poniedziałek, 18 lipca 2016

Rozdział 1 - Zmiany


Edit 2 (13.08.2017r.): Zdecydowałam jednak, że rozdziały muszą zostać poprawione, ponieważ nie mogę patrzeć na tak ogromną ilość błędów na samych początkach mego pisania. Już wkrótce zaczną pojawiać się poprawione rozdziały, wystarczy tylko trochę cierpliwości.



Ginny, zejdź na śniadanie!

Rudowłosa dziewczyna westchnęła cicho. Zamknęła swoją książkę i włożyła do kufra, który ledwo zmieścił dodatkowy przedmiot. Przez chwilę siłowała się z zamknięciem go, siadając na nim lub upychając znajdujące się wewnątrz ubrania. Po kilku sekundach poddała się i zaczęła wyrzucać podkoszulki i spodnie, uznając, że i tak nie będą jej potrzebne. W końcu, skryję to wszystko pod szkolnymi szatami. Po co ja w ogóle pakuję te ubrania?

— Ginny, idziesz, czy nie? — Usłyszała z dołu krzyk swojej mamy.

— Już schodzę!

Taszcząc swój kufer po schodach, uważała, aby się na którymś stopniu nie wywrócić. Pamiętała, jak wielokrotnie z nich spadała, a jeszcze więcej, jak się na nich potykała, uderzając czołem w drewno. Do dziś się zastanawia czy aby przy jednym wypadku nie zrobiła sobie coś z głową. Było to wysoce prawdopodobne.

— Wreszcie, myślałam, że już ci się coś stało, chociaż jeszcze rok szkolny się nie zaczął — powiedziała Molly Weasley, kiedy jej córka usiadła przy stole.

Ginny patrzyła się przez chwilę beznamiętnie na puste miejsca siedzące i po chwili odwróciła wzrok na swoją matkę. Pani Weasley westchnęła ciężko i odpowiedziała na niezadane pytanie córki:

— Tata musiał dzisiaj wyjść wcześniej do pracy. Prawdopodobnie wróci koło wieczora. Późnego wieczora. — Mówiła krótko i zwięźle tak, jak zawsze ostatnimi czasy. Brak radości w jej głosie przerażał kiedyś rudowłosą dziewczynę, lecz ta już do tego przywykła. Podczas wojny wesołość była wręcz niewskazana, niepoprawna.

Ginny wzruszyła ramionami na tę wiadomość. Nie obchodziło ją to, w końcu i tak o tej porze nie będzie jej w domu. Ale czy mogła to mieszkanie dalej nazywać domem? Nie, raczej nie. Dom kojarzył jej się z ciepłem, zabawą, śmiechem i zapachem wypieków mamy. Teraz w posiadłości Weasleyów nie było ani ciepła, ani śmiechu. Nawet Fred i George nie byli w stanie pomóc. Oni wręcz zamieszkali w swoim sklepie i rzadko kiedy wpadali w odwiedziny do rodziców. A kiedy Harry, Ron i Hermiona wyruszyli na poszukiwanie horkruksów, w tym mieszkaniu zrobiło się strasznie cicho.

Po chwili bezczynnego siedzenia, wzięła sobie kromkę chleba i posmarowała ją masłem i dżemem. Taka trywialna czynność, a jak potrafi ukoić. Kropla normalności w tym chorym świecie.

— Mam iść z tobą na dworzec? — zapytała Molly, przerywając tą nieznośną ciszę, jaka zaległa w jadalni.

— Nie, mamo. Colin będzie na mnie czekał przed peronem piątym, a potem mamy ochotę przejść się jeszcze do kawiarni. O ile to nie problem. — Uniosła brew, odgryzając kawałek kromki.

— Żaden, kochanie — westchnęła ciężko i zaczęła sprzątać po sobie naczynia i sztućce. Ginny zauważyła, że ta ledwo zjadła pół jajecznicy, którą sobie przygotowała, choć i tak jej porcja była minimalna. 

Rudowłosa dziewczyna przyglądała się przez chwilę twarzy jej matki. Widać było na niej wyraźne zmęczenie i lekką rezygnację, jakby ta wojna była dla niej już przegrana. Ginny prychnęła cicho pod nosem, lecz ze względu na stan jej rodzicielki, postanowiła sobie odpuścić komentarze. Okazałaby się wielkim nietaktem, gdyby tego nie zrobiła. A o zasadach savoir vivre i nie tylko wiedziała wiele.

— Ja już będę iść, pozdrów tatę jak wróci do domu. — Szybko pocałowała ją w policzek, nie dając jej dojść do słowa. Nie chciała wysłuchiwać kolejnych wywodów na temat tego, jakie ciężkie życie ma jej ojciec. I tak już wiele się tego nasłuchała.

Wyszła jak najprędzej z domu, ciągnąc za sobą swój kufer. Rozglądnęła się wokoło czy nikogo nie ma, a potem wyjęła ze spodni różdżkę i machnęła nią w powietrzu. Po chwili naprzeciwko niej stał wielki, fioletowy autobus, z napisem "Błędny Rycerz". Ze środka wyszedł młodzieniec, którego nie znała. Otwierał usta, żeby wygłosić standardową przemowę, lecz ona szybko powiedziała:

— Możemy sobie to wszystko na dzisiaj odpuścić? Śpieszy mi się. — Chłopak popatrzył na nią z wdzięcznością, a następnie wziął od niej kufer i zaprosił ruchem ręki do środka.

Przez chwilę szukała sobie odpowiedniego miejsca, lecz w końcu wybrała te na początku autobusu. Patrzyła z rozbawieniem, jak młodzieniec siłuje się z jej kufrem, aby tylko wtaszczyć go po schodach.

— Pośpiesz się Al, nie mam zamiaru czekać tutaj cały dzień! — wychrypiał Ernest Prang, kierowca autobusu.

Chłopak o przezwisku Al speszył się lekko i szybko wszedł do środka, stawiając kufer tuż koło Ginny. Przez chwilę dyszał ciężko, by następnie wyciągnąć szmatkę ze swojej kieszeni i przetrzeć nią czoło. 

— Co ty tam zapakowałaś, że to jest takie ciężkie? — zadał retoryczne pytanie. — Gdzie mamy cię zawieźć?

— Na dworzec King's Cross, poproszę — odpowiedziała, uśmiechając się lekko w stronę Ala.

Autobus ruszył pełnym pędem, zostawiając za sobą dom Weasleyów. Ginny musiała przytrzymać się siedzenia, żeby z niego nie spaść.

— Sześć sykli. — Dziewczyna wyciągnęła z kieszeni pieniądze i rzuciła na otwartą dłoń chłopaka. — Czekolady?

— Chętnie. — Zapłaciła kolejne trzy sykle, kątem oka zauważając wzrok Erniego. No tak, w końcu musiał się dowiedzieć, że Stan został śmierciożercą. Pewnie dlatego teraz pracuje tutaj inny chłopak. Mimo wszystko, Ginny poczuła lekkie ukłucie w sercu. Stan pracował tu od kilku lat i zdążyła się już przyzwyczaić do jego paplaniny. Ernie z pewnością też. Lubiła słuchać jego radosnych opowieści, jak to kiedyś pojedynkował się z śmierciożerczą akromantulą lub centaurem. Te historie były jej wybawieniem, odpoczynkiem od codziennego wysiłku mózgowego. Stan sprawiał, że jej wyobraźnia szalała, co chwila wyobrażając sobie sytuacje, w których uczestniczył. Mogła na chwilę uciec z tego świata, by pomarzyć o rzeczach, które ona sama chciała spełnić, ale jej się to nie uda. Mówili, że jestem po jasnej stronie i mam prawo wyboru, a sami mi zarzucają małżeństwo z Harrym, którego obydwoje nie chcemy. Czy naprawdę, Jasna Strona jest taka sama jak Mroczna? Czym w tym momencie różnimy się od tych innych arystokratycznych rodzin? Ginny skrzywiła się sama do siebie. Jak ona nienawidziła być od kogoś uzależniona.

Zauważyła, że za oknem zaczęło padać. Cudownie, pomyślała, będę musiała sobie urządzić mini biegi. Nie miała nic, co do tego rodzaju wysiłku sportowego, lecz nie lubiła biegać w deszczu. Te krople uderzające o jej ciało przyprawiały ją o dreszcze. Zawsze ją to denerwowało.

W końcu Al przyniósł jej gorącą czekoladę. Upiła łyk z kubka, który szybko ją ogrzał, patrząc na krajobraz za oknem. Uwielbiała oglądać świat, analizować go, testować na różne sposoby. Uważała, że większość ludzi nie docenia tego, jaki jest. Przecież przyroda to czysta magia, jedna z tych najprawdziwszych i najpiękniejszych. A ludzie ją bezcześcili, zanieczyszczali jakimiś odpadami. Bolało ją to, ale wiedziała, że nie może nic z tym zrobić.

Al przez chwilę próbował nawiązać z nią jakąś rozmowę, lecz marnie mu to wychodziło. Strasznie się jąkał, co niesamowicie przypominało jej o Neville'u. Rozpogodzona myślą, że już za niedługo spotka jego, Colina i Lunę, zaczęła chętniej rozmawiać z chłopakiem. 

Po paru minutach znaleźli się tuż przed dworcem. Ginny podziękowała za czekoladę, pożegnała się i, ciągnąc za sobą kufer, zaczęła dryfować pomiędzy ludźmi, szukając znajomej jasnej czupryny jej przyjaciela. W końcu stanęła przed peronem piątym, rozglądając się wokół siebie. Nigdzie nie mogła zobaczyć Colina, więc uznała, że jeszcze tutaj nie dotarł.

— Ginny!

Poczuła, jak nagle jakiś ciężar przygniata jej ciało. Odsunęła się, żeby zobaczyć, kto to taki, lecz po chwili odwzajemniła uścisk.

— Colin! Merlinie, jak tyś wyrósł przez te dwa miesiące! — Roześmiała się radośnie, patrząc na wesołą twarz jej przyjaciela.

— A ty jak byłaś karłem, tak dalej jesteś. Nic nie jadłaś podczas tych wakacji, czy co? — Zmierzył ją oceniającym wzrokiem. — Na dietę przeszłaś? Wydajesz się chudsza niż zazwyczaj — Rzucił jej podejrzliwe spojrzenie.

— Tak, bo nie miałam co innego robić, tylko się odchudzać. — Rzuciła kpiąco, przewracając oczyma.

— Dobra, dobra. — Uniósł ręce w bezbronnym geście. — Wystarczy tych babcinych gadek. Idziemy do kawiarni! Nie jadłem nic dzisiaj na śniadanie, bo musiałem się spakować, więc umieram z głodu.

— Trzeba było się wieczorem pakować, a nie na ostatnią chwilę — powiedziała z przekąsem, za co została obrzucona potępiającym spojrzeniem.

— Myślisz, że to takie łatwe, rudzielcu? Ty może miałaś czas na pakowanie, ale ja nie.

— Tak? To co takiego wczoraj robiłeś, że nie mogłeś znaleźć na to wolnej chwili?

— Jesteśmy już blisko kawiarni. — Zmienił temat, czym rozbawił rudowłosą. — Zamawiasz coś?

— Nie, bo ja w przeciwieństwie do ciebie zjadłam śniadanie i wypiłam gorącą czekoladę. — Nadała swojemu głosowi wywyższony ton.

— Długo będziesz mi to wypominać?

— Od tego w końcu jestem. 

Po godzinie Colin się już najadł, więc mogli w spokoju iść na peron dziewięć i trzy czwarte. W pewnej chwili blondwłosy chłopak raptownie się zatrzymał, przez co Ginny prawie na niego wpadła. Już miała wygłosić tyradę pod jego osobą, lecz w końcu odpuściła, widząc, w co zapatrzony jest jej przyjaciel.

Rok w rok, King's Cross był zatłoczony. Wszędzie walające się walizki, ludzie w nie wpadający, krzyki i ogólnie zamęt. Pierwszego września przejście przez dworzec było prawdziwym wyczynem.

Rok w rok Colin Creevey bał się przejść na peron dziewięć i trzy czwarte.

Rok w rok spóźniali się właśnie z tego powodu.

— Dobra, Colin, pamiętasz, że jesteś dzielnym Gryfonem, prawda? — zapytała, na co chłopak pokiwał niepewnie głową. — Jeśli tak, to pomyśl, że to jest kolejna twoja wspaniała historia, którą będziesz opowiadał wnukom, jak to odważnie przebiegłeś przez tę oto groźną barierkę. — Wskazała ręką na niewinnie wyglądający przedmiot.

— A co, jeśli ona nas przeniesie w inne miejsce? Albo się o nią roztrzaskamy? — Rzucił ukradkowe spojrzenie w stronę przeszkody. Ginny westchnęła ciężko.

— Nie, Colin, nie przeniesie nas to. Ani się o to nie roztrzaskamy. Ani nie zostaniemy okradnięci, porwani czy co tam sobie jeszcze wymyślisz — dodała, widząc jak Colin otwiera usta, by coś powiedzieć.

— Skąd wiesz? W końcu Harry i Ron się o nią roztrzaskali — rzekł z triumfem w głosie, myśląc, że ten argument ją przekona.

— Colin, widzisz gdzieś tu jakiegoś skrzata domowego?

Chłopak rozglądnął się czujnie wokół siebie, lecz nie zauważając żadnego zagrożenia, pokręcił przecząco głową.

— Świetnie, więc teraz przebiegnij przez tę cholerną barierkę, bo mam wrażenie, że jesteśmy już spóźnieni .— mówiąc to, zaczęła tupać nogą w nerwowym geście. Założyła ręce na piersi i patrzyła zachęcającym wzrokiem na przyjaciela.

— Na pewno nie jesteśmy spóźnieni — parsknął.

Ginny odwróciła się za siebie, zauważając grupkę ludzi stojących tuż za nimi.

— Dzień dobry, wiedzą państwo, która jest godzina? — Rozmowa toczona wśród dorosłych została gwałtownie przerwana jej przyjściem. Ginny przez chwilę poczuła się jak intruz, lecz to uczucie szybko minęło, kiedy pewna kobieta uśmiechnęła się do niej ciepło, pokazując jej zegarek.

— Za cztery minuty odjeżdża wam pociąg. — W oczach kobiety pojawiły się rozbawione ogniki, kiedy Ginny gwałtownie odwróciła się do przyjaciela, wymachując nerwowo rękoma.

— Colin! Mówiłam, że jesteśmy spóźnieni. Ruszaj się i biegnij przez tę barierkę albo sama cię tam przepchnę!

— Nie dam rady — jęknął, rzucając jej żałosne spojrzenie.

— Colin, ty biegniesz, ja biegnę. Dasz radę! — powiedziała z nowym zapałem w głosie.

— Lecę!

Leć!

— Dam radę! — Pobiegł w kierunku barierki, jakby od tego zależało jego życie.

Ginny odwróciła się, żeby podziękować kobiecie za pomoc. Mocno się zdziwiła, kiedy zauważyła, że ani jej, ani ludzi za nią stojących nie ma. Wzruszyła ramionami, notując w pamięci, aby podziękować jej przy najbliższej okazji.

Przebiegła przez barierkę, by po chwili znaleźć się na peronie dziewięć i trzy czwarte. Uśmiechnęła się, kiedy zobaczyła znajomy czerwony pociąg i tłumy spóźnialskich dzieci tłoczących się wokół rodzin. W końcu w domu, pomyślała.

Torując sobie drogę do pociągu, została nagle popchnięta na ziemię. Wylądowała, czując, jak jakiś ostry przedmiot wbija jej się w brzuch.

— Bardzo przepraszam! — Usłyszała piskliwy głosik koło ucha, przez który się skrzywiła.

— Nic się nie stało — stęknęła, chociaż wiedziała, że dziecko, które ją potrąciło, już odeszło. Cóż za brak wychowania!

Podniosła się powoli z ziemi, czując olbrzymi ból w każdej części ciała. Świetnie, będę miała siniaki. Wyciągając z kieszeni przedmiot, poczuła dziwne przepychanie, podobne do tego podczas teleportacji. Skrzywiła się z niesmakiem na to wspomnienie. Nienawidziła teleportacji.

Tym małym przedmiotem okazał się zegarek. Widać było, że czas go nie oszczędził; schodzące powoli złoto, lekko przekrzywiona wskazówka i powoli zmywające się cyfry wyraźnie na to wskazywały. Zegarek musiał być naprawdę drogi i stary, sądząc po jego starodawnym wyglądzie. Przez chwilę rozglądała się wokół, patrząc czy nikt nie szuka zagubionej rzeczy. Nie znajdując nikogo takiego, ruszyła do wejścia pociągu, tarmosząc kufer.

Kiedy znalazła się w środku, szukała przedziału, w którym mógłby siedzieć Colin. Nie mogła go odnaleźć, więc zajęła im jakiś, w którym nikogo nie było. Wciągnęła kufer na półkę i położyła się na siedzeniu, całkowicie się odprężając. Zamknęła oczy, marząc o tym, aby była już w Hogwarcie. Nie mogła doczekać się powrotu do tego miejsca, od którego biła magia.

W zamku już wszystko będzie dobrze, pomyślała zanim usnęła.
layout by oreuis