czwartek, 17 listopada 2016

Rozdział 11 - Zasada akcji i reakcji


 Uwaga! W tym rozdziale wykorzystałam inny sposób postrzegania III zasady dynamiki. Jest ona sprzeczna z jej definicją, której chyba nie muszę tłumaczyć, gdyż każdy ją zna z lekcji fizyki. Proszę, aby nie oburzać się z tego powodu, gdyż została wykorzystana w postrzeganiu czarodzieja, który nie zna się na mugolskiej fizyce. Wszystko zostało napisane w określonym celu.



       Z dnia na dzień Ginny coraz bardziej klimatyzowała się w latach siedemdziesiątych. Zaczęła zwracać większą uwagę na szczegóły, które jak dotąd uciekały jej przed oczami. Zauważyła pewne zachowania nauczycieli, które w przyszłości kompletnie się różniły od obecnych. Profesor McGonagall wciąż była bardzo surowa, lecz wydawała się żywsza, tak samo jak profesor Slughorn. W jej czasach wciąż był tym wesołym staruszkiem, lecz nie miał już tego zapału, co teraz. Jakby w ciągu tych dwudziestu lat ich osobowość kompletnie się zmieniła, tak samo jak wygląd. Co do tego ostatniego potrafiła zrozumieć. Przez dwie dekady człowiek potrafi się mocno zmienić.
       Nigdy nie zaaklimatyzowałaby się w latach siedemdziesiątych, gdyby nie pomoc Toma. Wciąż pamiętała o umowie, która ich obowiązuje, lecz postanowiła się tym na razie nie martwić. Miała dużo czasu, aby to robić, a przynajmniej w mniemaniu Toma. Według samej Ginny było wręcz przeciwnie – nie posiadała go wiele. Zbyt długo próżnowała przy przeszukiwaniu nic niewartych ksiąg w bibliotece. Dopiero Dział Zakazany okazał się pomocniejszy. Znalazła wskazówki, dzięki którym ruszyła do przodu. Remus także wydawał się być tym niezwykle zaciekawionym, choć Ginny mogłaby się mylić. Lupin należał do tych osób, przy których musiała się wysilić, aby poznać ich emocje.
       Dość łatwo odgadywała uczucia swoich współlokatorek. Koleżankami, a tym bardziej przyjaciółkami, nie mogła je nazywać. Zbyt krótko się znały, aby określać się takim mianem, na które tylko nieliczni zasłużyli, jak Colin, Neville, Luna, Harry, czy trójka Huncwotów. Colina traktowała jak brata, przyjaciela, któremu może wszystko powiedzieć, niezależnie od sytuacji. Był przy niej zawsze, nie odsunął się nawet kiedy powiedziała mu o tym, co wyprawiała na pierwszym roku. A mógł, bo prawie przez nią umarł. Ale on dalej trwał dzielnie przy jej boku, niczym rodzina, o której zawsze marzyła.
       Pragnęła również w przyszłości zostać uzdrowicielką. Marzenie to zakiełkowało u niej w głowie już w wieku ośmiu lat, kiedy zobaczyła jak mama opatruje nogę Fredowi, który spadł ze schodów  skręcił kostkę. Stała wtedy w progu i uważnie przypatrywała się ruchom różdżki Molly oraz skrzywieniu Freda. To był ten z nielicznych razów, kiedy nie miał przyklejonego do twarzy uśmiechu.
       Od tamtego razu postanowiła uczyć się więcej i rozwijać swoje umiejętności w stronę eliksirów i zielarstwa. Siadała w fotelu w najbardziej oddalonym kącie Pokoju Wspólnego, otaczała się zaklęciem wyciszającym i czytała. Książki do eliksirów potrafiła czytać przez wiele godzin, aż uczniowie nie rozchodzili się do swoich dormitoriów. Najczęściej Neville przerywał jej naukę, ponieważ on, tak samo jak Ginny, siedział w Pokoju Wspólnym do późna. Czasami dosiadywał się do niej, lecz zazwyczaj uczyli się oddzielnie, dla większego spokoju.
       Wieczorem Ginny postanowiła poczytać książkę do transmutacji. Usiadła w swoim stałym miejscu, które doskonale zakrywało ją przed ciekawskimi oczami innych Gryfonów. Łokcie ułożyła wygodnie na podparciach i zaczęła czytać podręcznik. Minuty upływały jej coraz szybciej, aż kompletnie straciła poczucie czasu. Była tak bardzo skupiona na słowach, że nie zauważyła, jak ktoś przysuwa sobie krzesło i siada koło niej. Nawet ciche odchrząknięcie nie wyrwało jej z letargu.
       — Ginny? — Usłyszała spokojny głos.
        Jeszcze nieco zamyślonym wzrokiem popatrzyła na postać obok niej. Nie potrafiła skupić się na szczegółach jej twarzy, dlatego zamrugała kilka razy, aby się rozbudzić. Potrwało to mniej niż sekundę, ale Ginny miała dziwne wrażenie, jakby minęły wieki.
       'Tom miał rację', pomyślała 'powinnam więcej spać'.
        — Coś się stało, Lily?
       Lily wydawała się spięta. Nieco zbyt proste plecy i podenerwowany wzrok dawały wyraźny sygnał, że coś było nie tak. Gryfonka niecierpliwie poruszała kolanem i przygryzała wargę, jakby nie była pewna, czy to na pewno dobry pomysł, żeby mówić cokolwiek Ginny. Sama Weasley zainteresowała się stanem swojej współlokatorki.
       — Lily...?
       — Długo się wahałam, żeby do ciebie przyjść — rzekła niespodziewanie Evans. — Cały czas gdzieś znikasz i nigdy nie masz chwili, żeby z nami porozmawiać. Wiem, że dalej mi nie ufasz, szczególnie po tym, jak cię potraktowałam po pierwszych zajęciach z eliksirów, za co cię bardzo przepraszam. Wiem, że tak nie powinnam, ale jak się pojawiłaś...
       — Lily, mówiłam już, że nic takiego się nie stało — powiedziała łagodnie Ginny i parsknęła śmiechem. — To były dawne dzieje, a ja ci to wybaczyłam. Nie ma po co to znowu rozwlekać.
       — Wracając — podjęła na nowo Lily — za każdym razem mam wrażenie, że mnie unikasz. Z Mary widujemy cię tylko kiedy wracamy do dormitorium, gdzie ty już śpisz. Tak w ogóle, dzięki tobie zaprzyjaźniłam się z nią. Jest naprawdę miłą osobą. — Uśmiechnęła się lekko. — Wybacz, znowu zbaczam. Chciałabym, żebyś w końcu uwierzyła, że możesz na mnie polegać. Na mnie i na Mary, bo ona też się ostatnio skarży na brak kontaktu z tobą.
       Kąciki ust Ginny podniosły się do góry. Sam widok niepewnej Lily ukoił jej duszę, jakby była ona nieznanym jej dotąd lekiem.
       — Potrzebuję czasu, Lily. Zaufania nie da się zdobyć od tak. — Pstryknęła palcami. — To nie jest żaden czar, którego się nauczysz i będziesz mogła rzucać na prawo i lewo. Gdyby tak było, już dawno nawet najwięksi wrogowie ufaliby sobie.
       Lily zgarbiła się na swoim siedzeniu. Wpatrywała się w swoje dłonie, jakby były najciekawsze w całym pokoju. Unikała wzroku Ginny, dopóki ta nie poprosiła, aby na nią spojrzała. Weasley starała się mówić najdelikatniej jak tylko może, choć najchętniej zignorowałaby swoją współlokatorkę i wróciła do czytania podręcznika.
       Lily uniosła na nią niepewny wzrok, wręcz błagający. Ginny westchnęła w duchu na ten widok.
       'Ok', powiedziała w myślach, 'trzeba zastosować inną taktykę'.
       — Dobra. — Zamknęła głośno książkę. — Co proponujesz?
       — Co? — zapytała zdezorientowana Lily.
       — Pomysł. — Kiedy zauważyła, że Evans dalej niczego nie rozumie, wyjaśniła: — Jak według ciebie powinnyśmy się zaprzyjaźnić? Wiem, to brzmi tandetnie, ale jakoś musimy zacząć, prawda?
       Lily z wolna pokiwała głową. Zagryzła w zamyśleniu usta. Po chwili rzekła niespodziewanie:
        — Zdradzając sobie sekrety.
       Tym razem to Ginny popatrzyła na nią zaskoczona. Myślała, że Evans powie coś banalnego, jak wymiana zainteresowaniami czy nauką, jednak poszła drogą prostoliniową, zaczynając od razu z grubej rury.
         — No... dobrze.
         — Świetnie, to ja zacznę. Podkochuję się w chłopaku.
       Kolejne zbicie z tropu.
       'Przynajmniej jest szczera', pomyślała Ginny. 'I zadziwiająca', dodała po krótkim zastanowieniu.
       — W kim?
       — Teraz twoja kolej. — Uśmiechnęła się szeroko.
        W myślach przygotowywała wiązankę zaklęć, jaką mogłaby uraczyć pannę Evans.
       Odchrząknęła, aby rozluźnić chwilową ciszę.
        — Ja też się... podkochiwałam.
        — Wspaniale! — Lily klasnęła w ręce z radości. — Ten chłopak jest z naszego roku.
        — I co dalej? — zapytała szczerze zainteresowana.
        — Teraz ty.
        —  Jesteś nieznośna — jęknęła. — Rok starszy, z Ameryki.
        — Jest z Gryffindoru.
        — Co takiego? Z Gryffindoru?
        Czyli to by oznaczało, że James, Syriusz, Remus albo Peter. W którymś z nich zakochana jest Lily. Na tę chwilę Ginny nie miała pojęcia, kto mógłby to być, lecz w myślach błagała, aby to był James. Gdyby tak się okazało, miałaby trochę ułatwione zadanie, które nagle wpadło jej do głowy.
        Po chwili odpowiedziała Lily pewnym głosem, który według Ginny był zbyt przesadzony. Opowiedziała o swoim wymyślonym chłopaku, który miałby na imię Michael i byłby brunetem o szarych oczach. W wielu szczegółach wzorowała się na Syriuszu i Jamesie, których przeplatane charaktery utkwiły w jej głowie i nie chciały wyjść.
       Lily słuchała jej z wypiekami na twarzy, tak samo jak po zakończeniu mowy Ginny. Weasley starała się na to nie zwracać uwagi, ponieważ chciała, aby to wreszcie skończyć i posłuchać o wybranku Lily. Michael nie jest aż tak interesujący.
        — Skończyłam — rzekła Ginny. — Teraz twoja kolej.
       Zagłębiła się w swoje siedzenie i splotła dłonie na swoim brzuchu, tak jak robiono w wielu mugolskich filmach. Nie wiedzieć czemu, łatwo to podłapała.
       — To chyba nie będzie żadną niespodzianką, jeśli to powiem — zaczęła Lily. — Wiele osób już to podejrzewało, a nawet takie plotki chodziły po szkole.  Starałam się, żeby nie trafiły do jego uszu, co mi się chyba udało...
       — Do rzeczy, Lily — pospieszyła współlokatorkę.
       Lily tylko westchnęła i nieco pochylona, rzekła:
        — Zakochałam się w Jamesie Potterze.


       Wiele razy słyszała o mugolskiej zasadzie akcji i reakcji. Prawa fizyki w świecie czarodziejów nie istniały, bo sama magia jej przeczyła, dlatego mało kto wiedział, że coś takiego istnieje. Żaden ważny urzędnik w Ministerstwie Magii nie zgłębiał tej dziedziny nauki, co było bardzo dobrze uzasadnione, a przynajmniej według Ginny. Czarodzieje nie powinni tracić czasu na jakieś głupstwa, które, tak samo jak nargle Luny, nie istniały. Muszą zajmować się kontaktami z mugolami i zagranicznymi krajami, a także wieloma innymi rzeczami, żeby społeczeństwo czarodziei wciąż prosperowało.
       Nie zmieniało to jednak faktu, że Ginny wiedziała o tej zasadzie. Poznała ją na mugoloznawstwie, na które została zmuszona chodzić przez rodziców jej oraz Colina. Dwa dni w tygodniu chodzili na zajęcia jak skazańcy, oczekujący kary śmierci. Nie były one przyjemne, a już szczególnie wtedy, kiedy pani profesor mówiła w ten naukowy, godny mugoli, sposób. Nikt z jej uczniów niczego nie rozumiał, oprócz mugolaków, którzy z niewiadomych dla Ginny przyczyn chodzili na lekcje. Nie zmieniało to jednak faktu, że każdy musiał wkuwać, żeby zdać ten przedmiot. Im więcej dobrze napisanych sumów, tym większe prawdopodobieństwo przyjęcia do wybranej przez siebie pracy.
        Ginny wiedziała, że takowa zasada istnieje, lecz nigdy do końca nie zrozumiała, o co w niej chodzi. Nie zwracała na to specjalnej uwagi, tak jak na inne rzeczy, które jej zdaniem wydawały się nudne lub bezwartościowe. W jej mniemaniu zasada akcji i reakcji oznaczała sytuację, która przynosiła skutek z wykonywanych czynności. Przykładem tego mogłoby być zrzucenie dzbana ze stołu, który na końcu roztrzaskałby się o podłogę. Akcja i reakcja, w rozumowaniu Ginny.
       Innym przykładem mogłoby być zawarcie umowy z Tomem. Zawarli w niej pewne punkty, które obydwoje muszą wykonać i nawet jeśli chcieliby, nie uda im się z tego wymigać. Riddle już swoją część wykonał. Nie do końca, lecz był znacznie dalej od Ginny, która nawet nie zaczęła. Czerpała korzyści z ruchów Toma,  on cierpliwie czekał na dziewczynę.
        Długo odwlekała w czasie to, co miała wykonać. Wiedziała, że musi, nie tylko ze względu na umowę, lecz też jej magię, która się tego domagała. Pchała ją w tę stronę, lecz umysł przeciwstawiał się temu tak długo, jak tylko mógł. W końcu jednak musiał nadejść ten dzień. Jeden krok w przód, a potem pozostaje już tylko bieg, którego nie da się zatrzymać.
       Właśnie tym była nauka czarnej magii. Nieprzerwanym biegiem, ponieważ jak raz w to wejdziesz, nie będziesz w stanie zawrócić. Zamkną się za tobą białe drzwi, a pojawią czarne, spowite szarą mgłą i oplecione czarnymi różami. Na początku będą one zakrywały wrota. Kiedy będziesz chciał przejść, zostaniesz zraniony przez kolce. Lecz kiedy zagłębisz się w czarną magię, róże odkryją przejście, a ty przejdziesz przez nie pewnym krokiem. W tym momencie będziesz wiedział więcej niż na początku. A następnie zwyciężysz, wygrasz nad białą magią, która jest słabsza od tej, którą zagłębiasz. I już nigdy nie będziesz taki jak wcześniej.
       Pierwszym krokiem, jaki wykonała Ginny, było wyszukanie w Dziale Zakazanym ksiąg o czarnej magii. Długo poszukiwała tomu, który odpowiadałby jej zakresu wiedzy. Sprawdzała każdą półkę, dopóki nie znalazła książki o nazwie "Czarna magia dla początkujących". Wzięła ją do ręki i po krótkim przeczytaniu opisu, postanowiła zabrać ją ze sobą. Nie zwracała uwagi na inne tytuły, gdyż uznała, że jak na razie ta jedna jej wystarczy, żeby wejść w świat czarnej magii.
       Po wyjściu udała się do ogólnodostępnej części biblioteki, żeby nikt nie podejrzewał jej o wejście do Działu Zakazanego bez zgody. Wolała pokazać się na oczy innym uczniom, którzy mogliby poświadczyć, że nie widzieli jej w tamtym miejscu. Nawet Remus nie mógł wiedzieć o jej tamtejszej obecności. Co prawda wiedział, że Ginny często wybiera się do tego działu, lecz nie w celu dowiedzenia się czegoś o czarnej magii, tylko o podróżach w czasie. I Weasley podtrzymywała tę historię tak długo, jak tylko mogła.
       Przeszła przez bibliotekę i pożegnała się z panią Pince, nie informując jej o tym, że cokolwiek wypożyczyła. Następnie ruszyła do Pokoju Życzeń, w którym mogła spokojnie poczytać ukradzioną książkę, a także porozmawiać z Tomem. Zapewne nie mógł się tego doczekać prawie tak samo, jak Ginny.
      Kiedy w końcu dotarła do Pokoju Życzeń, postanowiła przywołać Toma, który już po chwili stał koło niej. Rozglądnął się wokół z uznaniem, jakby potwierdzając dobry gust Ginny w sprawie doboru wnętrz.
       — Idealny pokój do ćwiczeń. — W jego ustach zabrzmiało to jak pochwała.
       Ginny odłożyła książkę na stolik obok niej, a potem wyjęła różdżkę z kieszeni. Po zetknięciu z nią poczuła, jak dreszcze przebiegają po jej ciele. Ekscytacja wymieszała się z euforią na myśl o czarach, które zaraz pozna i których się nauczy. Chęć wiedzy przezwyciężyła niepokój, który wcześniej odczuwała.
       Jak na rozkaz odezwał się Tom, który nie mógł nie skomentować tej sytuacji.
       — Nie boisz się? — zapytał, patrząc na nią leniwie.
       'Nawet jeśli, to i tak bym ci się do tego nie przyznała' pomyślała.
       — Ja się nigdy nie boję. — Założyła ręce na piersi w niemej oznace odwagi.
       Kącik ust Toma uniósł się w górę. Nawet z kilometra można byłoby zobaczyć, że z niej drwi.
       — Świetnie. Nie przeszkadza ci, że od razu przejdziemy do praktyki? Teoria jest ci zbędna w tym momencie.
       Ginny sapnęła z powodu pewności Toma. Stał dumnie wyprostowany, a na twarz założył profesjonalną maskę, którą zawsze ma, kiedy próbuje ją czegoś nauczyć. Nie warto wówczas z niego kpić, ponieważ może to przynieść zły skutek, o czym Ginny wielokrotnie się przekonała. Z tego powodu siedziała cicho jak myszka i słuchała go z wielką uwagą.
       — Ja chcę mieć to już za sobą, Tom. Skończmy tę lekcję jak najszybciej, zanim ktokolwiek dowie się o mojej nieobecności.
       Riddle poruszył się na swoim miejscu. Po chwili podszedł do stojących obok manekinów i przyjrzał im się skupiony. Były skonstruowane na podobieństwo śmierciożerców, zatem gdyby Ginny zaczęła trening, te nie powstrzymałyby się przed niczym. Rzucałyby zaklęcia czarno-magiczne i Niewybaczalne, byleby tylko zabić lub wyrządzić krzywdę.
       Kiedy dotarło to do Ginny, zadrżała, lecz nie z powodu ekscytacji, tylko strachu. Tom dalej skupiony był na manekinach, przez co nie był w stanie zobaczyć reakcji Gryfonki.
       Postanowiła cicho odejść jak najdalej od tych manekinów, żeby Tom jej nie zauważył. Drwiłby z niej przez następne wiele tygodni, gdyby dowiedział się, że ona, Ginny Weasley, stchórzyła. Nawet nie chciała tego słuchać, bo w pewnym momencie nie wytrzymałaby i powiedziała coś, co później by żałowała. A jednak, wolała wykonać odwrót, niż być pogrzebaną przez imitację śmierciożerców.
       Udało jej się cofnąć o kilka kroków, nim usłyszała głos Toma.
       — Wybierasz się gdzieś?
       Dalej stał odwrócony do niej tyłem i wydawał się nie zwracać na Ginny specjalnej uwagi. Skupiał ją całą na manekinach, które dalej stały bez ruchu. Weasley nawet nie zastanowiło, dlaczego jeszcze nie zaatakowały, choć miały do tego możliwość.
       — Nie moglibyśmy jednak przełożyć tej lekcji na kiedy indziej? Jestem jeszcze nieprzygotowana — rzekła spokojnie, choć w środku gotowała się z napięcia.
       Tom pokręcił przecząco głową. Nawet w tej chwili nie tracił na swojej pewności, jakby przyległa ona do niego na stałe. Ginny przebiegło przez myśl, że może tak jest rzeczywiście, a odwaga go nigdy nie opuszcza.
       — Nic z tego, Weasley. Im później zaczniemy, tym gorzej dla ciebie, bo będziesz miała więcej materiału do nauczenia, a wiesz, że to źle wpływa na człowieka. To stało się z Bellatrix Lestrange – przez nadmiar nauki oszalała, choć nie powstrzymało ją to właściwie przed niczym. Czym więcej się uczyła w krótkim terminie, tym bardziej magia przejmowała nad nią kontrolę. Końcowe wyniki obydwoje znamy.
       Ponura atmosfera w pokoju dokładnie odzwierciedlała jej prawdziwy nastrój. Krótka wzmianka o Bellatrix jednak spowodowała coś na wzór motywacji, żeby nie stać się taką jak ona. Nawet w najgorszych koszmarach nie chciała torturować naokoło ludzi dla własnej przyjemności, ani ich zabijać.
       Po tym przemyśleniu Ginny uznała, że jednak nie jest taka zła. Na pewno nie w porównaniu do Bellatrix.
       Westchnęła cicho i ze zwieszoną głową podeszła do Toma. Zatrzymała się krok przed nim, a tym samym dwa przed manekinami. Z tej bliskości wydawali się jeszcze bardziej przerażający, niż wcześniej.
       — Zaczniemy od czegoś łatwego, a tym samym podstawowego. Chodzi mi tu o Zaklęcia Niewybaczalne, czyli zadające największy ból — powiedział Tom. — Nie muszę ci chyba wyjaśniać, jakie dokładnie mam na myśli, gdyż je doskonale znasz. Jak wcześniej powiedziałem, są tymi, które powodują największe cierpienie nie tylko osobie, która nimi dostanie, lecz i rodzinie, przyjaciołom tej osoby. Często są tak załamani śmiercią lub stanem zdrowia bliźniego, że nie do końca kontrolują to, co robią. Sami z siebie potrafią skrzywdzić inną niewinną istotę, nawet nieświadomie. Potem to się ciągnie za coraz większą ilością ludzi. Dlatego właśnie mam w zwyczaju nazywać je "zadającymi największy ból".
      Tom poruszył się na swoim miejscu, a potem na nowo zaczął:
       — Są podstawowymi zaklęciami nie tylko dla śmierciożerców, ale i dla Zakonników czy zwyczajnych czarodziejów, którzy starają się omijać wojnę szerokim łukiem. Niestety, często się zdarza, że im to nie wychodzi, a w końcu muszą zacząć walkę o swoje życie. Rzucają Zaklęcia Niewybaczalne na prawo i lewo, byleby tylko przeżyć i wrócić do swoich rodzin, które wyczekują ich powrotu. Każdego będzie czekać taki los, bez wyjątku, dlatego chciałbym najpierw nauczyć cię tych czarów. Rozumiesz? — zapytał.
       Ginny przytaknęła głową.
       — Czyli możemy przejść do tej części praktycznej. Podejdź do tych manekinów. Spokojnie, na razie nic ci nie zrobią — dodał, kiedy zauważył jej zaniepokojony wzrok.
       Ginny podeszła więc do dwóch imitacji śmierciożerców. Stanęła w pozycji obronnej na wszelki wypadek, gdyby miały zaatakować. Kiedy jednak tak się nie stało, rozluźniła nieco mięśnie.
       — One zaatakują dopiero wtedy, kiedy im na to pozwolisz. Dopóki się nie przygotujesz i nie będziesz potrafiła rzucić poprawnie zaklęć, nic ci nie zrobią.
       — To ja będę w nie rzucać kilka razy zaklęciami? — Popatrzyła na niego z paniką.
       — A co innego miałabyś robić, Weasley?
       — Cokolwiek innego, tylko nie to!
       — Robiąc cokolwiek innego niczego się nie nauczysz, a tylko popiszesz się swoją niewiedzą na polu walki. Wolisz zostać zabitą, czy zabić?
       Ginny zacisnęła usta w cienką linię. Ani jedno, ani drugie wyjście jej nie odpowiadało.
       — A jak nie chcę żadnego?
       — To będziesz patrzeć, jak twoi przyjaciele giną w twojej obronie. Tego chcesz?
       Wciągnęła głęboko powietrze.
       — Nie — powiedziała słabo.
       — Tak jak myślałem. Rzuć na manekina Avadę.
       — Co?
       — Strzel w to zaklęciem zabijającym,Weasley. Tutaj nie ma innych rad, niż pomyśleć o tym, że chcesz to zrobić. W przeciwnym razie chwilowo kogoś ogłuszysz albo odrzucisz w tył, co nie pomoże na długo.
       — A co jak ja nie chcę tego robić?
       Tom uśmiechnął się kpiąco.
       — To wtedy staniesz nad grobem Colina.
       Ginny wzdrygnęła się na swoim miejscu. Spojrzała niepewnie to na chłopaka, to na manekiny. Wyobraziła sobie, jak jeden z nich chce zaatakować jej przyjaciela, który walczyłby dzielnie z drugim, jak prawdziwy rycerz o swoją księżniczkę. Albo jak o przybraną siostrę, która byłaby w niebezpieczeństwie.
       — Lepiej? — zapytał Tom.
       Ginny pokiwała głową. Wzięła głęboki oddech i rozstawiła nogi, aby w razie czego uniknąć nadlatującego zaklęcia.
        Z daleka usłyszała ciche tykanie zegara, które świadczyło o przemijaniu sekund. Pięć, dziewięć, dwanaście. Ginny, jak stała z wyciągniętą różdżką, tak dalej to robiła, nie mogąc zmusić swoich kończyn do jakiegokolwiek ruchu. Były ociężałe, jakby ktoś nagle przywiesił do nich metalowe odważniki z łańcuchem, aby nie spadły.
       Tom najwyraźniej musiał zauważyć jej zdrętwienie. Ruszył w jej kierunku, a kiedy już stanął, położył pocieszająco rękę na jej ramieniu. Ginny odwróciła w jego stronę głowę i uśmiechnęła się słabo. Naprawdę potrzebowała wsparcia w tej chwili.
       — Pomyśl, że to nie są prawdziwi ludzie. Lepiej poczujesz się, jeśli zdasz sobie sprawę, że twoje pierwsze zaklęcie zabijające nie będzie rzucone na człowieka, a na martwą rzecz, która i tak nie ma jak się bronić — powiedział krzepiąco.
       Stali, wpatrując się sobie w oczy. On, wciąż trzymając rękę na jej ramieniu, próbował przekazać jak najwięcej energii, aby mogła skupić się wokół Ginny. Nie było to namacalne ani widoczne. Tylko niewidomi zauważyliby, jak wśród nich przeskakuje szal odwagi i szaleństwa, niczym sznur, o który walczą zaciekle dwie drużyny. 
       Ginny wzięła głęboki oddech i nie wypuszczając go z ust, rzuciła zaklęcie zabijające w śmierciożercę. Za pierwszym razem chybiła, dlatego postanowiła zrobić to jeszcze raz, a potem kolejny. Przenikliwie przyglądała się toru ruchu czarów, z zafascynowaniem zauważając małe iskierki, które się z tego wydobywały. Machała energicznie różdżką, wypalając w manekinie czarne dziury, a niekiedy odrzucając je w tył. Następnie wzięła ogromny rozmach, a potem z całej siły uderzyła, jakby od tego zależało jej życie. 
       Wyginała się na każdą stronę robiąc uniki oraz uskoki, a potem atakowała jeszcze bardziej zaciekle, niżby chciała. Magia czuwała nad każdym jej ruchem, czy to odważniejszym, czy wręcz przeciwnie; przepływała przez każdą komórkę ciała, nadając adrenalinę i chęć walki. Nawet zmęczenie nie brało góry nad jej organizmem, energia wyparła je, jakby było tylko drobną przeszkodą w tej walce.
       Z minuty na minutę jej ruchy stawały się coraz wolniejsze, a zmysły wyciszały się, choć jeszcze przed chwilą były mocno wyostrzone. Ginny starała się nie zwracać na to uwagi, ale już po kilku razach musiała opaść na podłogę wyczerpana. Drżała na całym ciele, kiedy próbowała się na nowo podnieść. Nie zamierzała poddać się z taką łatwością, nie kiedy odważyła się rzucić Avada Kedavrę. Chciała wstać i zrobić to na nowo, a potem jeszcze raz, i kolejny. Mogłaby nawet zostać tu przez kilka następnych godzin, lecz to się nie liczyło. Pragnęła więcej.
       Tom podszedł do niej żywym krokiem. Wyminął obdarte szaty jednego z manekinów oraz złamaną różdżkę, która leżała obok. Gdzieś dalej znajdowała się spalona maska, i prochy jednego z przedmiotów. Ślizgon nawet nie zwrócił na nie uwagi.
       Klęknął przed Ginny, wpatrując się w jej postawę. Głośno sapała, miała włosy rozwichrzone i nienaturalnie rozszerzone źrenice. Zdawała się drgać, choć może to jego oczy zaczynały zawodzić. Jedno było pewne – teraz wyglądała bardziej na oszalałą, niż zmęczoną. 
       — Wszystko w porządku? — zapytał retorycznie.
       Gryfonka podniosła na niego wzrok. Wciąż mocno dyszała, lecz starała się nad tym panować, przynajmniej na tę chwilę.
       — Świetnie — rzekła z wykrzywieniem. 
       Tomowi zadrgał kącik ust. Nawet teraz jego Ginny starała się zachować dobrą twarz. 
       Wstał i podał Gryfonce rękę. Ginny chwyciła ją, a już po chwili stała koło Toma i otrzepywała się z prochów. Miała je wszędzie, jakby podczas walki była magnezem na wszelkie śmieci. Strzepnęła z rękawa odłamek spalonej maski, a z włosów wytrzepała kurz. Po chwili uniosła do góry głowę i zauważyła, że Tom wciąż jej się przypatruje.
       — Coś się stało, Tom? — zapytała.
       Otrzepała całe swoje ubranie, ponieważ pomyślała, że to ono jest wynikiem zainteresowania Toma. Nawet nie zainteresowania, a nagłej uwagi, jaką dostała. To było zbyt wiele, jak na ten dzień. 
       — Idziemy do Pokoju Wspólnego? Muszę się umyć, bo pachnę spalonym plastikiem. — Wykrzywiła się. — Chłopaki na pewno nie będą chcieli przebywać w moim towarzystwie, kiedy tak śmierdzę.
       W ustach Toma pojawił się nikły uśmieszek. W takich momentach wręcz uwielbiał swoją towarzyszkę – dokonywała wielkich rzeczy, a skupiała się tylko na szczegółach, w ogóle nie dostrzegając swoich osiągnięć. A w jego mniemaniu, do tego trzeba mieć ogromne serce, a nie ciężki głaz zamiast niego.

***

Heyo!
Chciałabym wam podziękować za te 5 000 wyświetleń, które niedawno wybiły na moim blogu. Pff, co ja gadam, to już 6 000. Naprawdę bardzo wam dziękuję za tak ogromną liczbę przy takim blogu takiej autorki, która dopiero uczy się pisać. Również nie mogę się nadziwić, że to już 11 rozdział. Nie sądziłam, że kiedykolwiek dotrwam do 10, a tu już 11. 
Jeszcze raz wszystkim bardzo dziękuję <3
Szablon