? — spytał cicho, powoli odkładając zmieniacz na stół.
     Nagle atmosfera wokół nich się zagęściła, na powrót stawiając ją w niekomfortowej sytuacji. Ginny zaczęła się zastanawiać, czy to nie tak wygląda u niej panika. Szybko działająca wyobraźnia, która wytwarza rzeczy nierealne, powoli uciekający dopływ tlenu, chęć ucieczki.
     Panikarz, szydził z niej głos Toma, który na nowo odezwał się w jej głowie.
     — Co się stanie w przyszłości? Czy będzie bardzo źle? — Może to tylko jej umysł, ale wydawało jej się, że oczy Lupina nagle pociemniały.
     Ginny przełknęła ciężko ślinę, patrząc na tą inną, bardziej zwierzęcą twarz Remusa. Wyostrzone rysy, dyszenie i nieco szalony wzrok chłopaka mogłyby wystraszyć nawet najodważniejszego człowieka.
     Wilkołaki cechowały się tym, że im bardziej były rozstrojone nerwowo, tym mogły przybierać niektóre właściwości, które wzmagają się w czasie pełni. Pewne odruchy i zwierzęce zachowanie były w stanie zrobić komuś krzywdę, ponieważ, tak samo jak podczas przemiany w pełnym księżycu, wilkołaki nie mogą zdołać nad nimi zapanować. Ich opór przeciwko robieniu szkody bliskim zostaje automatycznie wyłączony, tworząc z nich potwory zdolne do zabijania. W takich momentach człowieka najlepiej uspokoić, ważne, żeby żadna krzywda się nikomu nie stała.
     W tej chwili, Ginny nawet jakby chciała, nie była w stanie wymyślić żadnego sensownego pomysłu.
     — N–nie mogę powiedzieć — zająknęła się.
     Remus popatrzył na nią chłodnym wzrokiem.
     — Jak to nie możesz? — wycedził przez zęby.
     Jego oczy przybrały kolor żółty, który przyprawił Ginny o palpitację serca. Zaczęła się z przerażenia osuwać na krześle, coraz bardziej wytrzeszczając oczy na wilkołaka. Coraz więcej cech było widocznych, co oznacza, że już za niedługo na miejscu miłego chłopaka stanie potwór, który nie zawaha jej się zabić.
     —  Nie mogę zmienić przyszłości. To... to doprowadziłoby do katastrofy. — Próbowała wymyślić jak najlepszą wymówkę.
     Nagle Remus zaśmiał się bez cienia radości i popatrzył na nią nieprzeniknionym wzrokiem.
     — Nie chcę nic wiedzieć o przyszłości, tylko czy moi przyjaciele będą szczęśliwi. — Popatrzył na nią niemal błagalnie, nie tracąc na swej dzikości.
     Czy jego przyjaciele byli szczęśliwi? Nie, na pewno nie. Bo czy szczęściem można nazwać śmierć Jamesa, a do tego zdradę Petera? Syriusz, który jako niewinny człowiek trafił do Azkabanu, zapewne musiał nienawidzić zarówno siebie jak i Petera za wszystko, co się zdarzyło. Czy tak wygląda szczęśliwa przyszłość? Mogłaby to teraz zmienić, zdradzając Remusowi wszystko, co się przydarzy w ciągu następnych dwudziestu lat. Uratowałaby rodziców Harry'ego, a także samego chłopaka od jego losu.
     Czy zrobiłaby to? Oczywiście.
     — Tak. Twoi przyjaciele będą szczęśliwi.
     Czy nienawidzi siebie? Tak. Wybaczy sobie? Nigdy

***

Heyo!
Ostatnio w internecie znalazłam interesujący obrazek link. Czyż on nie jest taki prawdziwy? :D
Coś czuję, że po tym rozdziale sympatia (jakkolwiek nabyta) do Ginny gwałtownie spadnie. Chcę od razu powiedzieć, że nigdy nie chciałam, aby panna Weasley była całkowicie pozytywną postacią. Jeśli ktoś ją za taką uważa, to naprawdę bardzo mi miło, ale ja zaczęłam się starać, aby uchodziła ona za taką neutralna postać. Szaleństwo, które u niej dodałam, postanowiłam pokazać w jak najbardziej minimalistycznej formie, ponieważ ono z czasem będzie się rozwijać.
Rozdział krótki i, mogę szczerze powiedzieć, bardzo kiepskiej jakości, ponieważ gdybym się za niego nie zabrała teraz, na pewno skończyłabym go dopiero za tydzień. Nawet tą krótką notkę informacyjną źle mi się pisze, dlatego kończę już teraz.
Przepraszam bardzo!

 
    
layout by oreuis