czwartek, 28 lipca 2016

Rozdział 2 - Rok 1976


     Nie wiedziała, ile spała. Wydawać by się mogło, że kilka godzin, a nie minęło zapewne nawet pół godziny.Ostatnio dość często gubiła rachubę czasu. Podczas wakacji zdarzało się, że spała nawet do jedenastej. Potem musiała sama zatroszczyć się o swoje pożywienie, co kompletnie jej nie wychodziło. Była fatalną kucharką, nawet najprostszy przepis potrafiła zepsuć. Zdecydowanie nie odziedziczyła talentu gospodarskiego po mamie. A przydałby się.
     Po chwili usłyszała obok siebie, jak coś ciężkiego spada na ziemię. Potem do jej uszu dobiegły odgłosy siarczystego przeklinania. W przedziale na chwilę zapadła głucha cisza, a następnie odezwał się głos, którego zdecydowanie nie znała.
     — No co za cholerstwo, zawsze spada — parsknęła cicho śmiechem, słysząc to niewybredne słownictwo. 
     Otworzyła leniwie jedno oko, przygotowując w myślach tyradę pod adresem osoby, która znajdowała się w przedziale, lecz kiedy rozchyliła drugą powiekę, gwałtownie wciągnęła powietrze.
     Tuż przed nią stał Harry. Harry, który miał być teraz na poszukiwaniu horkruksów. 
     Potter pocierał ręce o kark, stojąc nad kufrem ze zmieszaną miną. Nie widziała dokładnie jego twarzy, ale mogłaby przysiąc, że to jest on. Przynajmniej dopóki się do niej nie odwrócił.
     Już wtedy wiedziała, że ma przechlapane.
     — Cześć. Wybacz, że cię obudziłem, ale ten cholerny kufer zawsze spada z półki, kiedy chcę go tam położyć. Nie gniewasz się? — James Potter przyglądał jej się ze skrępowanym uśmiechem, ale była w stanie zobaczyć radosne ogniki w jego oczach. Miały kolor mlecznej czekolady, w której człowiek chciałby się zatopić raz na zawsze.
     Ginny wpatrywała się w niego z szeroko otwartymi oczyma, dopóki do przedziału nie wpadł kolejny chłopiec, tym razem z czarnymi, kręconymi włosami do ramion i radosnym uśmiechem na twarzy.  
     — Rogacz, wygrałem zakład! Dawaj mi tego galeona. — Dopiero po chwili zauważył rudowłosą dziewczynę, siedzącą na siedzeniu. Popatrzył na nią w skupieniu, jakby zastanawiając się, czy gdzieś jej nie widział. Dochodząc do wniosku, że nie, zaczął przyglądać jej się z większym zainteresowaniem.
     Ginny poczuła się jak okaz w zoo, więc postanowiła się odezwać:
     —  Ekhm... wybaczcie, że przeszkadzam, ale...
     — James, nie dawaj Łapie galeona, Mary mu... — Remus urwał raptownie swoją wypowiedź, zderzając się z plecami Syriusza, który dalej stał w drzwiach przedziału.
     Ginny zagryzła wewnątrz wargę, żeby się nie uśmiechnąć. Obserwowała, jak Remus pociera swój podbródek, krzywiąc się lekko z bólu.
     — Syriuszu, mógłbyś łaskawie wejść do środka? Jak tak dalej pójdzie, to ludzie zaczną się wokół zbierać, żeby popatrzyć, co tutaj się dzieje.
     — Wybacz, Lunio, ale właśnie kontempluję tę oto piękną dziewczynę patrzącą na mnie jak na jakieś bóstwo. — Uśmiechnął się szeroko do Ginny, taksując ją wzrokiem.
      — Dziewczynę? — Remus wychylił się zza Syriusza, aby na nią spojrzeć.
     Ginny zdziwiła się reakcją chłopaków. Zachowywali się tak, jakby nigdy nie mieli styczności z osobnikiem płci żeńskiej, co zapewne nie miało żadnego sensu, bo zapewne mieli pęczki fanek, a nawet fanów. Po chwili jednak uznała, że musi zachowywać się tak samo, gapiąc się na nich z otwartymi ustami.
     Rumieniąc się ze swojej głupoty, odpowiedziała:
     — Coś nie tak? Wyjdę, jeśli wam przeszkadzam. — Zacisnęła zęby, postanawiając, że będzie dla nich miła. A nuż, widelec, może się to odbije.
     Miała rację. James popatrzył na nią z szerokim uśmiechem, kręcąc przecząco głową. Najwyraźniej już zapomniał o sytuacji z kufrem, bo po chwili wyciągnął do niej rękę i powiedział.
     — James Potter. A ty jesteś...
     — Ginny. Ginny Weasley — rzekła, zanim zdążyła  ugryźć się w język.
     Nazwisko "Weasley" było im na pewno znane. Jest to czystokrwisty, starodawny ród, uważany za zdrajców krwi. Byli rozpoznawani przez rude włosy i niebieskie oczy. Oczywiście, Ginny jak zawsze musiała od nich wyróżniać.
     Nigdy nie była uznawana za "typową Weasley" właśnie przez wzgląd swoich oczu. Były one brązowe, wręcz czekoladowe, emanujące zarówno ciepłem jak i chłodem. To właśnie różniło ją najbardziej od swojej rodziny. Tylko nieliczni wiedzieli, dlaczego tak jest. Historia po pierwszej klasie nauczyła ją nieufności do ludzi, dobrze skrywanej pod ciepłym uśmiechem. Przez rok jej psychika była w rozsypce, a przynajmniej pozostawiała wiele do życzenia. Ale jej bracia i rodzice nieszczególnie się tym zainteresowali. W końcu mała, słodka Ginny jest dalej tak samo urocza, jak była wcześniej i to się liczyło najbardziej. A ona w tym czasie nabierała coraz to większego dystansu do ludzi, nawet swojej własnej rodziny. Nauczyła się radzić sobie sama w trudnych sytuacjach, wykorzystując do tego wszystkie ślizgońskie cechy, jakie w sobie posiadała. A miała ich dużo, wręcz przeważały one nad tymi gryfońskimi, które nabyła w Domu Lwa przez te sześć lat swojej nauki. Do dziś żałowała, że jednak wybrała Gryffindor. Ludzie w nim nie zwracali uwagi na kulturę (na przykład plucie jedzeniem po stole albo jedzenie z otwartymi ustami), ani bezpieczeństwo (nocne przechadzki do Zakazanego Lasu lub zabawa z kałamarnicą z jeziora).
     — No to, Ginny, poznaj moich przyjaciół: Syriusza Blacka i Remusa Lupina. — Wskazywał ich kolejno ręką.
     Ginny próbowała odgadnąć, czy chłopaki poznają jej nazwisko. Syriusz zdawał się tym nie interesować, sądząc po uśmiechu, jakim ją obdarowywał. Weasley nie zwróciła na niego uwagi, patrząc uważnie na Lupina. Z jego twarzy nie dało się nic wywnioskować, więc uznała, że nic nie wie o tym nazwisku.
     Odetchnęła w duchu z ulgą, posyłając im promienny uśmiech.
     — Siadacie? — zapytała, przesuwając się bardziej w stronę okna. Chłopcy przytaknęli głową, a James wrócił do wkładania kufra na półkę.
     — Więc, skąd jesteś? Nigdy nie widziałem cię w szkole, a zapewniam, że znam każdą dziewczynę, a szczególnie kiedy jest w naszym wieku. Bo zakładam, że idziesz na szósty rok.
     — Tak. Chyba tak. — Zmarszczyła brwi, udając skupienie. — Jestem z An... Ameryki.
     — O, no proszę. Jak tam jest?
     — Co...? – zapytała nieprzytomnie.
     — W Ameryce. Jak tam jest? Słyszałem, że niedawno wybrali nowego Ministra.
     — Ja... tak. Uhm. — Przytaknęła, chcąc przekonać samą siebie.
     James usiadł obok niej, posyłając jej uśmiech.
     — Nie za bardzo lubisz politykę, prawda? — Zarumieniła się lekko. — Ja też nie. A quidditch?
     Wdała się z nimi w rozmowę na temat sportu. Miała jako takie pojęcie o nim, bo w tych czasach Ameryka odnosiła dość duże sukcesy. Potem, jak zmienił im się kapitan, zaczęli się staczać, i w ten sposób zakończyła się ich dobra passa.
     — Nie powiedziałaś nam, dlaczego przeprowadziłaś się do Anglii — stwierdził Remus, patrząc na nią uważnie znad książki, którą przez cały czas czytał.
     Ginny otworzyła usta, nie mogąc zdobyć się na żaden wyraz. Nie powie im, że przez przypadek cofnęła się w czasie - to odpada na starcie. Gdyby chciała powiedzieć, że rodzice przysłali ją tu z innej szkoły, zaczęliby zadawać pytania; z jakiej, kto naucza, czym się różni magiczna szkoła w Ameryce od tej w Anglii. Chcąc uniknąć jakichkolwiek odpowiedzi, rzekła:
     — Moi rodzice wraz z rodzeństwem zginęli w pożarze. Nie wiem, jak to się stało, bo wyszłam spotkać się z moimi przyjaciółmi, ale jak wróciłam, to zobaczyłam cały dom spalony. A oni... — Zadrżała jej warga, przypominając sobie, jak przed piątym rokiem ich dom został otoczony przez płomień. — A oni w nim zostali — dodała łamiącym się głosem, opuszczając głowę i lekko się garbiąc. Widząc, jak chłopcy chcą coś powiedzieć, odpowiedziała szybko. — Ale już się z tego otrząsnęłam. Naprawdę. I nie potrzebuję żadnych pocieszających słów. — Zerknęła na Jamesa otwierającego usta.
     — Przykro nam.
     — Mi też. — Ucięła rozmowę.
     Odwróciła głowę w stronę okna, patrząc na widok za nim rozmarzonym wzrokiem. Och, jak ona chciała teraz wrócić do domu.

     Pod koniec podróży zaczęli przebierać się w szaty. Ściągnęli kufry z półek, powoli wychodząc z przedziału. Kiedy dojechali na stację w Hogsmeade, przepuściła chłopaków pierwszych, aby mogli w spokoju odejść nieco dalej. Ona, trzymając się na uboczu, odwróciła się i pobiegła pędem w stronę zamku, chcąc jak najszybciej dotrzeć do gabinetu dyrektora. Dostrzegając gargulca, oparła się zmęczona o ścianę, ciężko dysząc. Wzięła głęboki wdech i wypuściła powietrze z ust, przecierając oczy. Policzyła w myślach do dziesięciu, zanim nałożyła maskę opanowania na twarz. Nie panikuj, Ginny, myślała, Dumbledore ci pomoże, on coś wymyśli. Z nadzieją w sercu zapukała do drzwi gabinetu profesora, ale nie słysząc żadnego odzewu, postanowiła wejść do środka.
     Gabinet dyrektora nie zmienił się prawie w ogóle od dwudziestu lat. Ściany, pomalowane na czerwony kolor, nie straciły na swojej żywości, a drewniane podłogi lekko skrzypiały pod jej nogami. Parę niepotrzebnych rzeczy dalej leżało na półkach ustawionych wzdłuż ściany, nie zmieniając swojego położenia. Ale jedyną widoczną zmianą była mała biblioteczka ustawiona w rogu sali. W jej czasach znajdowało się na pewno o wiele więcej książek, grubszych lub cienkich. Teraz ten mały zbiór wyglądał marnie na tle całej komnaty.
     Ginny usiadła na krześle naprzeciw biurka dyrektora. Przyglądała się Fawkesowi, który skrzeczał radośnie zamknięty w swojej klatce. Piękne stworzenie, pomyślała, pewnie niedawno musiało się na nowo odrodzić. Wydaje się taki pełen życia i radości. Założyła ręce na piersi, mrużąc lekko oczy. Przechyliła trochę głowę w lewo, zastanawiając się, ile potrwa dzisiejsza uczta powitalna. Wyobraziła sobie zapach pieczonego kurczaka polanego sosem. Ziemniaki ze stekiem, którego tak nie cierpiała. A na końcu ciasta, truskawkowe i borówkowe, sernik i szarlotka. No i miętówki.
     Powoli odpływała, czując, jak jej brzuch domaga się jedzenia. Z jękiem uświadomiła sobie, że zje cokolwiek dopiero jutro na śniadanie, na oczach całej szkoły chcącej poznać nową uczennicę. Merlinie, ratuj!
     Podskoczyła gwałtownie na krześle, słysząc, jak feniks znowu zaskrzeczał radośnie. Przyglądał jej się uważnie, chcąc ocenić, czy może być wrogiem swojego pana, czy nie. Ja, wrogiem Dumbledore'a? W życiu! Sprowadziłabym wtedy na siebie niepotrzebne kłopoty. A i tak mam jak na razie ich wiele.
Ptak, uznając, że nie ma czego się obawiać, schował głowę pod skrzydło, zapadając w sen.
     Ginny siedziała jeszcze przez godzinę na krześle, ale kiedy uznała, że może załatwić tę sprawę jutro, drzwi gabinetu niespodziewanie się otworzyły. Dziewczyna przez chwilę obserwowała, jak młodszy Dumbledore przechodzi powolnym krokiem przez próg z miłym uśmiechem na twarzy. Dyrektorowi od zawsze sprawiało przyjemność obcowanie z uczniami.
     — Dzień dobry, panie profesorze! Nazywam się Ginny Weasley i... — Gwałtownie się zatrzymała, widząc, jak dyrektor patrzy na nią zszokowany.
     Ginny podrapała się z tyłu głowy, w myślach przeklinając swoją głupotę.
     — Panie profesorze, ja...
     — Panno Weasley — uniósł rękę w górę, prosząc ją, aby się uciszyła — zanim zaczniemy rozmawiać, pragnę usiąść przy swoim biurku. — Podszedł do niego powolnym krokiem, po czym usiadł na krześle. — Co cię sprowadza do mojego gabinetu o tak późnej porze? — Taktownie przemilczał sprawę nie przyjścia na kolację i wejście do biura bez pozwolenia.
      Ginny zagryzła wargę, w myślach szukając odpowiedzi.
     — Ja... jestem uczennicą z Ameryki — wypaliła. — Uhm, nie wiedziałam, kiedy przyjść, więc pomyślałam, że to będzie najlepsza pora. Moi rodzice... moi rodzice chcieli, abym się tu uczyła —  dokończyła koślawo.
     — Rozumiem. Jednak prosiłbym, aby twoi rodzice wyrazili zgodę na naukę w tej szkole. Będą musieli wypełnić kilka dokumentów w Ministerstwie, a także złożyć podpis u mnie. Wtedy zostaniesz oficjalnie naszą uczennicą. Dostaniesz spis podręczników potrzebnych na twój rok oraz zostaniesz przydzielona do któregoś z domów. Rodzice ci wyjaśnili, na czym polega przydział?
     — Ja... tak, ale rodzice nie mogą zrobić żadnej z podanych rzeczy. — Spuściła nogi, zakładając ręce na kolana. — Oni zginęli w pożarze. Cała moja rodzina. Nie miałam czasu, aby zabrać swoich rzeczy, bo szybko musiałam przylecieć do Anglii. Chciałam spełnić ostatnią wolę rodziców — rzekła łamiącym się głosem.
     Nie widziała twarzy Dumbledore'a, lecz mogła się założyć, że ten pewnie główkuje nad jej problemem. Ona sama nie miała pojęcia, co dyrektor postanowi. Mógł ją przyjąć lub wyrzucić za próg. Nie miała przy sobie żadnych rzeczy czy pieniędzy, więc znalezienie pracy lub lokalu do spania nie wchodziło w grę. Już teraz mogła wyjść i zacząć żebrać na ulicy.
     Po chwili usłyszała ciche westchnienie.
     — Dobrze, panno Weasley. — Uniosła gwałtownie głowę, patrząc w błyszczące oczy Dumbledore'a. — Nie zdarza mi się przyjmować żadnego ucznia na początku roku szkolnego. Rozumiem twoją sytuację i jestem w stanie zapewnić ci pomoc. — Wyciągnął z szufladki pergamin. — Musimy ustalić podstawowe informacje — wyjaśnił, widząc niezrozumiały wzrok Ginny. Powoli przytaknęła głową. — Imię, nazwisko, rok urodzenia.
     — Ginewra Weasley, rok tysiąc dziewięćset sześćdziesiąty. Dwudziesty piąty marzec.
     — Może teraz coś o twoich rodzicach i rodzeństwie, o ile go posiadasz. — Zerknął na nią znad pergaminu.
     Wzięła głęboki oddech, czując, że to będzie jedna z najważniejszych rozmów, jakie przeżyje. Musiała się wykazać sprytem, bo dyrektor na pewno słyszał o tych Weasley'ach.
     — Moja mama nazywała się Elizabeth Weasley z domu... Lovegood. A tata to Arnold Weasley, pracował jako auror. — Przygryzła wargę, widząc, jak pióro szaleje po pergaminie, zapisując wszystko, co powiedziała. Spięła się lekko. — Mama była bezrobotna. Jeśli chodzi o moich braci... miałam ich trójkę. Charlie, najstarszy, miał dwadzieścia jeden lat i pracował ze smokami w Rumunii. Młodszy, Dave, miał dziewiętnaście lat i pracował w banku Gringotta w Egipcie. I na końcu Fred. Nigdy nawet nie poszedł do szkoły. — Wbiła wzrok w ścianę.
     — Gdzie się urodziłaś i gdzie potem mieszkałaś?
     — Eee... urodziłam się w Phoenix i tam też mieszkałam. — Rzuciła okiem na feniksa, który dalej smacznie spał. Phoenix to jedyne miasto, o którym mogła powiedzieć coś więcej niż tylko jego położenie.
     — Zdałaś już SUM-y?
     — Tak — odpowiedziała  pewniejszym głosem.
     — Nie mam już żadnych przeciwwskazań, aby przyjąć cię na szósty rok. — Rolka pergaminu zwinęła się i wleciała z powrotem do szufladki. — Możemy przydzielić cię do domu.
     Ginny szybko wstała z krzesła, o mało go nie przewracając. Podeszła do Tiary Przydziału powolnym krokiem, uważnie jej się przyglądając. Stary łachman, który dzieli ludzi, prychnęła pod nosem. Mimo wszystko, Ginny czuła lekki szacunek, kiedy dyrektor nakładał jej Tiarę na głowę.
     — Panna Weasley! Miło panią znowu spotkać! — Usłyszała w myślach głos czapki.
     — Skąd mnie rozpoznajesz? — pomyślała, zadając jej pytanie.
     — Śmierć nie wybrała cię przypadkowo! Taaak, teraz to widzę. — Ginny nie wiedziała, o co jej chodzi. Śmierć? — Jesteś jej ulubienicą. To na pewno nie przypadek!
     — Mogłabyś mnie już przydzielić? — zirytowała się.
   — Ślizgoński umysł. Spryt, chłód i logika, które doskonale do ciebie pasują. Nikogo innego nie spodziewałam się po Śmierci! Ale widzę tu też coś innego. Jakbyś się broniła przed tym domem, chociaż wcale nie uważasz go za zły.
     — Bo nie jest — odparła, siląc się na spokój. — To przez tradycję. Jestem Weasley, więc muszę trafić do Gryffindoru. Wcale tego nie chcę, ale ja naprawdę muszę tam być.
     — Tak, tradycja wyniszcza wielu ludzi. Ileż to Ślizgonów czystej krwi miało być przydzielonych gdzie indziej? Oni też mnie błagali o zmianę decyzji. Oczywiście, zgadzałam się, ale ty jesteś zupełnie innym przypadkiem.
     — Jestem takim samym przypadkiem — warknęła w myślach, po czym dodała spokojniej: — Proszę, czy mogłabyś mnie przydzielić do Gryffindoru?
     — Tak, tak — westchnęła Tiara. — Ale pamiętaj, że to nie koniec. Dla ciebie los przygotował coś innego. GRYFFINDOR!
     Ginny westchnęła z ulgą, słysząc werdykt Tiary.
     — Gratuluję, panno Weasley. Gryfoni na pewno dobrze się panią zajmą. — Uśmiechnął się do niej ciepło. — Proszę jutro przyjść do mnie do gabinetu tuż po śniadaniu, zostanie pani zabrana do sklepu po niezbędne rzeczy. Pani dormitorium znajduje się w wieży Gryffindoru, na siódmym piętrze. Hasło do portretu to "Fortuna Major". Życzę miłej nocy.
     Kiedy Ginny wychodziła z gabinetu, po raz pierwszy od kilku godzin pomyślała, że może jednak wszystko się ułoży.

layout by oreuis