czwartek, 29 grudnia 2016

Rozdział 13 (2) - Tom Marvolo Riddle


Przód, tył, bok, obrót.
Ginny zakręciła się wokół własnej osi. Suknia zafalowała, a buty stuknęły naraz w podłogę.
— Przód, tył, bok, obrót. I jeszcze raz.
Kolejny raz się obróciła. Świat zamazał się, jakby malarz chlusnął farbą wprost na płótno, tworząc unikatową mieszankę barw.
— Stop.
Zatrzymała się w pół kroku. Uścisk na jej biodrze wzmocnił się.
— Możemy ruszać dalej.
Ginny poruszała się w takt rytmu. Muzyka dochodziła zewsząd, otaczając ją ciepłymi ramionami. Jedyne, co się nie zmieniało, to spokój z niej płynący.
Wiedziała, że to niepoprawnie tańczyć z wrogiem. Jednakże nie był on w żaden sposób niebezpieczny – nie w tej odsłonie. To on prowadził w ich relacji, a jednak jej to nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie, czuła, że może w końcu odetchnąć od ciągłego przewodniczenia w prawdziwym świecie. I to było tak niezwykłe uczucie, tak pełne, że całkowicie mu się poddała.




Następnego dnia obudziła się w wyśmienitym nastroju. Tanecznym krokiem popędziła do łazienki, ubrała się w jak najcieplejsze i najbardziej świąteczne ubranie, jakie posiadała w szafie oraz zbiegła do Pokoju Wspólnego. Naraz zatrzymała się w pół kroku i z ogromnym uśmiechem na twarzy przeczesała wzrokiem choinkę stojącą w kącie pokoju. Promieniowała czerwonymi i złotymi kolorami, przystrojona w te same kolory bombek. U czubku znajdowała się ogromna gwiazda, która pomimo wielkości, nie zaważyła na tym, że całe drzewko spadnie. Tuż pod nim znajdowała się kupa prezentów, zapakowanych w różnobarwne papiery.
Ginny podeszła do choinki i wpatrując się w podarunki, uklęknęła na podłodze. Poczuła zapach lasu wydobywający się z drzewka. Przez tę krótką chwilę pomyślała, że znajduje się w Zakazanym Lesie i zwiedza go na wskroś, jak to często robiła.
Rozpakowała pierwszy prezent z brzegu. Popatrzyła na karteczkę do niego dołączoną, która była w kolorze żółtym. W środku znajdował się tylko napis "Mam nadzieję, że ci się spodoba – Syriusz". Ginny mimowolnie uśmiechnęła się.
Pierwszym co zauważyła, był granatowy kawałek materiału, idealnie prosty, bez żadnego wgniecenia. Dopiero kiedy wzięła go do ręki, okazało się, że jest to koszula, o którą kiedyś go prosiła.
"Pamiętał o tym?", pomyślała, czując miłe uczucie rozchodzące się po jej klatce piersiowej.
Koszula była wykonana z przyjemnego materiału. Musiała być droga, jak Ginny wywnioskowała. Lekka w dotyku i posiadała kieszonki na piersiach. Na niej znajdował się jakiś czerwony znaczek, który był logiem firmowej marki.
Ginny zerknęła jeszcze raz na karteczkę. Po wcześniejszym napisie nie było już śladu, gdyż pojawił się kolejny, który głosił, że jest to jedna z ulubionych koszul Syriusza. Chłopak prosił również o jej dobre traktowanie, ponieważ miał do niej pewien sentyment. "Chciałbym cię w niej kiedyś zobaczyć", dopisano na końcu. Ginny parsknęła tylko śmiechem i pokręciła rozbawiona głową.
"Och, Syriuszu. Samym prezentem sprawiłeś mi ogromną przyjemność."
I mogła szczerze przyznać, że to jak na razie najbardziej trafiony podarunek, jaki kiedykolwiek dostała.




Ginny niecierpliwie oczekiwała, aż ktoś znajomy wejdzie do Pokoju Wspólnego. Dzisiaj był dzień powrotu uczniów do zamku po udanych świętach. Jak na razie spotkała kilku Gryfonów, lecz żaden z nich nie był jej przyjacielem. Dlatego stała tuż przed wejściem, czekając na kogokolwiek.
Po chwili zauważyła, że przez dziurę pod portretem przechodzi Syriusz. Miał przylepiony do twarzy uśmiech, który nieznacznie powiększył się, kiedy zauważył Ginny.
— Syriusz! — krzyknęła radośnie i przytuliła go.
— Też się cieszę, że cię widzę, mała. — Oddał uścisk. — Nic się nie zmieniłaś przez te święta. Wciąż przygniatasz ludzi niczym żubr.
— Jedna z tradycji rodzinnych, która oznacza, że kogoś lubimy.
— Tylko lubimy? — jęknął. — A liczyłem na coś więcej.
Ginny parsknęła śmiechem i poprowadziła Syriusza na kanapę.
— A gdzie jest James? — zapytała. — Przyjechałeś bez niego?
— Już myślałem, że nigdy tego nie zauważysz — sarknął. — Poszedł jeszcze do toalety. Powinien zaraz wrócić.
Ginny kiwnęła głową na znak zrozumienia.
— Opowiadaj, jak było.
— Tak, jak zwykle. Rodzice Jamesa przygotowali świetne święta, dawno się tak nie ubawiłem. Poza tym, pani Potter ugotowała pyszne ciasto dyniowe. Lepsze niż te z Hogwartu.
Ginny uśmiechnęła się lekko.
— Wiem coś o tym. Moja mama była doskonałą kucharką, nic nie potrafiło przebić jej przysmaków.
— Resztę świąt jakoś przetrwaliśmy w spokoju. No, oprócz Sylwestra, na który zleciała się połowa rodziny Jamesa.
— Ogólnie to udane święta?
— Jak najbardziej. — Wyszczerzył zęby. — Będziesz musiała poznać rodziców Jamesa. Dostałaś zaproszenie do nich na wakacje.
— Opowiadaliście im o mnie? — Zdziwiła się.
— A dlaczego nie?
— Po prostu... — zacięła się. — Nie sądziłam, że aż tak mnie polubicie. Wiesz, to ten etap, w którym poznaje się opiekunów przyjaciela, czyli... sam rozumiesz.
— Dawno James nie opowiadał o kimś z takim ożywieniem. To był jasny znak, że bardzo cię polubił. — Mrugnął do niej.
— Dokładnie. — Ginny podskoczyła przestraszona. Odwróciła się na siedzeniu i zauważyła, jak za kanapą stoi James, trzymając w rękach kufry. — Syriuszu, mógłbyś wziąć jeden z nich?
Syriusz mruknął coś pod nosem i wziął od Jamesa kufer. Po chwili został zawalony drugim, ponieważ James rzucił się, aby przywitać Ginny.
— No chodź tu, Gin. — Wziął ją w ramiona, ściskając z całej siły. — Stęskniłem się za tobą. — Uśmiechnął się szeroko.
Ginny zaśmiała się krótko. Nie dała rady uwolnić swoich rąk, przez co boleśnie wrzynały jej się w boki.
— Ja też, James, ale mógłbyś mnie puścić? To trochę boli.
Chłopak odsunął się od niej, wciąż szeroko się uśmiechając. Wziął od Syriusza obydwa kufry z zamiarem zaniesienia ich do dormitorium.
— Teraz wiesz, jak ja się czuję — rzucił Black, patrząc na nią sarkastycznie spod opadającej grzywki.
Ginny tylko przewróciła oczami. James zdążył już otworzyć drzwi do dormitorium, kiedy naszła ją pewna myśl.
— On nosi twój kufer?
— A jak myślisz?
— Myślę, że jesteś niemożliwy.




Huncwoci wraz z Lily, Mary i Ginny siedzieli na swoich stałych miejscach. Każdy z nich zajęty był rozmową z najbliższymi osobami, tworząc przy tym ogromny szmer. Poza nimi w Pokoju Wspólnym znajdowała się większość Gryfonów, którzy omawiali święta spędzone z rodziną.
Ginny wygodnie oparła się o oparcie kanapy. Westchnęła cicho z przyjemności, czując dreszcze przebiegające po jej głowie. Uwielbiała, kiedy ktoś bawił się jej włosami. Miała wtedy uczucie błogości i zrelaksowania.
— Tylko nam tu nie odleć — rzekł rozbawiony Syriusz.
— Zepsułeś chwilę — jęknęła.
Owinął sobie kosmyk włosów wokół palca. Ginny przymknęła oczy, chcąc, aby to trwało wieki.
— Możesz nie przestawać — oznajmiła już normalnym głosem.
— Nie zamierzam.
Ginny przez zaciśnięte oczy mogła wyobrazić sobie, jak się wesoło uśmiecha.
Jeszcze przez długi czas siedzieli, wsłuchując się w rozmowę reszty. Stopniowo się ściszały tak, jak inne szmery dochodzące wokół.
Aż nagle głowa Ginny gwałtownie opadła na dół.
— Usnęła? — zapytała cicho Lily.
— Na to wygląda — mruknął Syriusz.
Chuchnął przez swoje usta, ponieważ włosy Ginny nieprzyjemnie drażniły jego nos. Naprawdę nie miał zamiaru kichnąć jej do ucha właśnie z tego powodu.
— Pomóc ci przenieść ją do dormitorium?
— Dzięki za chęci, Peter, ale nie trzeba. Jeszcze byśmy ją obudzili.
— No i co z tego? Zaprowadzilibyśmy do łóżka, a tam by mogła spokojnie dalej spać.
Syriusz westchnął ciężko.
— To tak nie działa, Peter — powiedziała Mary z lekką naganą w głosie. — A poza tym nie sądzę, żeby Syriusz planował zabrać ją ze swojego ramienia. — W jej głosie wyczuwalna była nutka kpiny.
Chłopak spiorunował ją wzrokiem.
— Syriuszu, każdy widzi, co się kroi. Nie musisz przed nami tego ukrywać.
Reszta pokiwała zgodnie głową. Lily aż dostała rumieńców z podekscytowania, choć Syriusz bardziej podejrzewał, że to z powodu tego, iż James trzyma za nią na oparciu ramię. Zastanawiał się, co może być w tym takiego podniecającego. Nawet się nie dotykali.
"Najwyraźniej kobiety podekscytują się nawet pustą przestrzenią", stwierdził w myślach.




Witam!
Jak minęły święta? U mnie wyśmienicie. Od wakacji się tyle nie najadłam.
Jak było wspominane, rozdział miał być podzielony na dwie części. Teraz widzę, iż ta część wyszła strasznie krótka, gdyż dopiero 6 stron. Można uznać to za krótkie uzupełnienie poprzedniego :D
Polecacie mi może jakieś fanfiction? Ostatnio cierpię na ich brak, gdyż już większość zostało przejrzanych. Prosiłabym głównie o te napisane po polsku (tłumaczenia mogą być jak najbardziej), ponieważ z angielskim to jeszcze u mnie cienko. Przeczytam wszystko, o ile nie jest to Sevmione, Snarry czy cokolwiek innego, gdzie głównym pairingiem jest coś z Severusem.
Zauważyłam, że strasznie często zmieniam szablony. No ale co poradzić, w takich kwestiach jestem typową kobietą xd Więc obwieszczam, że w przeciągu dwóch tygodni pojawi się kolejny szablon B)
Szampańskiego Sylwestra!

piątek, 23 grudnia 2016

Rozdział 13 (1) - Tom Marvolo Riddle



Z dedykacją dla niecierpliwej lady Delphie B)

Po tygodniu usilnych przekonywań, Ginny w końcu udało się namówić Syriusza do wyjazdu na święta do domu rodziny Potter. W ostatnim momencie James zauważył jej żałosne spojrzenie i zdecydował się pomóc jej wyperswadować Syriuszowi ten głupi pomysł z głowy, żeby zostać w zamku. W pewnej chwili Ginny zauważyła, że James zamierza uciec się do rękoczynów. Szybko powstrzymała go od tej myśli, o mało samej nie używając różdżki. Chciała nawet pójść do pani Pomfrey o środek uspokajający dla chłopaka, który wyraźnie się nakręcił. Harry w porównaniu do swojego ojca był wręcz oazą spokoju. 
Wraz z tym wspomnieniem na jej twarz wypływał lekki uśmiech. Syriusz był bardzo uparty, dokładnie taki sam, jakiego pamiętała w przyszłości. Tylko że ten za dwadzieścia lat nie był aż tak naiwny i dziecinny, ale za to dorosły i spostrzegawczy. Nic nie umykało jego oczom ani uszom, nawet najdrobniejsze szczegóły. Wtedy Ginny podziwiała go za swoją postawę. Teraz zastanawiała się, jak ze zbuntowanego, radosnego dzieciaka, wyrósł na poważnego mężczyznę. Czy śmierć Lily i Jamesa tak doszczętnie nim wstrząsnęła? Oczywiście Ginny wiedziała, że to był szok i wielka rozpacz. W końcu James był jego najlepszym przyjacielem. Nie zapominając też o Azkabanie, który musiał wywrzeć wielki wpływ na niego. Ale już w siódmej klasie wyglądał na doroślejszego i poważniejszego. Czy to przez wiek, czy coś innego?
Takie myśli nawiedzały ją za każdym razem, kiedy patrzyła na twarz chłopaka. Wręcz co chwilę się na niego natykała, jakby był jakąś zmorą, która próbuje ją nawiedzić. Wyskakiwał w najdziwniejszych chwilach zza jej pleców, choć mogłaby przysiąc, że żadnych kroków nie słyszała. Potem zaczynali standardową rozmowę o pogodzie, powoli przechodząc do konkretów. I tak za każdym razem, od rzeczy mniej ważnych, do tych bardziej. Dla Ginny była to jak zabawa w kotka i myszkę.




      Nadszedł w końcu dzień wyjazdu do swoich rodzin na święta. Ginny stała w Hogsmeade opatulona grubym, czerwonym szalem, ubrana w czarną puchową kurtką oraz szarą czapkę, którą miała założoną na głowę. Mimo wszystko było jej niesamowicie zimno.
Przestąpiła z nogi na nogę i rozejrzała się wkoło. Cała stacja zapchana była krzyczącymi na siebie uczniami z różnych domów. Niscy pierwszoroczni ginęli w tłumie wyższych uczniów. Co chwilę potykano się o kufry poustawiane w najróżniejszych miejscach. Kilkoro dzieci biegało, przepychając się pomiędzy innymi, nawet ich za to nie przepraszając. Ginny również została przez nich potrącona. Mary w ostatniej chwili złapała ją za ramię, nim się przewróciła. Weasley niezgrabnie wyprostowała się, po cichu wyszeptując przeprosiny.
— Uwielbiam ten coroczny tłok — powiedział z entuzjazmem Syriusz, rozglądając się koło siebie. — Zawsze czuć wtedy tę magię świąt.
Wszyscy mruknęli coś na potwierdzenie, nawet nie zastanawiając się długo nad tym, co Gryfon rzekł. Chcieli po prostu wsiąść do pociągu i jak najszybciej dojechać do swoich domów lub, tak jak Ginny, usiąść przed ciepłym kominkiem w Pokoju Wspólnym.
— Och, no co wy. Naprawdę tego nie widzicie? Wyglądamy jak jedna, wielka, wspaniała rodzina. — Otoczył ramionami najbliżej stojących Petera i Lily, którzy tylko wykrzywili twarz.
— Jeśli jeszcze raz mnie tkniesz, dostaniesz nieprzyjemną klątwą — ostrzegła go Lily.
— A ja po świętach wkopię cię w trzymiesięczny szlaban — dodał Peter.
— Z chęcią ci w tym pomogę, Pete — zgodził się James.
— Jesteście okropni — prychnął Syriusz. — Nie będziemy się widzieć przez dwa tygodnie. Sprawiajcie chociaż wrażenie szczęśliwych z naszych ostatnich wspólnych chwil.
— Doprawdy, Syriuszu, bardzo się cieszymy z tego, że cię szybko nie spotkamy — powiedział uszczypliwie Peter.
Wszyscy jak na znak roześmiali się zgodnie. Jedynie Syriusz się bardziej nachmurzył.
— Oczywiście będziemy wysyłać do siebie listy, tak? — zapytała Mary, po kolei na każdego patrząc z wyczekiwaniem.
— Skądże znowu. Mamy ciekawsze rzeczy do robienia, niż męczenie sowy — rzekł sarkastycznie Remus.
Mary trzepnęła go w ramię. Po chwili na stację wjechał pociąg, wydając z siebie ogłuszający dźwięk. Ginny skrzywiła się na to mocno. Nawet po dwudziestu latach nie rzucono na to zaklęcie wyciszające.
Uczniowie zaczęli wpychać się do środka. Ginny ponuro oglądała, jak malutkie dzieci przechodzą pomiędzy nogami starszych nastolatków. Jedno z nich nawet potrąciło pewnego Krukona, który o mało co nie wywrócił się na śnieg. Jakiś inny chłopak pomógł mu utrzymać się w pionie.
— Co roku jest zawsze tak samo — powiedziała Lily ze skwaszoną miną. Po chwili jednak odzyskała rezon i obróciła się do nich twarzą. Uśmiechnęła się i rozłożyła szeroko ramiona, jakby miała ochotę wszystkich przytulić. — Będę za wami tęsknić. Piszcie często, żebym nie nudziła się w te święta. Przysięgam, jeśli Petunia wejdzie do mojego pokoju bez pozwolenia, uderzę w nią klątwą.
Lily zaczęła podchodzić do każdego i składać im wylewne życzenia na święta; "nie przypal ciasta w piekarniku, Mary", "oby spotkanie z rodziną wam się udało" oraz wiele więcej. Ginny przypatrywała się temu, jak każdego przytula albo, tak jak Mary, całuje w policzek. Była taka pełna życia i radości, co było spowodowane jej spotkaniem z rodzicami. Nawet nie omieszkała się wytarmosić samą Weasley. Potem żwawym krokiem weszła do pociągu, wcześniej szepcząc coś Mary do ucha.
Ginny poczuła, jak ktoś puka ją w ramię. Odwróciła się i zobaczyła tam Jamesa, który już po chwili przyciągnął ją do przytulenia. Weasley na początku jęknęła ze zdziwienia, ale już po chwili odwzajemniła uścisk.
— Wesołych świąt, Gin — szepnął jej James.
Ginny zacisnęła pięści na jego kurtce, jakby nie miała zamiaru go puścić.
— Nawzajem, Jim.
Odsunął się od niej powoli i z ciepłym uśmiechem na twarzy pożegnał się, a potem wszedł do pociągu.
Następnie pożegnała się z Remusem i Syriuszem. Przy Lupinie nie obyło się bez prośby o zachowanie bezpieczeństwa w sprawie zbierania notatek dotyczących podróżowania w czasie. Ginny jednak nie miała zamiaru robić czegokolwiek w tym kierunku; chciała spędzić te święta na obijaniu się oraz wypoczywaniu od całego tego harmideru. Nawet uzgodniła z Tomem, żeby przez ten okres zaprzestać prowadzenia lekcji czarnej magii.
Pociąg w końcu wyjechał ze stacji. Z okna maszyny wychyliła się głowa Jamesa, który pomachał jej na pożegnanie. Ginny z lekkim uśmiechem odmachała mu i tak dopóki powóz nie zniknął jej z widoku. Dopiero po tym odeszła w stronę zamku powolnym krokiem, podziwiając zimowe krajobrazy.



Nigdy wcześniej nie opowiadałeś mi o swoim dzieciństwie.
Ginny i Tom siedzieli w Pokoju Wspólnym, rozmawiając na przeróżne tematy, począwszy od prezentów świątecznych, kończąc na marzeniach związanych z przyszłością. Tak naprawdę ta rozmowa dotyczyła tylko Ginny, ponieważ Tom, jakkolwiek by nie chciał, prezentów i marzeń posiadać nie będzie.
Riddle uniósł jedną brew do góry. Ginny zawsze przypominało to te mugolskie filmy, w których zgarbione postacie z zaplecionymi dłońmi omawiają jakiś niebezpieczny plan. Zazwyczaj byli to zbuntowani lub nauczeni przez życie ludzie, którzy walczą o lepsze czasy. Tom akurat nie zaliczał się do ani jednego z tych typów.
— Doprawdy nie musisz o tym wiedzieć, Weasley. Moje życie było wielką linią porażek, które przeplatały się jedna przez drugą.
— Doskonale wiem, że inne dzieci znęcały się nad tobą w sierocińcu, Tom. Przez przypadek kiedyś o tym wspomniałeś.
— Tu nie tylko o to chodzi. — Przewrócił oczami. — Bardziej tak, jak wcześniej mówiłaś, o te niespełnione marzenia, które zostały pogrzebane przez mugoli. — Skrzywił się, wypowiadając ostatnie słowo.
— Nie może być przecież tak źle, Tom. — Spróbowała poprawić mu humor.
Riddle spiorunował ją wzrokiem. Najwidoczniej próba została zakończona niepowodzeniem.
— Nie wychowałem się w szczęśliwej rodzince czarodziejów, którym tylko dzieci na głowie, Weasley. Rzeczywistość potrafi być gorsza niż ci się wydaje.
— Doskonale wiem, jaki jest świat. Przekonałam się o tym dzięki tobie na pierwszym roku — rzekła uszczypliwie.
— Przerabialiśmy to już wiele razy, Weasley. Nie moja wina, że byłaś naiwnym dzieckiem, które jak głupie poszukiwało przyjaciół. Sami znaleźliby się bez twojego wysiłku. A jeśli już tak bardzo ci na tym zależało, mogłaś zaufać pierwszej lepszej osobie, a nie jakiemuś wspomnieniu z dziennika.
— Wydawałeś się prawdziwym człowiekiem z ukształtowanym charakterem i barwną przeszłością. — Próbowała się jakoś wytłumaczyć.
— A jednak jestem i zawsze będę tylko wspomnieniem, które, masz rację, jest odzwierciedleniem prawdziwej postaci. Lecz prawdziwy Tom Riddle ma już ponad siedemdziesiąt lat, będąc przezywanym najpotężniejszym czarnoksiężnikiem o imieniu Lord Voldemort.
— Przecież ty się całkowicie różnisz od Lorda Voldemorta. — Zmarszczyła nos. — On jest szalony, a ty wciąż przy zdrowych zmysłach.
— Nie ja, tylko Tom Riddle — westchnął niecierpliwie i przeczesał włosy dłonią, choć te i tak były w nienagannym wyglądzie. — Ja jestem zmorą Toma. Posiadam jego pamięć, zachowania, przyzwyczajenia, ale nie prawdziwą osobowość. Potrafię myśleć jak on, przewidywać przyszłe ruchy i skutki, lecz nie dam rady nic z tym zrobić. Podobne do echa.
— Czyli to oznacza, że nie wiesz, co takiego wydarzyło się, kiedy miałeś przykładowo siedemnaście lat?
Tom pokręcił przecząco głową.
— Moje wspomnienia zatrzymały się w okresie tworzenia horkruksa. Nie mam nawet zielonego pojęcia, co takiego zrobiłem, a raczej zrobił prawdziwy Tom po zaszczepieniu duszy w dziennik. Ukryłem go gdzieś w szafce? A może nosiłem wszędzie ze sobą? Naprawdę nie wiem. Mam ogromną pustkę w głowie po tym momencie.
Ginny pokiwała się na kanapie i oplotła ramionami kolana. Czuła, jak Tom powoli męczy się z tymi wyjaśnieniami, ponieważ one należą do tych najbardziej nużących. A jednak Ginny była podekscytowana tym, że cokolwiek dowie się o, ostatnio, najbardziej pomagającej jej osobie. Gdyby nie on, już dawno przepadłaby w odmętach czasu.
— Potrafisz przywoływać dawne wspomnienia? — zapytała zaciekawiona. — Dałbyś radę pokazać je w mojej głowie?
Tom zawahał się, zanim znowu pokiwał głową.
— Jednym z elementów naszej umowy było częściowe danie mi wolności w sprawie mojego, jakkolwiek by nie było, bytu.
— Niezbyt to zrozumiałam, jeśli mam być szczera.
— Zgodziłaś się na coś, nie wiedząc, jakie to będzie miało konsekwencje? — Tom uniósł brew. — Nie tego się po tobie spodziewałem, Weasley.
Ginny machnęła na to zbywająco ręką.
— Chciałam mieć ten punkt za sobą, żebyśmy szybciej doszli do sedna. Och, Tom, nie patrz tak na mnie. Każdemu się zdarza.
— Uważałem cię za roztropną dziewczynę — mruknął tak cicho, że nie udało jej się dosłyszeć.
— Więc jak będzie? Pokażesz mi jedno?
— Nie sądzę, żebyś chciała to oglądać. — Skrzywił się.
Ginny przewróciła oczami.
— Jestem dużą dziewczynką, Tom. Dam sobie radę. — Założyła ręce na biodra.
W pokoju głośno zahuczało od wiatru, który jak szalony powiewał na zewnątrz. Kojarzyło się to z Gryfonką, która, tak samo jak on, zmieniała swoje maski, nadlatując to raz z jednej strony, to z drugiej. I jeden silny ruch potrafiłby zniszczyć wszystko, co mu stawało na drodze do upragnionego celu. Niezależny, potężny i niszczycielski, jak Ginny. Z początku łagodna i pocieszająca, a na końcu jak huragan. Jednak Tomowi wydawało się, że gdzieś po drodze zgubił porównanie tych dwóch zjawisk, które same w sobie były nienaturalne.
Tom zastanowił się, czy aby na pewno chce pokazać Ginny swoje prawdziwe życie. Jemu samemu wydawało się ono niezwykle okrutne. Nie wiedział jednak, jak ona mogłaby na to zareagować, ponieważ miała równie spaczone rozumowanie, co on. Potrafiła w jednym momencie śmiać się szczerze, prosto z serca, a w drugim skrzywdzić kogoś bez wyraźnego powodu. Oczywiście sens tego był ukryty gdzieś głęboko w jej umyśle, w miejscu, do którego nawet on nie miał dostępu. Czasami obawiał się go, gdyż to właśnie tam tworzyły się najważniejsze myśli Gryfonki, które bywały naprawdę niebezpieczne nie tylko dla innych osób, ale i dla niej samej. Tom był uzależniony od Ginny, więc jakakolwiek krzywda wyrządziłaby się jej, on także oberwałby swoim kosztem. Ufał jej w sprawie bezpieczeństwa, jak i kilku innych rzeczach, o których nigdy nie pomyślałby zaufać, lecz miało to swoje granice. A one dość często były naginane tylko dla własnych zachcianek.
Decyzję podjął błyskawicznie. Nie miał wiele do stracenia. Bardziej ona, gdyby przez przypadek coś się wydarzyło.
— Kiedy jeszcze nie wiedziałem, że jestem czarodziejem — zaczął — chciałem zostać pilotem. To było moje największe marzenie, odkąd skończyłem sześć lat. I patrząc na to z perspektywy czasu, wiem, że to było wręcz niemożliwe, aby latać swoim własnym samolotem.
— Dlaczego? — zapytała zaciekawiona.
Tom skrzywił się.
— Mugolskie dzieci z sierocińca postanowiły zepchnąć mnie z klifu.
— Co takiego?! — krzyknęła, gwałtownie wstając ze swojego siedzenia.
Zepchnąć z klifu. Zrzucić wprost w rozszalałe morze. Zabić niespełna jedenastoletniego chłopca.
— Siadaj, Weasley. Mówiłem, że nie chcesz tego widzieć.
— Widzieć? Chcesz mi to jeszcze pokazać? — spanikowała.
— Tak myślałem — mruknął pod nosem, a potem dodał już głośniej: — Czyli to był zły pomysł, żeby ci o tym mówić.
— Nie, nie, nie — zaoponowała szybko. — Chodziło mi o to, że te dzieciaki były... okrutne. Nawet Voldemort nie uciekłby się do takiej rzeczy.
Tom wzruszył obojętnie ramionami.
— Nie obchodzi mnie on. Mam swoje własne problemy, z którymi muszę się uporać. Więc chcesz to zobaczyć?
Ginny przełknęła ciężko ślinę. Oczywiście, że pragnęła poznać przeszłość Toma, niezależnie na to, jaka by ona nie była. Jednak to wszystko wydarzyło się zbyt szybko. Zaufanie, które budowała z niektórymi przez miesiące, teraz przyszło w trymiga, jakby w zapomnienie odeszło wspomnienie z pierwszej klasy. Z drugiej strony paliła się do zdobywania wiedzy oraz odkrywania tajemnic, niezależnie jakiej maści; czy to o osobach, przedmiotach, czy miejscach. I gdyby nie to, zapewne już zawsze byłaby zamkniętą w sobie dziewczyną, niezdolną do głębokiej przyjaźni opartej głównie na zaufaniu.
— Chciałabym — oświadczyła po krótkim przemyśleniu.
— Jesteś tego pewna? — Tom uniósł brew.
— Jak wszystkiego, czego dokonuję.



Po chwili znaleźli się nad ogromnym klifem. Z dołu spienione fale obijały się o skały, niby atakując je zaciekle. Daleko stamtąd można było dostrzec las; gęsty, mocno zazieleniony, zarośnięty przez krzaczki z owocami i drzewa iglaste. Gdyby dało się na nie wspiąć, wokół rozpościerałby się piękny widok morza, głazów i czegoś na wzór malutkiej plaży ukrytej w najciemniejszym kącie tego miejsca. Było ono wręcz stworzone dla jej duszy, która zakochała się już od pierwszego wejrzenia w tym otoczeniu. Zewsząd otaczała ją magia tej okolicy.
Ginny, gdyby tylko mogła, zostałaby tu już na wieki. Stanęła jak słup soli, chłonąc wzrokiem wszystko wokół siebie.
— Nie czas na podziwianie widoków, Weasley. — Wyrwał ją z oczarowania Tom. — Pamiętaj po co tu przyszliśmy.
— Już idę — burknęła.
Pospieszyła za Tomem. Poprowadził ją tuż nad klif, przez co Ginny musiała uważać, żeby z niego nie spaść. Jej rzadko objawiający się lęk wysokości właśnie dał o sobie znać, kiedy poczuła, jak grudka ziemi osuwa się spod jej nóg. W ostatnim momencie cofnęła się do tyłu, aby nie spaść z tak dużej wysokości.
Przeszli parę metrów, po których Ginny zauważyła wyraźnie zarysowany kształt czyjegoś ciała. Kiedy podeszli bliżej, mogła mu się bliżej przyjrzeć. Było to młode dziecko o wychudzonym ciele i wiszących na nim ubraniach. Brunet machał nogami, siedząc tuż nad przepaścią. Rwał trawę i wyrzucał w powietrze, jakby chciał dorzucić do rozszalałego morza.
— Kto to jest? — zapytała cicho Ginny, nie chcąc przeszkadzać chłopczykowi.
— Zaraz się przekonasz — rzekł takim samym tonem Tom.
Więc czekali, aż coś się wydarzy. Wsłuchali się w szum wiatru oaz wpatrzyli w ciemne chmury, osadzone wysoko na niebie. Nie rozmawiali ze sobą, ponieważ w ogóle nie odczuwali potrzeby – wszystko tutaj było idealnie dopasowane, tak, że nie potrzeba było żadnych słów.
Do ust cisnęło jej się wiele pytań; jak Tomowi udało się przenieść do jego wspomnień, bo dalej nie wierzyła, że jest on zmorą samego siebie, co się zaraz stanie oraz wreszcie kim jest ten chłopiec siedzący samotnie nad klifem. Pragnęła wiedzieć, pragnęła poznać wszystko, co związane z jej towarzyszem niedoli, ale wiedziała, że to nie jest na to odpowiedni moment. Teraz mogła tylko oczekiwać na dalsze wydarzenia, ćwicząc przy okazji swą cierpliwość.
Do głowy przyszła jej myśl, jak zareagowaliby Colin i Neville na wieść, że brata się z wrogiem. Nie byliby zadowoleni, oj nie. Jednak gdyby wytłumaczyła im, że Tom to nie jest Lord Voldemort ani, jakkolwiek by nie było, prawdziwy Riddle, to może zrozumieliby intencje, jakie nią kierowały. I choć obecnie żadnych takich nie posiadała, to przecież wymyśliłaby coś. Miała masę czasu na obmyślenie wszystkich planów związanych z przeniesieniem się w czasie, to i drobne kłamstwo też nie zaszkodziłoby. Tak często z nim obcuje, że już przyzwyczaiła się do mówienia nieprawdy.
Drugim problemem mogło być to, że oni rozszyfrowaliby ją w trymiga. Znają Ginny jak mało kto, żaden szczegół im nie umknie, o ile jest to z nią związane. Wiele razy jej pomagali w różnorodnych sprawach, takich jak rodzina, nauka czy ta dziwna natura, która czasami z niej wychodzi. I tu nie chodziło o buntowanie się, tylko o coś o wiele poważniejszego – pociąg do czarnej magii. Łatwo chłopcy eliminowali te chęci, jakby były nieszkodliwą przeszkodą. Nie zawsze tak było, przynajmniej nie w przypadku Neville'a. On czekał z ciekawością na dalsze ruchy Ginny.
Nad pomniejszymi sprawami się nie zastanawiała. Tom był w tej chwili ważniejszy. Teraz tylko on się liczył.
Nagle usłyszała kilka głosów dobiegających z daleka. Potem na horyzoncie pojawiła się trójka dzieciaków; dwóch chłopców i jedna dziewczynka. Szatyn, który szedł na przedzie był zbyt pewny siebie. Zapewne lider ich grupy, pomyślała Ginny. Podeszli oni z wolna do siedzącego chłopczyka, a z każdym krokiem ich rozmowy cichły.
— Nienawidziłem, jak ludzie tak robili — rzekł ze skrzywieniem Tom.
Ginny rzuciła na chwilę na niego okiem, lecz zaraz wróciła do obserwowania dziejącej się przed nią sceny.
Kiedy trójka dzieci stanęła za chłopcem, jakakolwiek rozmowa została nagle przerwana. Malutki chłopiec starał się nie zwracać uwagi na to, że ktoś dyszy mu w kark; dalej machał nogami i rwał trawę. To jednak nie mogło trwać długo, ponieważ nieznana Ginny jasnowłosa dziewczynka zaczęła okazywać pierwsze oznaki zniecierpliwienia. Powstała zmarszczka na jej czole, a noga niecierpliwie tupać o ziemię.
— Coś się stało? — zapytał leniwie brunet.
Blondynka prychnęła cicho. Chłopiec wstał ze swojego miejsca i arogancko otrzepał swoje ubranie. Ginny zauważyła, że robi to specjalnie, żeby tylko zdenerwować pozostałą trójkę. Tak naprawdę był zupełnie czysty, choć tylko spodnie miał ubrudzone. Całą swą postawą uświadamiał, że jest on lepszy od nich, nawet po sposobie mówienia. I nawet gdyby nie chciała, Ginny skojarzyło się to z nią samą, kiedy dopiero co trafiła do Hogwartu.
— Przyszliśmy po naszą rzecz, którą zabrałeś — powiedział pewnie przewodniczący, prostując swoje plecy i rozstawiając nogi.
Brunet podniósł leniwie brew. Poprawił jeszcze rękawy swojej bluzki i dopiero wtedy zwrócił na nich swój wzrok.
— Nie rozumiem, o co wam chodzi.
— Doskonale wiesz, dziwaku — warknęła dziewczynka. — Pamiętasz jeszcze żółwia Aarona? Trzymaliśmy go w pokoju Franka, przy oknie.
Chłopcowi zadrgał kącik ust. Równie szybko na nowo założył twarz arogancką maskę.
— Oczywiście, to ten, którym cały czas się chwaliliście, że złapaliście przy stawie. — Uśmiechnął się kpiąco. — Znam go. Miesiąc temu ugryzł cię w palec, czyż nie?
Dziewczynka zacisnęła ze złości pięści. Ginny za to dość mocno rozśmieszyło – zachowywała się jak Hermiona za każdym razem, kiedy wykłócała się z Nevillem albo z Weasley. Mieli kompletnie różne spojrzenia na świat, dlatego każda kłótnia kończyła się wymianą klątw albo trzaskaniem drzwiami.
— To nie jest w tym momencie ważne — rzekł odważnie pewien szatyn. Zasłonił rękami swoją przyjaciółkę i naprężył dumnie pierś.
— Doprawdy, Aaron, myślałem, że masz lepszy gust. — Brunet zlustrował znudzonym wzrokiem parę znajomych.
Chłopak nazwany Aaronem otwierał i zamykał usta, jakby był rybą. W końcu zacisnął zęby i ruszył do przodu. Frank, jak wywnioskowała Ginny, wykonał taki sam ruch, jak jego znajomy. Jedynie blondynka wciąż stała z tyłu dygocząc ze złości. Spurpurowiała, a niektóre kosmyki włosów zwisały jej nad czołem.
Aaron natarł na bruneta z całą siłą. Ten o mało się nie przewrócił, choć utrzymał swoją postawę w pionie.
— Słuchaj, Riddle — wycedził Aaron. — Obserwowaliśmy cię. Widzieliśmy, jak codziennie wymykałeś się z pokoju i znikałeś na kilka godzin. Zawsze nosiłeś coś ze sobą, coś, czego długo nie mogliśmy zidentyfikować. Pewnej nocy zauważyliśmy, że masz w rękach naszego żółwia.
— Aż tak przywiązaliście się do swojego pupilka? — rzucił kpiąco młody Tom.
— Doskonale wiesz, że w sierocińcu nie wolno mieć własnych zwierząt — powiedział Frank.
— Czyli powinienem poinformować opiekunki o waszym nielegalnym przemycie stworzeń do budynku?
— Nie! — krzyknął Aaron. — Chcemy tylko, żebyś nam go oddał. Potem nie będziemy wchodzić sobie w drogę.
Młodszy Riddle zamyślił się. Włożył dłonie do kieszeni i przechylił głowę na bok. Ginny oczekiwała na to, co powie.
— Bardzo wam na nim zależy? — zapytał.
Cała trójka zgodnie pokiwała głową. Tom zaczął bez słowa czegoś szukać po kieszeniach swojej marynarki. W końcu z jednej z nich wyciągnął malutki, zielony przedmiot. Po przyjrzeniu się temu, Ginny zauważyła, że jest to żółw, o który prosili. Riddle oddał go w ręce Aarona, który przyjął go z wręcz nabożną czcią.
— Dzięki — odetchnął z ulgą. Jednak po chwili rozwarł szeroko oczy i krzyknął: — Co to jest?
Frank i blondynka podbiegli do niego i nachylili się nad jego dłońmi. Po chwili dziewczynka z wrzaskiem odskoczyła od Aarona. Frank mocno zbladł i również odszedł dwa kroki w tył.
— Coś ty zrobił z naszym żółwiem? — wykrzyknęła ni to ze złością, ni to histerycznie dziewczynka.
Młody Tom wzruszył obojętnie ramionami i wpatrzył znudzonym wzrokiem na żółwia.
— Chciałem poeksperymentować.
— On nie żyje! Zabiłeś go! — zawyła.
Jęknęła żałośnie i skuliła się na swoim miejscu. Po chwili zaczęła głośno łkać i trząść się. Frank stał za to z pustym wzrokiem, wpatrzonym gdzieś w dal. Jedynie Aaron mocno zacisnął zęby i pięści, żeby powstrzymać napływającą furię.
— Nie żyjesz, Riddle — syknął głosem przesyconym nienawiścią. — Nie żyjesz!
Ryknął głośno i ruszył biegiem przed siebie. Zaskoczony Tom nie zdążył ruszyć się z miejsca, a już po chwili ciało Aarona natarło na niego.
— Nie! — krzyknęła panicznie Ginny, widząc, jak Tom nie zdążył złapać równowagi.
A po chwili jedyne co usłyszała, to histeryczny wrzask blondynki i znajomy odgłos ucinającego się wspomnienia.




Tom! — zawołała.
Ciężko dysząc, opadła na kolana. Poczuła, jak zaczyna kręcić jej się w głowie, a powracające wspomnienie spadającego Toma wciąż zajmowało główny plan jej myśli.
— Mówiłem, że to będzie dla ciebie za dużo — odezwał się Tom znad góry. Ginny widziała tylko jego idealnie wypucowane buty i szatę sięgającą kostek.
— Nic mi nie jest.
— Ach tak? To dlaczego drżysz jakby ktoś cię napadł?
— Nie drżę — warknęła. Mogła założyć się o to, że w tym momencie Tom uniósł jedną brew tak, jak wtedy nad klifem.
— Mam lepszy pogląd na twoje ciało. A teraz wstawaj, nie ma co się nad sobą użalać.
Ginny na miękkich nogach podniosła się do góry, lekko dygocząc na boki. Musiała podeprzeć się najbliższego fotela, aby na powrót nie osunąć się nad ziemię.
— Pragnę ci przypomnieć, że tak jest z każdym innym wspomnieniem. Sądząc po twoim wyrazie twarzy, nie chcesz oglądnąć kolejnych. — Uśmiechnął się kpiąco.
Ginny rozwarła szeroko oczy. Odsunęła się od Toma o kilka kroków, jakby był jej największym koszmarem. Po drodze uderzyła się o nogę łóżka. Jęknęła cichutko i spojrzała z powrotem w oczy Toma, które wyrażały taką samą drwinę, co wcześniej.
— Nie chcę. Nie chcę — powtarzała ni to do Toma, ni to do siebie.
— Teraz masz przynajmniej porównanie swojego i mojego życia. Kto miał je lepsze?
Pytanie zawisło w powietrzu. Po braku odpowiedzi Tom rozpłynął się, pozostawiając po sobie puste wyobrażenie jego postaci.




Ginny przez następny tydzień wielokrotnie rozmawiała z Tomem, licząc, że ten powie coś więcej o tym, co się później wydarzyło. Jednak chłopak był nieugięty i nie miał zamiaru czegokolwiek więcej wyjaśniać. Jedną z zalet było to, że przynajmniej zeszli z ich pokręconej ścieżki prowadzonej między nimi wojny a chłodną obojętnością. Relacje uległy poprawie, gdyż po tak wielu rozmowach musiało to w końcu zajść. Z drugiej strony mogło być gorzej. Mogli pogorszyć swoje stosunki przez tę jedną błahostkę, ale Ginny trzymała się kurczowo tej nadziei, że teraz wszystko będzie dobrze. I właśnie dzięki niej byli w stanie mówić sobie wręcz o wszystkim.
W Boże Narodzenie przyszedł w końcu ten okres, kiedy zaczęło jej się ogromnie nudzić. Widoki pięknie ubranej Wielkiej Sali już nie zachwycały jej tak, jak wcześniej. Ogromna choinka w Pokoju Wspólnym przystrojona w najróżniejsze przedmioty również nie zapierała jej oddechu. Wcześniej potrafi patrzeć na nią przez długi okres czasu, a teraz uważała ją za najnormalniejsze drzewko świąteczne, jakie zazwyczaj widuje się w domach. Przyglądanie się śniegu, płonącemu kominku czy oczekiwanie na list od przyjaciół stało się przykrą rutyną, którą dzień w dzień musiała zaliczyć.
Wybawienie jednak przyszło wraz z pojawieniem się Toma. Był w wyjątkowo dobrym humorze, jakby i on postanowił poddać się atmosferze świątecznej, która zewsząd go otaczała. Ginny za to czuła się nią przytłoczona.
— Widzę, że ci się nudzi, Weasley — powiedział i nie czekając na odpowiedź, kontynuował: — Jesteś gotowa na kolejne wspomnienie?
— Co takiego? — stęknęła.
— Nie musisz się martwić, Weasley. Tym razem ci się spodoba, mogę cię zapewnić.
— Dlaczego...
— Masz w szafie jakąś przystępną suknię? — przerwał jej. Ginny popatrzyła na niego z jeszcze większym zdziwieniem.
— Po co mi suknia?
— Do cholery jasnej, Weasley! — zdenerwował się. — Mogłabyś chociaż raz o nic nie pytać? Wiem, że twoja wścibska natura daje o sobie znać, lecz uwierz, że to nie jest odpowiedni czas. Idź przebrać się w suknię oraz jakoś się umalować. Spotykamy się tutaj za godzinę.
— Tom, poczekaj. — Spróbowała go zatrzymać, lecz po chwili została całkowicie sama w Pokoju Wspólnym. Z jękiem wymamrotała: — Jak ja cię nienawidzę.
Udała się do swojego dormitorium. W środku było idealnie czysto, gdyż starała się zachować porządek do powrotu dziewczyn. Podeszła do kufra i uklęknęła przed nim, otwierając go. Przegrzebała cały na wskroś, poszukując jak najlepszej sukni, jednakże nie miała innej niż starej, używanej, lekko już nadszarpniętej. Wypłowiała tuż przy dekolcie oraz posiadała poszarpane końcówki na dole. I choć Ginny stwierdziła, że nie jest ona najwyższych lotów, to i tak może się nadawać. Poszła do łazienki, gdzie przygotowała się na, jak mogło się wydawać, ważne wydarzenie.
Po godzinie stawiła się w Pokoju Wspólnym. Tam czekał już na nią Tom, który założył na siebie białą koszulę i garnitur. Zachował kamienną maskę, podczas gdy Ginny schodziła ze schodów. Jednakże jego oczy rozszerzyły się, kiedy zauważył, co ubrała.
— Trampki do sukni? — zapytał ze zdziwieniem, ale również lekką nutą rozbawienia.
Założyła ramiona pod biodra i wysunęła nogę przed siebie, groźnie postukując.
— Nie miałam żadnych innych butów — odparła.
— Jak uważasz — rzekł już całkowicie rozbawiony. — Jesteś najbardziej zaskakującą partnerką, z jaką idę na bal.
— Bal?!



Poczuła, jak ląduje wyprostowana w kolejnym wspomnieniu. Przytrzymała się Toma, żeby nie upaść na posadzkę, która była zbudowana z jasnego kamienia.
— Wziąłeś mnie na bal? — krzyknęła rozeźlona. — Jakim prawem? Gdybym wiedziała wcześniej, na pewno bardziej bym się przygotowała, ty parszywy idioto!
Tom uśmiechnął się lekko rozbawiony.
— I przyszłabyś na boso, z jakąś bluzą i spodniami?
I odszedł na sam środek parkietu, pozostawiając rozzłoszczoną Ginny samą jak palec. Nie wiedziała, gdzie się udać, więc postanowiła ruszyć za Ślizgonem. Naprawdę chciała zagrać mu na nosie, lecz zamiast tego on zaczął grać nią.
— Nienawidzę cię — powtórzyła, kiedy udało jej się do niego dostać. Stał tyłem, obserwując całe pomieszczenie. — Tom, czy ty mnie słuchasz?
— Pięknie tu, prawda? — zapytał ni stąd, ni zowąd. — Wielka Sala od zawsze była ładnie przystrajana na święta.
Ginny rozejrzała się wokoło. Cała Wielka Sala miała w sobie świąteczną atmosferę, lecz można było też zobaczyć kilka staroświeckich elementów. Masa świec paliła się ciepłym blaskiem u sklepienia dachu. Na zewnątrz panowała ciemna jak atrament noc. Przy ścianach zawieszone były pochodnie oraz żółte światełka, dając przy tym masę światła. Na końcu pomieszczenia, w prawym kącie postawiona została ogromna choinka, na której były zawieszone bombki, słodycze oraz płatki śniegu. Na środku sali znajdował się parkiet, gdzie tańczyła masa pięknie ubranych nastolatków. Również oni mieli w sobie staroświecki akcent, który Ginny tak bardzo się spodobał. Wokół parkietu ustawione były okrągłe stoliki i krzesła, a na samym podium zasiadali nauczyciele. Przy bocznych ścianach, koło drzwi, znajdowały się szwedzkie stoły. 
Ginny westchnęła cicho rozmarzona. Zakochała się w tym widoku. Wszystkie ciepłe kolory wymieszały się ze sobą, tworząc ten unikatowy nastrój.
— Zatańczy panienka ze mną? — zapytał Tom. Ukłonił się i wyciągnął przed siebie rękę, którą Ginny z chęcią chwyciła.
— Ależ oczywiście, panie Riddle.
Tom położył dłoń na jej biodrze, a drugą uchwycił rękę Ginny. Następnie poprowadził ją pewnie w takt muzyki, która nie wiadomo skąd nadchodziła. Wykonali obrót, a potem drugi i trzeci oraz masę skomplikowanych kroków. 
— Czym się stresujesz? — zapytał Tom, widząc jej niepewne ruchy.
— Że ci nadepnę na stopę.
Tom parsknął śmiechem.
— Rozluźnij się. Mogę cię poprowadzić jeśli chcesz.
Ginny kiwnęła głową. Krok w tył, w bok i obrót. Przód, tył, bok, obrót.
— Raz, dwa, trzy, obrót. Przód, tył, bok, obrót. Dobrze! — pochwalił ją. — Przód, tył, bok, obrót.
Ginny zapamiętała ruchy po kolejnych kilku razach. Co prawda wciąż się myliła, ale nie musiała obawiać się o to, że przez przypadek nadepnie swojemu towarzyszowi na stopę.



Witam! Jak przygotowania do świąt? Czujecie tę magię świąt, która ogarnęła większość ludzi? Ja się spośród nich wybijam, gdyż jej nie czuję.
To pierwsza część, ponieważ już mi wyszło czternaście stron w Wordzie, a jeszcze do połowy zaplanowanego rozdziału nie doszłam. Nie chciałam, aby się przedłużał, więc wklejam pierwszą część. Myślę, że się spodoba.
Wesołych świąt i wesołego Nowego Roku! <3


layout by oreuis