czwartek, 8 września 2016

Rozdział 6 - Trening



W rozdziale mogą pojawić się błędy, za co stokrotnie przepraszam, ponieważ tekst nie był betowany.



      Wraz z biegiem dni, atmosfera na zewnątrz stawała się coraz zimniejsza. Nawet najwytrwalsi uczniowie rezygnowali ze spacerów na rzecz ogrzania się przy ciepłym kominku. Ginny za to z chęcią dalej wychodziła na błonia, ignorując porywisty wiatr, który podwiewał jej włosy. Do zamku najczęściej wracała z burzą włosów i bólem gardła, co nieustannie śmieszyło Huncwotów. Dziewczyna nie potrafiła znaleźć w tym nic śmiesznego i po zapytaniu o to Remusa, ten odpowiedział, że wygląda interesująco z tym nieładem na głowie. Ginny po tym przestała chodzić na spacery i zaczęła zaszywać się w bibliotece na długie godziny, które najczęściej spędzała na czytaniu książek o eliksirach i o czasoprzestrzeni. Te ostatnie nic nowego nie wnosiły, więc po jakimś czasie Ginny przeniosła się na dział historyczny, gdzie próbowała dowiedzieć się czegokolwiek o tym, czy zmieniacze czasu istnieją w tych czasach. Jak na razie niczego nie znalazła, ale nie traciła swojego zapału i nadziei.

     Pewnego dnia postanowiła zapytać na ten temat Toma, który także nie wiedział za wiele. Jego wiedza kończyła się na podaniu informacji o ile godzin można się najwięcej cofnąć w czasie.

     — Myślałam, że będziesz wiedział coś więcej — burknęła w ponurym nastroju.

     Tom wzruszył na to tylko ramionami.

     — Nigdy jakoś specjalnie nie zgłębiałem tego działu. Uznałem, że będzie mi raczej niepotrzebny.

     W pewnym momencie popadła w zwyczajną rutynę - sen, chodzenie na lekcje, rozmawianie z Mary, praca nad eliksirem, zaszycie w bibliotece, rozmawianie z Huncwotami i potem znowu sen. I tak w kółko i w kółko. Unikanie jej przez Lily wprowadziło ją w jeszcze gorszy nastrój i nawet żarty Syriusza i Jamesa jej nie śmieszyły. 

     Aż w końcu, już na skraju zirytowania, zrzuciła ciężko torbę na ziemię, powodując wzdrygnięcie się Lily, która pomimo iż była w jednym pokoju z nią, nie odezwała się do niej ani słowem.

     — Musimy sobie coś wyjaśnić, Evans — powiedziała Ginny, zakładając ręce na piersi.

     Ginny zauważyła, jak Lily ponownie się wzdrygnęła. Weasley aż miała ochotę uśmiechnąć się ironicznie. Nie wiedziała, że może tak łatwo przestraszyć dziewczynę swoją własną obecnością. W myślach przeklinała stereotyp o odważnych Gryfonach, którzy, prawdę mówiąc, w ogóle tacy nie byli. 

     — Mogę wiedzieć, czemu postanowiłaś mnie ignorować przez prawie dwa tygodnie? Czy tu chodzi o moją wygraną na eliksirach? — Zaczęła się do niej powoli przybliżać, mierząc niechętnym wzrokiem. — Nie możesz pogodzić się ze swoją porażką, tym, że ktoś inny postanowił zająć twoje miejsce najlepszej uczennicy w klasie? Jeśli to są powody, to mogę szczerze powiedzieć, że są one żałosne.

     Lily po raz kolejny się wzdrygnęła, i tym razem Ginny nie udało się powstrzymać wykrzywienia warg. Było jej żal Jamesa, że musiał ożenić się z takim tchórzem.

     Evans westchnęła i zaczęła mówić.

     — Masz rację, to było żałosne. Aż sama wstydzę się swojego zachowania, ale... — przerwała, chcąc nabrać więcej odwagi. — To wszystko przez moją cholerną dumę. Zawsze byłam pierwsza. Pierwsza do eliksirów, pierwsza do dostawania punktów, pierwsza we wszystkim. A teraz, kiedy ty się pojawiłaś, ja już nie jestem na prowadzeniu. Spadłam na drugie miejsce.

     Ginny była w stanie to zrozumieć. Ona sama w swoich czasach była pierwsza, choć ostrożnie to ukrywała przed rodziną i wszystkimi innymi, poza przyjaciółmi. Colin, Neville, Harry i Luna byli dla niej wszystkim i tylko im powierzała wszystkie swoje tajemnice. Byli według niej pewni, godni zaufania, a ona tylko wybranym potrafiła w pełni zaufać. 

     Zalała ją fala ogromnej tęsknoty, którą tak długo próbowała powstrzymać. Wiedziała, że gdyby tego nie zrobiła, już dawno by się poddała i pogrążyła w rozpaczy. Postanowiła sobie, że jak najszybciej wróci do swoich czasów. Dla Colina, Neville'a i Luny.

     Jej twarz widocznie musiała złagodnieć, bo Lily z nową nadzieją zaczęła mówić z prędkością światła, wyrzucając słowa niczym karabin maszynowy. Ginny w ogóle nic nie zrozumiała z jej mowy, lecz zabawnie było oglądać, jak Lily co chwilę bierze głęboki wdech, by znowu zacząć swoją przemowę. Zastanowiła się, czy tak samo czuł się Tom Riddle, stojąc nad przerażonym śmierciożercą. 

     Koniec końców Ginny przebaczyła Lily, lecz wciąż trzymała ją na dystans. Evans zdawała się nie zwracać na to uwagi, ponieważ, żywo gestykulując, opowiadała jej o magicznej Anglii oraz o swoich rodzicach. Ginny wyłączyła się gdzieś na początku wywodu i tylko czasami potakiwała głową na znak, że słucha. Musi wykazać się ogromną cierpliwością, żeby zaakceptować pannę Evans, co nie przyjdzie zbyt prędko.

     Od następnego dnia Lily często rozmawiała z nią i Mary, a Ginny tylko się cieszyła, że dziewczyny poprawiają swoje relacje. Sama z chęcią uczestniczyła w ich rozmowach, uznając, że nie może wyróżniać się spośród innych. 

     Ale to jednak pod koniec połowy września nastąpił największy przełom.

     Ginny jak codziennie przyszła do pracowni, gdzie siedział już Snape. Każde ich spotkanie musiało zaliczyć wielką kłótnię, przez co Ginny była ogromnie zmęczona i ciężko jej się pracowało. Dlatego postanowiła to zmienić. 

     — Mam dla ciebie propozycję, na którą się na pewno zgodzisz — powiedziała, kiedy Ślizgon odwrócił się do niej, aby wydać jakiś rozkaz.

     Severus uniósł brwi.

     — Doprawdy? — zapytał kpiąco, ale widząc zaciętą minę Ginny, kontynuował: — To co to za propozycja?

     — Cichy sojusz. To znaczy, że będziemy pracować razem w zgodzie, bez żadnych kłótni. Możemy nawet ze sobą nie rozmawiać, mnie to nie obchodzi, ale chcę w końcu skończyć się kłócić. To męczące.

     — Weasley, nawet gdybym chciał, to i tak nic z tego nie wyniknie. Jesteś Gryfonką — zacisnęła zęby — a ja Ślizgonem. Nie damy rady wytrzymać w całkowitej ciszy.

     — Musimy się postarać. Przyznaj, że ciebie też męczą nasze kłótnie. Dlatego ja głosuję, abyśmy się choćby minimalnie pogodzili. Co ty na to?

     Snape z wolna pokiwał głową z zamyśloną miną. Po chwili wystawił w jej stronę wyciągniętą rękę i powiedział:

     — Severus Snape.

     — Ginny Weasley. — Uścisnęła jego dłoń.

     Po minucie wrócili do warzenia eliksiru. Co chwilę na przemian prosili się o podanie jakiegoś składniku lub przypilnowanie kociołka. Wiele razy chcieli rzucić jakąś ciętą ripostę, ale mając na względzie ich poprzednią ugodę, postanowili trzymać język za zębami. Poza tym udało im się zachować całkowitą ciszę, ponieważ nie chcieli rozmawiać z drugą osobą. Mimo że ich relacja w pewnym stopniu się poprawiła, dalej można było wyczuć wiszącą w powietrzu niechęć. Ginny pomyślała, że gdyby codziennie tak pracowali, to nawet tej atmosfery nie byłoby czuć.



     Ginny wyciągnęła przed siebie nogi i potarła odsłonięte kostki. Postanowiła po raz ostatni wyjść na błonia, kiedy akurat panowała wyjątkowo ciepła pogoda. Nie było ani mocnego wiatru, ani burzy, więc uczniowie z chęcią wychodzili z zamku, żeby odpocząć na chwilę od nauki. Weasley przyglądała się ich roześmianym twarzom, myśląc, jakby to było, gdyby wróciła teraz do swoich czasów. Czy śmiałaby się razem z Colinem, Nevillem i Luną? A może w ich życiu już nigdy nie zagościłaby radość?

     Rok tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąty siódmy na pewno nie należał do szczęśliwych. Śmierć profesora Dumbledore’a i Moody’ego pokazała im, że nikt nie może czuć się bezpiecznie nawet w zamku.

     Wolała nie wiedzieć, ile osób codziennie ponosi śmierć z rąk śmierciożerców. Ginny nie chciała przyłączać się jak na razie do wojny, lecz wiedziała, że to i tak jest nieuniknione. Będzie musiała w końcu zacząć walczyć, jeśli chce obronić swoich bliskich. Gdyby Colinowi, Neville’owi albo Lunie coś się stało, Ginny wpadłaby wtedy w prawdziwą furię i, tak jak mówił Tom, zaczęłaby zabijać każdego, kto odważyłby skrzywdzić się jej przyjaciół. I może stałaby się wtedy potworem, ale ją to nie obchodziło. Walczyłaby za swoje przybrane rodzeństwo.

     — Każdy z nas jest potworem na swój własny sposób — powiedział Tom, który nagle zmaterializował się obok niej na trawie. — Tylko nie każdy potrafi go w sobie zobaczyć.

     Ginny pokiwała głową, zgadzając się z nim. Czyż ona nie była potworem, kiedy nasyłała bazyliszka na tych wszystkich niewinnych ludzi w szkole? Jej dusza była skażona czarną magią, która rozprzestrzeniała się po całym jej ciele, powoli zabijając w niej jasność. Czy właśnie tak czuł się Tom Riddle, kiedy praktykował mroczne zaklęcia? Ale Ginny przecież tego nie robiła, a i tak czuła się brudna i jednocześnie czysta.

     Z pewnością nie jest jasnym czarodziejem.

     — I to jest błąd — rzekła. — Gdyby ludzie widzieli, czym się stają, na pewno mogliby to powstrzymać. A tak to… — Wzruszyła ramionami.

     Poczuła, jak chłodne powietrze obija jej się o twarz. Kochała zarówno jesień, jak i zimę, ponieważ miały one swój niezaprzeczalny klimat, jakiego nie można zobaczyć w porze wiosennej i letniej. Jesień od zawsze była jej najbliższa. Roślinność przygotowująca się na zapadnięcie w sen, tak samo jak zwierzęta, napawały ją olbrzymim ciepłem. Atmosfera, jaka wtedy panowała, była magiczna nawet w najmniejszym calu. Wszechobecny brąz i pomarańcz na myśl przypominały jej te nieuchwytne chwile, jakie spędzała na parapecie przy oknie w dormitorium z kubkiem gorącej czekolady i książką. Zamykała się wtedy w swojej krainie marzeń i patrzyła. Na otaczający ją świat, na spacerujących przyjaciół oraz zakochaną parę. Patrzyła jak zaczarowana, marząc o tym, aby się kiedyś zakochać. I choć wiedziała, że nie zasługuje na tak wielkie uczucie jak miłość, to i tak nikt nie mógł jej zabronić o tym marzyć. Nawet Ron.

     — Tęsknisz za nimi? — Usłyszała pytanie Toma. — Za Ronem, Hermioną i Harrym?

     Ginny głęboko się zamyśliła. Czy tęskniła? Zdecydowanie nie. Bo za kim? Za jej bratem, który codziennie urządzał jej kłótnie o byle drobnostki, za przemądrzałą Hermioną, która uważała, że Ginny nie jest na tyle inteligentna, żeby z nią obcować, czy za Harrym, z którym w ogóle nie rozmawiała? Nie znała tej trójki. Jak mogła płakać za kimś, kto ledwo ją zna?

     — Nie. I nie pytaj o więcej. Mam już dość rozmów na dzisiaj. Chcę po prostu odpocząć.

     Już więcej się nie odezwał. I choć kątem oka widziała, że cały czas jej towarzyszy, dotrzymał jej prośby.



     — Ginny, czekaj!

     Gryfonka odwróciła głowę w stronę nadbiegającego Jamesa. Co chwilę potrącał uczniów ramionami, próbując przebić się do Ginny.

     — W piątek jest nabór do drużyny do qudditcha. Przyjdziesz? — zapytał, kiedy udało mu się stanąć naprzeciwko niej.

     Ginny zmarszczyła brwi.

     — Mówiłam wam, że nie gram w quidditcha.

     — Nie, nie! Chodziło mi o to, czy usiądziesz na trybunach i będziesz nam kibicować. Remus też będzie.

     Ginny popatrzyła na niego wyraźnie rozbawiona.

     — Nam? Myślałam, że tylko ty grasz.

     James wyszczerzył do niej zęby. Ginny dobrze wiedziała, że w tym roku on jest kapitanem drużyny.

     — Syriusz w tym roku chciał spróbować swoich sił. Był naprawdę dobry, jak graliśmy w wakacje — wyjaśnił, widząc jej zdziwiony wzrok.

     — Nigdy o tym nie wspominał — mruknęła pod nosem.

   Ginny próbowała wysilić pamięć, czy Syriusz mówił kiedykolwiek o quidditchu. Na Grimmauld Place był raczej cichym mężczyzną, ale czasami zdarzało się wydusić od niego jakieś informacje. Najczęściej rozmawiał z Harrym albo Lupinem, ale poza tym kłócił się z Molly. Nigdy nie dowiedziała się, o co dokładnie chodziło, lecz często widziała wzrok skierowany na nią podczas sprzeczek. Jakby dwójka dorosłych o coś ją oskarżała.

     — Dopiero się poznaliście. — Popatrzył na nią rozbawiony. — To chyba jasne, że nie mówi ci wszystkiego.

     — Zapomnij o tym, co mówiłam. — Machnęła lekceważąco ręką. — O której godzinie mam przyjść?

     — Czyli przychodzisz. — Zaświeciły mu się oczy. Ginny przewróciła oczyma. — Po lekcjach. Mam nadzieję, że Ślizgoni nie wpadną na taki sam pomysł.

     James zmarszczył nos. Ginny zastanowiła się, czy Potter odczuwa nienawiść do Slytherinu. Nie zdziwiłaby się, gdyby tak jednak było.

     — Na jakiej pozycji gra Syriusz?

     — Ścigający. Według mnie bardziej pasuje na obrońcę, ale no wiesz, nie można się wtedy popisać przed publiką. Lepiej oddawać strzały. — Mrugnął do niej.

     Ginny parsknęła śmiechem i powiedziała z szerokim uśmiechem na twarzy:

     — To prawie jak w piłce nożnej.

     — W czym? — zapytał ze zdziwieniem.

     — To taki mugolski sport. Oddaje się strzały na bramkę, tylko że zamiast latać na miotle, to się kopie piłkę. Nieważne. — Machnęła lekceważąco ręką. 

     James mruknął coś niezrozumiałego pod nosem. Zmarszczył w skupieniu brwi, zastanawiając się nad czymś głęboko.

     — Jesteś prawdziwą skarbnicą wiedzy, Gin. 

     Dziewczyna zmarszczyła gniewnie nos na to przezwisko, lecz zanim mogła coś na to odpowiedzieć, James powiedział nagle:

     — Muszę pójść do Petera po zadanie z transmutacji. Nie patrz tak na mnie, ja mu tylko je dawałem! — Uniósł ręce w obronnym geście, domyślając się, co Ginny miała na myśli. — Peter zawsze bierze ode mnie eseje. Mówi, że jestem bardzo dobry na transmutacji, choć ja bardziej myślę, że to wynik ciężkiej pracy. No i tego, że McGonagall mnie lubi.

     Ginny ponownie parsknęła śmiechem. Przygryzła wargę, żeby nie było widać jej uśmiechu na twarzy, choć wszelkie starania poszły na marne. James i tak by to zauważył.

     — Idziesz ze mną do Petera?

     Pokręciła przecząco głową. Nie była w stanie siedzieć w jednym pokoju z tym chłopakiem, dlatego kiedy tylko mogła, wymigiwała się od tej, zdaniem Syriusza, przyjemności. Dla nich dalej był tym samym nieśmiałym Peterem, który cenił ponad wszystko przyjaźń. Dla Ginny był on tylko obrzydliwym zdrajcą, dla którego władza była ponad przyjaźnią.

     — Nie mogę. Później do was dołączę, jak tylko przyjdą Syriusz i Remus. 

     — Nie ma sprawy. To do zobaczenia, Gin!

     Poczochrał jej włosy i z zawadiackim uśmiechem odszedł w drugą stronę. Ginny wpatrywała się w jego plecy jak zaczarowana, myśląc, że zapomniała o jednej rzeczy. James coraz bardziej się oddalał, stając się dla niej rozmazaną kropką. Był często poklepywany po plecach i witany przez inne osoby, których zdawał się nie znać, ale mimo wszystko wysyłał wokół uśmiechy. Pomyślała z melancholią, że w przyszłości też mógłby się tak często uśmiechać. Emanowałby żywą aurą, która otaczałaby wszystkich wokół, nakłaniając ich do działania. Byłby dla innych wsparciem i nadzieją. Byłby bohaterem.



     Mała, dwunastoletnia Ginny siedziała na kanapie w Pokoju Wspólnym, wpatrując się w ogień tańczący żywiołowo w kominku. Miała ochotę oblać go wodą, stłumić, cokolwiek, żeby tylko nie emanował radością. W Gryffindorze wszystko było radosne. To ją obrzydzało do tak wielkiego stopnia, że kiedy tylko jakiś Gryfon do niej podchodził, ona się krzywiła. Nawet nie dawała mu szansy coś powiedzieć, ponieważ z miejsca go odpychała. Nienawidziła tej wylewającej się ciepłej aury z każdego Gryfona, tego podniecenia każdej niewinnej dziewczynki i szarmanckich chłopaków. Gryffindor to nie jej miejsce.

     Teraz było inaczej. Siedziała właśnie w pustym Pokoju Wspólnym, otoczona wokół ciemnością. Jedynie ten znienawidzony kominek co chwilę trzaskał i wybuchał żarem, lecz Ginny nie zwracała na to uwagi. Nie teraz, nie w takiej chwili.

     — Nie możesz spać? — zapytał jakiś cichy głos zza jej pleców. Ginny pomyślała, że to naprawdę przyjemny dla uszu dźwięk. Ten ktoś mógłby się częściej odzywać.

     — Nie — odparła szorstko, lecz po chwili zdała sobie sprawę ze swojego błędu: — Przepraszam, jestem nieco nieprzyjemna.

     Chłopak wzruszył na to ramionami i usiadł koło niej. Ginny zdała sobie sprawę, że to do niego musi należeć ten miły głos.

     — Po tym co przeszłaś to chyba jasne, że potrzebujesz więcej czasu. Ja na pewno potrzebowałbym.  

     Ginny spojrzała na Harry'ego ze zmarszczonymi brwiami. Chłopiec nie zdawał sobie z tego sprawy, wpatrzony w ogień.

     — Prawie zabiłam pięć osób i kotkę Filcha, a ty tak po prostu się do mnie dosiadasz i normalnie rozmawiasz? Nawet moi bracia mnie unikają.

     Nawet nie zdała sobie sprawy z tego, że zabrzmiała tak żałośnie. Gorycz podczas wymawiania ostatniego zdania wyraźnie zmartwiła Harry'ego.

     — Oni muszą otrząsnąć się z szoku. Niecodziennie dziennik potrafi opętać jakąś osobę. Daj im trochę czasu.

     — Oczywiście — powiedziała sarkastycznie. — Albo może się mnie po prostu boją? Nie pomyślałeś o tym?

     Po jej wypowiedzi nastała niezręczna cisza. Ginny niecierpliwie czekała na to, co odpowie Harry, lecz ten najwyraźniej nie miał ochoty nic więcej mówić. Weasley pomyślała, że właśnie zniechęciła do siebie kolejną osobę, dlatego postanowiła to naprawić.

     — Jesteś bohaterem, Harry — rzekła cichym głosem z opuszczoną głową. — Niewiele osób zdecydowałoby mi się pomóc. Dziękuję. 

     Uśmiechnęła się do niego łagodnie, co Harry również odwzajemnił.

     — Nie ma za co, Ginny. Nie ma za co.



     W piątek panowała ponura atmosfera. Mgła, która roztaczała się wokół boiska, wyraźnie przeszkadzała w eliminacjach do drużyny. Ginny siedziała opatulona w kurtkę i szalik, a z jej ust wydobywała się mała para. Była dopiero połowa września, a dla dziewczyny równie dobrze mógłby to być początek listopada. Owszem, lubiła jesień, ale nie lubiła tego cholernego zimna. Bardziej pasowała ona do zimy, kiedy można było ogrzać się gorącą czekoladą albo porzucać śnieżkami. Ginny nawet nie pamiętała, kiedy to ostatnio robiła. Musiał minąć duży upływ czasu, skoro te wspomnienia ma już zatarte w pamięci.

     Siedziała na trybunach, w spokoju obserwując wchodzących na boisko uczniów chcących wstąpić do drużyny. Z pewną tęsknotą pomyślała, że również chciałaby się tam znaleźć.

     — Ale ziąb.

     Tom usiadł koło niej, w ogóle nie zwracając uwagi na jakiekolwiek przywitanie. Ginny już się do tego przyzwyczaiła, choć mogła stwierdzić, że w ciągu tych dwóch tygodni ich relacje się polepszyły dzięki częstemu przesiadywaniu w bibliotece. Często też Remus się do niej dosiadał i odrabiał z nią zadanie domowe. Rozmawiali na błahe tematy, takie jak szkoła, nauczyciele czy po prostu jego przyjaciele. 

     — Widzisz gdzieś Syriusza? Niknie wśród tego tłumu — mruknęła, wychylając się do przodu.

     James był wyraźnie widoczny, ponieważ stał nieco dalej od grupki Gryfonów i żywo machał rękami. Musiał wyjaśniać zasady panujące na boisku i w szatni.

     — Oni wyglądają jak wygłodniałe stado oczekujące na zwierzynę. Spójrz tylko na nich. Ja bym się obawiał przebywania z takimi dzikusami.

     Ginny parsknęła śmiechem. Faktycznie, Gryfoni mieli mocno zniecierpliwione miny, jak to zawsze bywa przy wyjaśnianiu zasad. Ginny zgadywała, ze zaraz będą mieli mocno zaczerwienione ze złości twarze, kiedy dowiedzą się, że pierwszoklasiści mają zakaz grania.

     — I to jest jedna z niewielu rzeczy, jakie lubię u Gryfonów. Łatwo ich zdenerwować. A kiedy kogoś chwalą, to potrafią wynieść na podium i potem zniknąć na wiele godzin. 

     — Wy orgie organizujecie? — Popatrzył na nią zaskoczony. — Coraz więcej dowiaduję się o Gryfonach. I nie wiem, czy to są pozytywne rzeczy.

     Skrzywił się, patrząc z odrazą w stronę rozwrzeszczanego tłumu. Ginny ponownie parsknęła śmiechem, po czym pokręciła z rozbawieniem głową. Gdy Tom tylko chce, potrafi mieć poczucie humoru.

     Siedzieli w ciszy przez długi czas, w skupieniu oglądając toczone przed nimi rozgrywki. Ginny zauważyła, że James jest naprawdę dobrym kapitanem. Perfekcyjnie panował nad miotłą, a także z łatwością eliminował nienadających się na graczy uczniów, przez co wszystko bardzo sprawnie przebiegało. 

     Właśnie skończyły się eliminacje na obrońców, kiedy po jej lewej stronie usiadł Remus. Był zaczerwieniony od biegu, a szalik smętnie zwisał na ramieniu, jakby będąc gotowy, żeby w każdej chwili spać. 

     — A co ty taki spóźniony? — zapytała, kiedy udało mu się ułożyć.

     — Zapomniałem o treningu. Mam nadzieję, że jeszcze nie zaczęły się eliminacje na ścigających.

     Ginny pokręciła głową i popatrzyła z rozbawieniem na Remusa, który dopiero zauważył szalik na swoim ramieniu. Zaczął go z irytacją zawijać wokół szyi, wykonując przy tym niezgrabne ruchy.

     — Będą po pałkarzach. Na razie są szukający, ale marnie im idzie. — Skrzywiła wargi.

     Remus na chwilę zaprzestał zawijania szalika, skupiając się na jakimś piątorocznym uczniu, który nie panował nad swoją miotłą, a i tak starał się złapać latającego przed nim znicza. 

     — Widzisz gdzieś Syriusza? — zapytała Ginny.

     — Niestety nie. — Pokręcił głową.

     Zaczął na nowo owijać szyję, lecz materiał co chwilę albo zahaczał o zamek, albo spadał na jego kolana. Przez myśl jej przez chwilę przeszło, że to naprawdę uroczy obrazek.

     — Daj, ja to zrobię. — Ulitowała się w końcu.

     Remus popatrzył na nią z wdzięcznością i podał jej szalik. Ginna nakazała mu odwrócić się do niej tyłem, żeby mogła go zawiązać z tyłu. Po wykonaniu tej czynności, Lupin odwrócił się do niej z szerokim uśmiechem.

     — Coś się stało? — zapytała rozbawiona.

     Zawsze, kiedy Remus był uśmiechnięty, Ginny czuła, że ona też powinna się cieszyć. Nie rozumiała do końca dlaczego, ale wiedziała, że tak musi być.

     — Znalazłem Syriusza. — Powiększył swój uśmiech i skinął głową w stronę boiska.

     Ginny popatrzyła w tamtą stronę. Syriusz właśnie przerzucał kafla przez obręcz, robiąc przy tym widowiskowy obrót. Ginny wraz z Remusem zaczęli klaskać dopingując tym samym Blacka. Z jeszcze większą pewnością siebie zaczął wykonywać najróżniejsze sztuczki, pobijając tym samym na głowę innych zawodników. James z fascynacją go oglądał, zapewne doszukując się nawet najmniejszego błędu, żeby móc zmniejszyć podwyższone ego Syriusza. 

     — Niezły jest — powiedziała Ginny ze śmiechem.

     James, po wielu wykonanych sztuczkach, uznał, że już wystarczy, i nakazał zawodnikom zejść z mioteł, aby ogłosić wyniki. Ginny wraz z Remusem prędko zbiegli z trybun, żeby móc je usłyszeć.

     Kiedy dobiegli, James akurat ogłaszał obrońcę.

     — Szukającym zostaje Mike Harris, a ścigającymi Sarah Hughes, Syriusz Black, no i ja. — Wyszczerzył zęby.

     Ginny wraz z resztą Gryfonów zaczęła klaskać i wiwatować nowo wybranym członkom drużyny. Uśmiechnęła się szeroko do Syriusza, który odpowiedział jej tym samym. Po chwili został oblężony przez resztę uczniów gratulujących jemu i pozostałym zawodnikom. Nawet gdyby chciał, nie udałoby mu się wydostać z tego małego tłumu, więc Ginny z Remusem odeszła trochę na bok. Wsadziła dłonie do kieszeni kurtki, aby się trochę ogrzać i zaczęła rozmawiać z Remusem.

     — W tym roku mamy niepokonaną drużynę. Puchar mamy już w kieszeni — mówił Remus z przekonaniem.

     — Nie wiemy jak wygląda skład u Krukonów, Puchonów i Ślizgonów. — Wyliczała na palcach. — Mogą się okazać równie dobrzy, a nawet lepsi.

     — Nie wierzysz w nas? — zapytał Remus z prowokatorskim uśmiechem.

     — Wierzę! Oczywiście, że wierzę! — Chuchnęła, tworząc chmurkę. — Tylko uważam, żeby nie przeceniać naszych zdolności, bo możemy się na tym przejechać. Zbyt wielka pewność siebie może nas zgubić.

     — Ginny, bądź realistką. Wygramy na sto procent! Nie musisz się obawiać. Widziałaś, co Syriusz, James i Sarah wyrabiali w powietrzu, więc nie powiesz mi chyba, że jesteśmy słabi.

     — Ale ja czegoś takiego nie powiedziałam! — krzyknęła, odwracając w jego stronę twarz z przymrużonymi oczami. — Przekręcasz moje słowa.

     — To się nazywa dedukcja, Ginny — powiedział jak do nic nierozumiejącego dziecka.

     — A od kiedy ty się w ogóle interesujesz quidditchem? — Ucięła temat zanim mogła rozpocząć się kłótnia.

     — Nie interesuję. — Wzruszył ramionami. — Po prostu kibicuję swoim przyjaciołom.

     — Brzmiałeś jak jakiś fan.

     Przeszli się wzdłuż trybun, czekając, aż reszta drużyny wyjdzie z szatni, a oni dołączyliby do Jamesa i Syriusza. W tym czasie Ginny opowiedziała Lupinowi czegoś więcej o swojej rodzinie. O psotniku Fredzie, który cały czas prawił kawały swoim rodzicom, o Charlie'm, który również nie był posłuszny. Z ostatnim bratem miała ogromny problem, ponieważ zapomniała, jak go nazwała wśród Huncwotów i dyrektora. Z paniką próbowała sobie przypomnieć jego imię, lecz kiedy nie wpadła na żaden pomysł, postanowiła powiedzieć jedyną nazwę, jaką wymyśliła, i mieć nadzieję, że to ta właściwa.  

     — Dennis od zawsze był najodpowiedzialniejszy z nas wszystkich. Potrafił się o wszystko zatroszczyć.

     Przyglądnęła się twarzy Remusa, aby zobaczyć, czy popełniła jakiś błąd. Lupin patrzył przed siebie, ze skupieniem słuchając jej słów. Widocznie musiał nie zdawać sobie sprawy z wahania w jej głosie. Na szczęście, pomyślała z ulgą. 

    

     — I kto tu się dostał do drużyny? Syriusz Black! — krzyknął Syriusz na przywitanie.

     Po długim spacerze Ginny wraz z Remusem wrócili do zamku, aby tam poczekać na swoich przyjaciół. Z zaczerwienionymi od chłodu policzkami weszli do Pokoju Wspólnego, gdzie Syriusz, James i Peter już na nich czekali na kanapie.

     Syriusz wręczył każdemu kufel piwa kremowego i szybko uciekł w stronę siedzenia. Usiadł na nim, jak zwykle wyciągając swoje długie nogi przed siebie. James już leżał na podłodze, od czasu do czasu podnosząc się, aby wypić łyk piwa. Peter z kuflem w ręce wpatrywał się w całą czwórkę, od której aż biła pewność siebie. Remus ułożył się obok Jamesa i przybił z nim piątkę.

     Ginny stała nadal niezdecydowana, przygryzając dolną wargę. Miała do wyboru siedzieć na podłodze albo obok Petera, który nadal przypatrywał jej się z niepokojącą uwagą.

     — Siadaj, Gin. — Syriusz poklepał miejsce obok siebie.

     Gryfonka z wykrzywionymi ustami ścisnęła się obok Syriusza, który uśmiechał się do niej nonszalancko. Ginny miała wielką ochotę zetrzeć mu ten uśmiech z twarzy.

     — A więc, jakie są według was szanse na wygrane z innymi domami? — zapytał James, upijając łyk piwa.

     Ginny i Remus szybko wymienili spojrzenia, po czym przemówili równocześnie:

     —  Macie stuprocentową pewność na zwycięstwo.

     — Ja bym nie lekceważyła innych graczy, ponieważ mogą okazać się równie dobrzy. 

     Syriusz zagwizdał, a James spojrzał na nich z rozbawieniem.

     — Widzę, że mamy kompletnie różne zdanie. A ty, Peter?

     Chłopak popatrzył w roztargnieniu na Remusa, który oczekiwał na odpowiedź.

     — Miałem dzisiaj korepetycje u McGonagall — powiedział Peter lekkim tonem, lecz Ginny znowu udało się wyczuć u niego chłód.

     Gryfonka skrzywiła się i podstawiła kufel pod usta, aby reszta tego nie zauważyła. Pettigrew ciągle łgał, a przynajmniej tak było zdaniem Ginny. Nie mogła uwierzyć w te wymówki Glizdogona.

     — A nie mogłeś powiedzieć McGonagall, żeby cię dzisiaj zwolniła? — zapytała chłodniejszym tonem niżby chciała.

     Pettigrew zmrużył oczy i popatrzył na nią groźnie. Zauważył te wyzwanie w oczach dziewczyny.

     — Gdybym mógł, to na pewno oglądałbym ich nabór. Chyba, że sugerujesz mi coś innego. — Spojrzał na drapieżnie.

     Ginny zacisnęła usta w wąską linię. Czyli tak się bawisz, pomyślała.

     — Wystarczyłoby, abyś poprosił o pomoc Jamesa albo Syriusza, a oni na pewno poszliby do McGonagall.

     — Nie lubię wykorzystywać swoich przyjaciół.

     Nastała pełna napięcia cisza, w której Ginny i Peter wymieniali się groźnymi spojrzeniami. Reszta Huncwotów patrzyła na nich, zdziwieni nieprzyjaznym zachowaniem ich dwójki przyjaciół.

     — Uspokójcie się — powiedział pewnym głosem Lupin. 

     Dwójka Gryfonów spojrzała na niego przeciągle, po czym opadła na swoje miejsca. Remus widocznie odetchnął z ulgą, po czym powiedział:

     — Zrobiliście esej na zielarstwo?  



     — Ginny! Hej, Ginny, gdzie tak pędzisz? 

     Lily i Mary patrzyły w zdziwieniu na gwałtowne ruchy Ginny, która grzebała w kufrze w poszukiwaniu swojej piżamy.

     — Nic. Idę do toalety — powiedziała oschłym tonem, w końcu znajdując potrzebne ubrania.

     Jeszcze przez chwilę słyszała nawoływanie swoich współlokatorek, które przerwała donośnym trzaskiem zamykanych drzwi. W łazience rzuciła piżamę na podłogę, po czym oparła się o umywalkę. Odkręciła kurek z zimną wodą i przemyła twarz na uspokojenie się.

     — Pieprzony Pettigrew — mówiła wściekle, kiedy zakręcała kurek. — On i te jego pieprzone podchody.

     Szybko zrzuciła z siebie ubranie, po czym weszła pod prysznic. Pod naporem ciepłej wody wyrzucała z siebie coraz wymyślniejsze przekleństwa pod adresem Glizdogona.

     Przez cały czas, który spędziła z Huncwotami, wymawiała niemiłe słowa, na które Peter zawsze był w stanie odpowiedzieć. Syriusz, James i Remus musieli wielokrotnie interweniować, żeby nie doszło do wymiany zaklęć. Niewinne słowa koniec końców zamieniały się w wielką kłótnię, przy której Weasley i Pettigrew nie zamierzali zrezygnować. Byli zdeterminowani, aby wygrać.

     W pewnej chwili pomyślała, że los naprawdę ją nienawidzi. Cofnięcie się w przeszłość było niczym w porównaniu do obcowania przy Huncwotach, Lily i Severusie. Wiele razy chciała po prostu ich trzasnąć w głowy i naprowadzić do niejakiego porządku. Ale teraz przyszła jeszcze sprawa z Peterem, chłopakiem, do którego czuła olbrzymią niechęć i obrzydzenie.  

     Jedno wiedziała na pewno; właśnie wyrobiła sobie w Pettigrew wroga.
layout by oreuis