sobota, 29 października 2016

Rozdział 10 - Przyjęcie u Slughorna


       Sobota mogłaby wydawać się jednym z najlepszych dni w tamtym tygodniu. Przyjęcie u Slughorna dostatecznie wynagradzało wyróżnionym uczniom te ciężki dni harówki. Mało tego, w przyszłym tygodniu miał odbyć się mecz quidditcha pomiędzy Gryffindorem a Hufflepuffem. Ginny cieszyłaby się z tego powodu, gdyby tylko nie to, że o wiele ważniejsze rzeczy zajmowały jej myśli.
       W tym momencie Ginny stała przed lustrem i poprawiała włosy. Mimo że to zwykła kolacja, na której poznałaby kilku innych ambitnych uczniów, chciała wyglądać jak najlepiej, aby dobrze wypaść w oczach Slughorna. Jego ocena była dla niej ważniejsza niż reszty tych dzieciaków, którym władza może w przyszłości uderzyć do głowy. Slughorn później mógłby ją pamiętać, a ci uczniowie niekoniecznie. Po dwóch latach już każdy by o niej zapomniał, o ile nie wyróżniałaby się spośród tych wszystkich wybitnych jednostek.
       — A ty jak zawsze wypełniona nadzieją — rzekł Tom, który stał koło niej.
       Ginny wygładziła swoją bluzkę i jeszcze raz zerknęła w stronę lustra. Blada dziewczynka patrzyła się w swoje odbicie; na cienie pod oczami, które ukryła zaklęciem, na rude loki, które sięgały jej do ramion. Nic zmiennego, wyglądała dokładnie tak samo jak wczoraj czy tydzień temu.
       — Aż mi się szkoda robi, jak na ciebie patrzę, Weasley. Wyglądasz okropnie.
       Ginny westchnęła i przetarła zmęczona oczy. Stanowczo za mało sypiała.
       — Wiem, tylko... ostatnio w nocy przegrzebuję księgi, które znalazłam w Zakazanym Dziale. W końcu ruszyłam do przodu.
       — Widziałem. — Skrzywił się. — Powinnaś spać dłużej, niż cztery godziny. Albo pójść do Pomfrey poprosić o eliksir pobudzający.
       — Nie mam czasu.
       — A na co ty go ostatnio masz? Weasley, do cholery jasnej! — Uderzył w umywalkę, choć nie wydało to żadnego dźwięku. — Przyzwyczaj się w końcu do tego, że jesteś w latach siedemdziesiątych, a nie dziewięćdziesiątych. Jeśli dalej będziesz tak zaniedbywać te czasy, w końcu popełnisz jakiś błąd, który potem wpłynie na przyszłość. O ile ona wciąż istnieje.
       Ginny skrzywiła się na ostatnie słowa Toma. Wolała nie myśleć, co by się stało, gdyby nie miała dokąd wracać.
       — Próbuję przez cały czas, ale jakoś... nie potrafię. — Popatrzyła w swoje odbicie.
       Tom prychnął pod nosem i popatrzył na nią z niesmakiem.
       — Potrafisz, Weasley, tylko się do tego nie przykładasz. Znam twoje możliwości, a także czyny, jakie wyrabiałaś w czasie tych pięciu lat, od kiedy siedzę w twojej głowie. I, muszę szczere przyznać, momentami mnie zadziwiałaś swoim sprytem oraz sposobem wybrnięcia z sytuacji.
       — To było w moich czasach, kiedy wiedziałam wszystko o swoich najbliższych. A tutaj... tutaj wszystko jest obce.
       — Jesteś tutaj już od bliska prawie trzech miesięcy — zauważył Tom.
        — Właśnie. I dalej nie potrafię się przystosować. Po prostu to nie mój dom.
        — Nigdy nim nie będzie, dopóki się nie przystosujesz.
       — To jak ja mam to, do cholery, zrobić?
       Tom odchylił głowę do tyłu i zaczął wpatrywać się w nią uważnym wzrokiem.
        — Mam pewien sposób.
        Ginny popatrzyła na niego zaskoczona.
       — Jaki?
       Tom uśmiechnął się szeroko bez ani grama radości.
       — Pomogę ci, jeśli zgodzisz się na wszystkie moje warunki.
       — Zależy jakie to warunki.
       Oczy Toma zabłysły nienaturalnie.
       — Może ci się nie spodobają, ale uwierz mi, warte jest to swojej ceny.


       Ginny upiła łyk soku dyniowego.
       Wokół niej rozlegały rozmowy uczniów z Slughornem, który równie żywo jak oni opowiadał swoje historie. Weasley już wielokrotnie nasłuchała się ich w swoich czasach, dlatego nie zwracała na nie większej uwagi niż trzeba, i zamiast tego obserwowała otoczenie.
       Całe pomieszczenie utrzymane było w tonacji ciemnozielonej, które doskonale odzwierciedlało prawdziwy dom Slughorna. Wszyscy wiedzieli, że należał do Slytherinu, choć starali się o tym nie mówić. Z tyłu pokoju stał rozpalony kominek, z którego radośnie trzaskały iskry, nadając cieplejsze wrażenie całemu otoczeniu. Na półkach, szafkach i komodach stały różne srebrne ozdoby, zdjęcia w ramkach oraz książki. Na środku zaś stał wielki stół z najróżniejszymi potrawami i napojami, których było w ogromnych ilościach. Wokół zasiadali uczniowie i sam Slughorn, który był wręcz w szampańskim nastroju.
       Ginny po raz kolejny napiła się ze swojej szklanki i zaczęła szukać kolejnej potrawy, którą mogłaby zjeść. Tuż obok sałatek znajdowały się ryby i owoce morza. Patrząc na tak ogromny wybór, Ginny zastanawiała się, czy w Wielkiej Sali znajduje się tyle samo jedzenia, co tutaj.
       — I jak ci się tu podoba? — zapytał James, który siedział koło niej.
       — Jest świetnie. — Przytaknęła głową, aby uwiarygodnić swoje słowa. — W życiu nie widziałam aż tyle jedzenia.
       James zaśmiał się ciepło.
       — Wyobraź sobie, że tak jest na prawie każdym spotkaniu. Potem wszystkie dziewczyny mają bzika na punkcie odchudzania się.
       — A chłopaki?
       James wzruszył ramionami i nadział kawałek mięsa na widelec.
       — Nic z tego nie mają. Cieszą się tylko, że dostali darmowe jedzenie.
       Ginny uśmiechnęła się szeroko. Czego innego mogła się spodziewać po mężczyznach?
       — Kto je przygotowuje? Bo nie uwierzę, że Slughorn robi to z własnej woli.
       — Skrzaty domowe. Pracują w kuchni przez kilka godzin, a potem sprzątają dormitoria i Pokoje Wspólne, dzięki czemu codziennie mamy czysto.
       — Słyszałam kiedyś o tym. One dostają za to pieniądze?
       James popatrzył na nią zdziwionym wzrokiem.
       — Pieniądze? Pracują za darmo i to z wielką przyjemnością. W domu też mam skrzata domowego, który cieszy się ze swojej roboty i tego, że ma "tak kochaną rodzinę". Cóż, u nas jest na pewno lepiej, niż u Malfoyów. — Skrzywił się.
       — Zapewne — urwała rozmowę.
       Zauważyła, jak z przeciwległego końca stołu Syriusz rozmawia szeptem z Remusem i Peterem. Byli czymś bardzo ożywieni, ponieważ żywo gestykulowali i kręcili głową. Co chwilę któryś z nich przerywał wypowiedź drugiego, jakby była to rzecz naturalna.
       Nagle Ginny wpadła do głowy jedna myśl. Zmarszczyła brwi i popatrzyła na Jamesa.
       — Tak właściwie, to czemu siedzisz ze mną, a nie ze swoimi przyjaciółmi? — zapytała.
       James uśmiechnął się szeroko.
       — Chciałem cię pilnować i dotrzymać towarzystwa. To źle?
       — Nie, oczywiście, że nie! Tylko że... to są twoi przyjaciele i na pewno wolałbyś z nimi spędzać czas.
       — Ty też jesteś moją przyjaciółką, Gin. — Uśmiechnął się jeszcze radośniej.
       Ginny oniemiała na chwilę. Kiedy wyrwała się z osłupienia, zapytała:
       — Jestem?
       — Jesteś.
       Ginny poczuła przyjemne motylki w brzuchu. Już dawno nikt nie nazwał ją przyjaciółką.
       — To miło. — Uśmiechnęła się ciepło.
       James odwdzięczył uśmiech i powrócił do jedzenia potrawy. A Ginny zamiast tego wpatrzyła się w talerz z nieopisanym szczęściem.
       To było najlepsze spotkanie u Slughorna, na jakim była.


       — I jak ci się podobało na kolacji? — zapytał Syriusz, kiedy całą piątką wracali do Pokoju Wspólnego.
       Ginny uśmiechnęła się szeroko.
       — Było wyśmienicie — wyznała.
       Black popatrzył na nią radośnie, jakby nagle wygrał sto galeonów na loterii. Najwidoczniej nie tylko Ginny bawiła się doskonale tego wieczoru.
       — Żeby tylko było więcej takich spotkań — westchnął Peter.
       Remus poklepał go przyjacielsko po ramieniu.
       — Też mam taką nadzieję. Nażarłem się więcej niż przez cały tydzień. Merlinie, jutro chyba nie wyjdę z łóżka.
       — To byłaby jedna z najbardziej niespotykanych rzeczy w twoim życiu. Nie poszedłbyś na lekcję, nie przeczytał książki, ani nie pouczył.
       — Wszelkie objawy kujoństwa. Syriusz ma rację, sam zdziwiłbym się, gdybyś coś takiego zrobił.
       Remus popatrzył na Jamesa zjadliwie.
       — Zawsze można na ciebie liczyć, Jim.
       — Od tego jestem, Remi.
       Ginny uśmiechnęła się szeroko, widząc początek sprzeczki pomiędzy chłopakami.
       — Nie ma to jak w domu, prawda, Ginny? — zapytał Peter.
       Gryfonka przytaknęła głową.
       Nie ma to jak w domu.


       Kolejny tydzień minął jak z bicza strzelił i nim uczniowie się spostrzegli, już był początek listopada, co zapowiadało pierwszy mecz quidditcha w tym sezonie. Zarówno Gryfoni jak i Puchoni ostro trenowali, żeby pobić na boisku swoich przeciwników. Szanse były wyrównane, ponieważ obie drużyny były przygotowane na każdy możliwy ruch.
        Ginny, Remus i Peter siedzieli na trybunach, czekając na zawodników, którzy mieli pojawić się już za chwilę. Rozmawiali między sobą o możliwym wyniku oraz o tym, kto jako pierwszy zdobędzie punkty. Każdy z nich był zdania, że Gryffindor, lecz później Hufflepuff mógłby ich nadgonić, tak jak zawsze to robią w nagłych wypadkach.
        — Zdziwiłbym się, gdyby tym razem było inaczej — rzekł na to Peter.
       Ginny chciała odpowiedzieć, lecz usłyszała głos komentatora, który radośnie powitał uczniów przed zbliżającym się meczem. Wokół rozległy się gromkie okrzyki i oklaski, do których Ginny, Remus i Peter dołączyli. Po chwili na boisko wyleciała drużyna Griffindoru, a zaraz za nią Hufflepuffu.
       — Głośniej, głośniej! Zawodnicy potrzebują dopingu! Krzyczcie! — wołał komentator.
       Ginny wrzasnęła najgłośniej jak się dało, klaszcząc szybko w dłonie. Tak samo zrobili chłopaki.
       Syriusz zakręcił kółko w powietrzu i zatrzymał się, szukając wzrokiem swoich przyjaciół. Znalazł ich w umówionym miejscu i pomachał ręką z szerokim uśmiechem. Ginny odmachała żywo, czując, jak emocje powoli biorą nad nią górę.
       — Kapitanowie, podajcie sobie ręce!
       James oraz nieznany jej Puchon stanęli naprzeciwko siebie i uścisnęli dłonie. Pani Hooch wytłumaczyła im ogólne zasady, które mają panować podczas gry. Chłopcy pokiwali głowami na znak, że wszystko rozumieją, po czym wsiedli na miotły i unieśli się w powietrze. Ustawili się na swoich pozycjach i tylko czekali na gwizdek rozpoczynający mecz.
       — Wygramy — powiedział z pewnością Remus.
       — A dlaczego tak sądzisz?
       — Ginny, to jest pewne. Spójrz tylko na Syriusza. Jest gotowy zmiażdżyć Puchonów.
       Gryfonka parsknęła śmiechem. Z oddali usłyszała gwizdek oraz rumor robiony przez widzów.
       — I zaczęli grać! Kafla przejął Smith, który zaczął zręcznie omijać Gryfonów. Podał do White'a, White do Rogersa, a Rogers z powrotem do Smitha! Jak widać Puchoni w tym roku zdecydowali się na szybką grę. Ale... tak jest! Harris przejął piłkę i teraz leci w stronę bramki drużyny przeciwnej! Widzieliście to zgrabnie ominięcie?
       Tłum na nowo zaczął wrzeszczeć, wykrzykując nazwy domów.
       — Auć! To bolało. White wpadł na Pottera, który chciał złapać kafla. To jest faul, pani sędzio! FAUL!
       James, widocznie wściekły, zaczął zataczać pętle wokół Puchonów. Musiał ominąć tłuczek, który naleciał z drugiej strony, przez co kafel wypadł mu z ręki.
       — Pałkarze z Hufflepuffu najwyraźniej chcą zdyskredytować kapitana Gryffindoru! Fala tłuczków uniemożliwia mu rzut przez obręcz!
       — GNOJE! — wrzasnęła Ginny, nachylając się nad barierką. — No zabierz mu to! ZABIERZ TO! Przerzuć do Harrisa! DO HARRISA! DAWAJ, JAMES! RZUĆ SYRIUSZOWI!
       — Tak jest! Black złapał kafla! Leci wprost na obręcz przeciwnika i... DZIESIĘĆ PUNKTÓW DLA GRYFFINDORU!
       Sektor Gryfonów zaryczał głośno.
       — Puchoni nie tracą czasu i atakują! Rogers, White, Rogers...
       Przez następną godzinę Puchoni zdobyli dwadzieścia punktów, tak samo jak Gryfoni. Z Hufflepuffu strzelili White i Smith, a z Gryffindoru James i Harris. Udałoby się znowu Syriuszowi, gdyby nie ponowny faul, którego pani Hooch nie zaliczyła. Od tego momentu Syriusz zaczął grać znacznie ostrzej, niż wcześniej.
       — Jak tak dalej pójdzie, to oni się tam zabiją — skomentował to Peter.
       — Jest duże prawdopodobieństwo — zgodził się Remus.
       Po następnych kilku minutach szukający w końcu odnalazł znicz.
       — Hughes jest już kilka metrów przed zniczem! Szukający Hufflepuffu jest daleko w tyle! Czy Gryfoni wygrają?! Moi drodzy i to jest... TAAK! GRYFFINDOR WYGRAŁ STO OSIEMDZIESIĄT DO DWUDZIESTU! HUGHES ZŁAPAŁ ZNICZ!
       Ginny zerwała się z miejsca i zaczęła głośno wrzeszczeć. Zdarła sobie przy okazji gardło, kiedy wymawiała imienia Syriusza i Jamesa.
       — GRY–FFIN–DOR! GRY–FFIN–DOR!
       — Chodźcie szybko na dół, zanim reszta przybiegnie! — krzyknął Remus.
       Ginny i Peter prędko pospieszyli za Lupinem. Zbiegli ze schodów, przepchnęli się przez uczniów, aż w końcu przedarli do Jamesa i Syriusza, którzy z szerokimi uśmiechami rzucili się na nich.
       — Wygraliśmy! — krzyknął Potter, który zgniótł Weasley w uścisku.
       Dziewczyna roześmiała się radośnie.
       — Od zawsze w was wierzyłam!
       Odsunęła się od Jamesa, aby pozwolić Remusowi i Peterowi  na chwilę z nim. Odwróciła się w stronę Syriusza, który tylko stał i obserwował ich z wielkim uśmiechem.
       — A to już do mnie nie łaska się przytulić, mała? Zasługuję na to o wiele bardziej! A szczególnie moje biodro. — Skrzywił się.
       Ginny pokręciła głową z uśmieszkiem, po czym również podeszła do Syriusza i go uściskała. Mocno przytuliła się do niego, starając się nie wypuszczać go z objęć.
       — Chodziło mi o lekkie przytulenie, a nie przygniecenie przez żubra. — Usłyszała głos chłopaka.
       — Ale wcześniej tego nie określiłeś. — Zaśmiała się.
       Krzyki wokół oznaczały zbliżających się nieubłaganie uczniów. Zbiegali z schodów i barierek, żeby tylko być koło swoich drużyn.
       James, Remus i Peter stali koło siebie i przyglądali Ginny i Syriuszowi. Pettigrew szturchnął delikatnie Pottera i powiedział:
       — To wygląda za uroczo jak na tę chwilę.
       — Masz rację, Peter. — Przytaknął głową. — Rozejść się, ludzie, muszę z kimś porozmawiać.
       James przedarł się przez tłum aż w końcu stanął koło dwójki przyjaciół. Nachylił się nieco nad Ginny i rzekł:
       — Wolałabyś iść z nami do Hogsmeade czy na imprezę do Pokoju Wspólnego?
       Ginny, zdziwiona propozycją Jamesa, odsunęła się od Syriusza i popatrzyła na dwójkę chłopaków.
       — Do Hogsmeade? Ale ja nie mam zgody na wyjście.
       Potter pokręcił głową.
       — Nie potrzebujesz jej, a zwłaszcza z nami.
       — To będzie legalne wyjście?
       James uśmiechnął się szeroko.
       — A jak myślisz?


       — Nie mówiliście nigdy o tajnych przejściach w Hogwarcie!
       — Nie było takiej okazji.
       Ginny wraz z chłopakami wędrowała po magicznym miasteczku.Wstąpili już do Zonka oraz Miodowego Królestwa, gdzie nakupili mnóstwo słodyczy. Huncwoci pokazali jej najróżniejsze zabytki, wymyślając do tego najróżniejsze historie; tego, jak powstawały, ewoluowały. Przez krótką chwilę miała wrażenie, że wszystko, co opowiedzieli, to prawda, lecz kiedy w ich słowa wkradła się "nimfa leśna", zrozumiała, że się nieco pomyliła. Co nie zmieniało wrażenia, że dalej czuła się jak w świecie baśni, czego nie omieszkała się skomentować.
       — Moglibyście zostać nauczycielami historii magii z tą dykcją i urozmaicaniem opowieści.
       — Żeby wszyscy pousypiali? Nie dzięki, nie chciałbym mieć reputacji najnudniejszego profesora w Hogwarcie. Choć Binnsa już nikt nie pobije.
       — James, uwierz mi, gdyby ktoś was tak kiedyś określił, powybijałabym im zęby.
       — Miło.
       Skręcili za róg ulicy, a potem zatrzymali się przed drzwiami sklepu Scrivenshafta. Remus odwrócił się do nich i rzekł:
       — Muszę kupić kilka piór. Wchodzicie ze mną czy czekacie tutaj?
       — Ja wchodzę. Nie zamierzam stać na dworze w taki ziąb — zdecydował Peter.
       — Ja też pójdę. Może znajdę coś ciekawego.
       James, Remus i Peter weszli wspólnie do sklepu, pozostawiając Ginny i Syriusza na zewnątrz. Drewniane drzwi trzasnęły za nimi, a trójka chłopaków rozeszła się po sklepie w poszukiwaniu odpowiednich rzeczy.
       Stosy pergaminów, piór i atramentów pierzchły się na wystawnych półkach. Nawet najzwyklejsze zielone przybory do pisania wyglądały na nich niezwykle wykwintnie, jakby zostały zrobione przez mistrza.
       James rozglądnął się wokół w poszukiwaniu sprzedawcy. Za blatem nikogo nie było, więc zakładał, że pan Bennett wyszedł na chwilę na zaplecze. Nieco dalej Peter oglądał rodzaje atramentów. Co chwilę podnosił i odstawiał coraz to nowsze rodzaje, uważając, żeby ich przypadkiem nie rozbić.
       — Chyba sobie taki kupię. Nie wiem, ile jeszcze mi pozostało w poprzednim, dlatego wolę mieć na zapas — powiedział.
       James odmruknął coś pod nosem i zaczął postukiwać palcami o nogę. Zaczynał się niecierpliwić przedłużającą się nieobecnością pana Bennetta.
        — Wiecie może, gdzie on może być? — zapytał się przez ramię.
        — Nie mam zielonego pojęcia. Może skoczył na herbatkę?
        — Pete, nie żartuj sobie.
        — Wybacz — mruknął Peter i przewrócił oczami.
        — Ginny i Syriusz długo postoją na zewnątrz — rzekł Remus.
       — Jak zmarzną to przyjdą do środka. — Wzruszył ramionami Peter.
       — I to się nazywa troska o przyjaciół — sarknął James.
       Kącik ust Petera uniósł się ku górze.
       Z lekkim uśmiechem wrócił do przeglądania różnokolorowych atramentów.


       Ginny wypuściła parę z ust. Malutki obłoczek powędrował do nieba, a gdzieś po drodze rozmył się w powietrzu.
       — Kiedy byłem mały, często bawiłem się w taki sposób. Matka uważała to za niepoważne.
       Zerknęła w stronę Syriusza, który z rozbawieniem obserwował wydobywającą się parę z jego ust.
       — Ja nawet potrafiłam robić to przez kilka minut, ale równie szybko się nudziłam — przyznała z rozbawieniem.
       — A rodzice nic sobie z tego nie robili?
       Ginny pokręciła przecząco głową.
       — Nie, puszczali to płazem. Właściwie jak wszystko, kiedy robiłam głupie rzeczy.
       — Ty przynajmniej miałaś normalną rodzinę — mruknął Syriusz.
       — Można to tak ująć. Nie było najlepiej, ani nie najgorzej, tylko w sam raz. Czasami jeszcze za nimi tęsknię, ale to rzadko się zdarza. Chyba przyzwyczaiłam się już do ich śmierci.
       — Albo jesteś potworem bez serca. To też jest bardzo możliwe.
       Ginny trzepnęła go mocno w ramię. Syriusz uśmiechnął się tylko szeroko, w żaden sposób tego nie komentując.
       Przeszli już sklep Zonka oraz bar u Madame Rosmerty. Ginny popatrzyła tylko tęsknie w stronę miejscowego lokalu, w którym było pełno ludzi. Śpiewali, pili piwo kremowe, grali w gry, jakby próbowali przypomnieć sobie swoje lata młodości. Jakby na nowo chcieli poczuć się dziećmi.
       — Cudowny widok, prawda? — zapytał Syriusz, który patrzył w tym samym kierunku co ona.
       Ginny westchnęła cicho. Chciałaby usiąść w środku i na chwilę zapomnieć o tym, gdzie i w jakich czasach się znajduje. Chciałaby odetchnąć.
       — Szkoda, że nie możemy tam wejść.
       — Za niedługo będzie organizowana wycieczka do Hogsmeade, a wtedy na spokojnie zamówimy piwo kremowe. 
       — Zawsze jest tam taki gwar? — Popatrzyła na chłopaka z ciekawością.
       — Podczas przerwy świątecznej jest jeszcze większy. Czarodzieje przychodzą poobserwować wystrój pubu, który z roku na rok się zmienia na coraz lepszy. Wszędzie zawieszone są łańcuchy i światełka, choinka jest bogatsza w nowe ozdoby, a nawet menu się zmienia.
       — Często zostajesz w zamku na święta? 
       Dorosły Syriusz nigdy o tym nie wspominał, a przynajmniej nie w jej obecności. Rzadko kiedy opowiadał o swoich przygodach w Hogwarcie jak i po wyjściu z niego, kiedy musiał toczyć bitwy z śmierciożercami. Jak już to robił, to tylko przy Harrym. Ginny omijał szerokim łukiem, nawet kiedy byli w jednym pokoju. 
       Jej krótkie rozmyślania przerwał Syriusz, który odpowiedział na jej pytanie.
       — Przez cztery lata z rzędu zostawałem, a rok temu pojechałem do rodziców Jamesa. Pani Potter gotuje przepyszne dania, musisz kiedyś spróbować.
       Ginny uśmiechnęła się lekko, kiedy zobaczyła rozmarzony wzrok Syriusza. Wiedziała coś o pysznych daniach – jej mama należała do najlepszych kucharek, jakie w życiu poznała. Przygotowywane przez nią dyniowe paszteciki należały do ulubionych potraw Ginny, i nic nie było w stanie ich pobić. Nawet jedzenie od skrzatów nie dorównywało tych mamy.
       — Wyobrażam sobie. — Kopnęła kupkę liści. Z zainteresowaniem patrzyła, jak rozsypują się dookoła. — Za miesiąc też do nich wyjeżdżasz?
       Syriusz pokiwał żywo głową. 
       — Tydzień temu wysłali mi zaproszenie, które przyjąłem. A ty?
       — Zostaję w Hogwarcie, niestety. Mam kilka ważnych rzeczy do zrobienia i bardzo mało czasu, żeby gdziekolwiek pojechać. Choć nawet nie mam gdzie. — Skrzywiła się wyraźnie.
       — Jeśli chcesz, państwo Potter na pewno zgodziliby się ciebie przyjąć na te dwa tygodnie — powiedział szybko.
        Ginny zaperzyła się. Nie chciała nadużywać gościnności rodziców Jamesa, którzy i tak pewnie jej nie znają. Nie mówiąc o tym, że ktoś podczas świąt musi doglądać eliksiru, żeby się nie zepsuł. 
       — Mam obowiązki, Syriuszu, z których muszę się wywiązać, ewentualnie pójdą się fajczyć. Nawet gdybym mogła, muszę się uczyć. — "Albo szukać sposobu na powrót do przyszłości", dodała w myślach.
       — Jesteś pewna? — Popatrzył na nią niepewnie.
       Ginny pokiwała głową. 
       — Oczywiście, że tak. A co z Remusem i Peterem? Oni też wracają do domu?
       — Prawie jak zawsze. Tylko dwa razy udało nam się w czwórkę spędzić całe święta, potem niektórzy się wyłamali. 
       Nagle Syriusz gwałtownie odwrócił w jej stronę głowę. Wyglądał jakby wpadł na genialny plan, którego Ginny byłaby uczestnikiem.
       — A może w tym roku zostaniemy w zamku wszyscy razem, w piątkę? Damy sobie prezenty, ucałujemy w policzki, złożymy życzenia i zjemy wspólnie kolację. — Zaświeciły mu się oczy.
       Ginny popatrzyła na niego z zaskoczeniem, a zaraz potem poczuła, jak niechęć uderza w nią z całą siłą. Chciała zostać sama, nie potrzebowała do tego ich towarzystwa. Próbowaliby cały czas przebywać koło niej i przeszkadzać jej w pracy. 
       — Nie! — Gwałtownie zaprzeczyła. Dopiero po zdziwionym spojrzeniu Syriusza zrozumiała, co palnęła. — Chodziło mi o to, że odpowiada mi samotność. I nie chcę psuć wam świąt tylko przez to, że będziecie musieli zostać ze mną. To byłoby trochę nie fair wobec waszych rodzin, nieprawda? 
       Syriusz uśmiechnął się pobłażliwie.
       — Ależ to żaden problem, mała. Mogę nawet powiedzieć, że wręcz przyjemność.
       Zmroziło ją w środku. Nie chciała ich towarzystwa, nie teraz. Potrzebowała ciszy i samotności, żeby pomyśleć nad swoim zachowaniem i ruchami, jakie później wykona. 
       W duchu jak mantrę powtarzała "nie chcę, nie chcę, nie chcę". Czuła, jak na nowo traci nad wszystkim kontrolę, jak jej mózg powoli zaczyna wariować. Od kiedy tak łatwo popadała w szaleństwo? Nigdy nie przejmowała się takimi drobnostkami jak święta. Zazwyczaj z łatwością ignorowała szalejące zmysły, kiedy była stawiana w ciężkich przypadkach. Brała się w garść i parła naprzód, ale teraz miała ochotę wykonać trzy kroki w tył, a potem uciec daleko stąd. Chciała rzucić wszystko; przeszłość, teraźniejszość i przyszłość, notatki o podróżach w czasie, Huncwotów a nawet naukę, byleby tylko zaznać chwili spokoju. Pragnęła wrócić do domu, do swoich przyjaciół i wojny, która była prowadzona. Czy to ona spowodowała takie zawirowania w jej głowie? A może już dawno popadała tak szybko w panikę, że tego nie zauważyła?
       Nagle poczuła, jak płacz chce wydostać się z jej ciała. A potem przypomniała sobie, że ona nie potrafi płakać. I mimo iż po jej policzku nie spłynęła ani jedna łza, w duchu wiedziała, że jest najżałośniejszym człowiekiem, jaki istnieje.

piątek, 14 października 2016

Rozdział 9 - Mała


Tekst nie był betowany.


     Będąc na Grimmauld Place Ginny wielokrotnie wsłuchiwała się w słowa Moody'ego. "Stała czujność", jak powiadał, przysłużyła jej się w następnych latach, kiedy to na dobre zaczęły się ataki śmierciożerców. Na weselu Billa uratowało jej to życie. Zaklęcie Lucjusza Malfoya minęło ją o zaledwie cal, jak to później opowiadał Remus, kiedy byli sami w kuchni i ogrzewali się ciepłą herbatą. Jedną z niewielu rzeczy, jakie z tej rozmowy zapamiętała, był unoszący się dym znad kubka oraz ciepło rozchodzące się z niego. Patrząc na to po wielu miesiącach, zastanawiała się, dlaczego aż tak bardzo skupiła się na szczegółach, a nie ważnych informacjach, które opowiadał jej Lupin. Czy aż tak bardzo potrzebowała normalności w tych szalonych czasach?
     — Jesteś naprawdę nienormalna, Weasley.
     Ginny nagle wyrwała się z letargu, w którym trwała już od paru minut. Ciepła herbata na pewno była już letnia, a grzanka z dżemem niejadalna. Zawsze uważała, że najlepiej jeść dania na ciepło, bo później tracą swój smak. Tym razem było tak samo, kiedy z wykrzywionymi ustami popatrzyła na swojego tosta.
     — Ostatnio stałaś się wyjątkowo cicha — rzekł Tom, kiedy usiadł koło niej.
     — Ty też byłbyś, gdybyś oszukał swoich znajomych. — Zaczęła lustrować stół wzrokiem. — A przy okazji mam dziwne wrażenie, że teraz nic mi nie wychodzi. Taki mały dodatek do mojego, jak to kiedyś określiłeś, marnego życia. Od zawsze potrafiłeś pocieszać, Tom.
     Riddle popatrzył na nią niesympatycznie, do czego zdążyła się już przyzwyczaić. Przez pięć lat doświadczała tego spojrzenia, dlatego teraz nie robiło to na niej żadnej różnicy.
     — Zdobyłaś już tę zgodę? — zapytał Tom.
     Ginny westchnęła niecierpliwie.
     —Nie, Tom. To nie jest tak łatwe, jak myślisz. Ja w porównaniu do ciebie nie mam tego uroku, którego używałeś na nauczycielach.
     Nadziała na widelec kawałek naleśnika, którego przed chwilą zauważyła. Przez chwilę bawiła się w owijanie go wokół widelca, po czym wsadziła do ust. Smak białego sera od małego pobudzał ją do działania, nawet kiedy była niewyspana. 
     — Idziesz dzisiaj po tę zgodę?
     Rzuciła widelec na talerz z taką mocą, że Gryfoni, którzy siedzieli wokół niej, odwrócili w jej stronę głowy z zainteresowaniem. Ginny zgromiła ich spojrzeniem, które potrafiłoby przestraszyć pierwszaka i nie oglądając się na resztę, syknęła w stronę Toma:
     — Pójdę, jeśli tylko się zamkniesz. Proszę — dodała po chwili zastanowienia.
     Riddle uniósł jedną brew, ale posłusznie nie odezwał się już ani słowem. Zamiast tego wlepił wzrok w kubek, jakby ten nagle wydawał się najciekawszą rzeczą w pomieszczeniu wypełnionym masą uczniów. 
      Ginny zaczęła rozkoszować się swoim śniadaniem. Wokoło niej rozbrzmiewał gwar rozmów i śmiechów. Powoli do Wielkiej Sali zaczynało napływać coraz to więcej uczniów, wśród których Ginny nie widziała Huncwotów ani Lily i Mary. Zaczęła zastanawiać się, czy przypadkiem nie przyszła za wcześnie na śniadanie. Chłopaki nigdy nie należeli do rannych ptaszków, tak samo jak dziewczyny, więc prawdopodobne było, że wciąż są swoich dormitoriach i dopiero wstają.
       Po chwili zauważyła, jak czarnowłosy chłopak zbliża się niepewnie w stronę jej miejsca. Starał trzymać się z daleka od innych Gryfonów, jakby ci byli jakąś śmiertelną zarazą. Coraz bardziej przyspieszał swoje tempo, kiedy zauważał morderczy wzrok tych uczniów. Nie był zbyt mile widziany przy ich stole.
       Kiedy stanął koło Weasley, jego postawa nieco rozluźniła się, jakby Ginny mogła zapewnić mu jakieś bezpieczeństwo. I mimo iż dalej był spięty, teraz miał na twarzy maskę spokoju.
       — Weasley — rzekł Snape. — Slughorn zaprosił nas na przyjęcie. 
       Ginny zmarszczyła brwi. Naprawdę nie chciała iść na małą ucztę, na której tylko podlizywałaby się nauczycielowi. Wolała w tym czasie posiedzieć w bibliotece z Remusem czy rozmawiać z Huncwotami przy piwie kremowym w Pokoju Wspólnym.
       Westchnęła ciężko.
       — Kiedy i o której?
       Snape obdarzył ją dziwnym spojrzeniem, zanim rzekł:
       — W sobotę o osiemnastej. Mamy ubrać się swobodnie, bo to będzie zwykła kolacja.
       Czyli tak jak myślała. Zapewne odświętny ubiór będzie dopiero na święta.
       — Świetnie. Idziesz teraz do pracowni? Nie chce mi się potem siedzieć do późna nad kociołkiem, bo wolałabym pójść do biblioteki.
       Snape przytaknął głową i oddalił się nieco, żeby poczekać na Ginny, która zjadała ostatnie resztki śniadania. W pośpiechu wpychała do ust naleśnika oraz popijała go herbatą. Po chwili jednak wstała i szybszym krokiem pospieszyła do Snape'a. 
       Kiedy stanęła u jego boku, poczuła na sobie kilka spojrzeń innych Gryfonów, którym zapewne nie podobało się, że Weasley zadaje się z Ślizgonem. Nic sobie z tego nie robiąc, ruszyła z nim do wyjścia z sali, natykając się na coraz większą ilość wrogich spojrzeń.
       — Oni nie wiedzą, że my razem pracujemy nad projektem? — zapytał cicho Snape, wskazując Gryfonów palcem.
       Ginny prychnęła.
       — Gdyby wiedzieli, na pewno nie traktowaliby nas jak wrogów.


      
W piątki biblioteka nigdy nie była tak oblegana przez uczniów, jak w inne dni. Większość uczniów odpoczywała ze znajomymi po kilku dniach szkoły albo spacerowała po błoniach. W piątek atmosfera nagle zdawała się weselsza, cieplejsza czy po prostu milsza, niż w pozostałe dni, co było wręcz wyczuwalne. Nawet burze czy wiatr nie były w stanie tego zepsuć.
       Ginny ostatnio zauważyła, że w bibliotece przebywa częściej niż w swoich czasach. To prawda, ciągłe poszukiwania na temat powrotu do przyszłości zajmowały jej długi czas w tym pomieszczeniu, lecz nie tylko one były tego przyczyną. Chęć nauki, spotkania z Remusem czy zwykłe pragnienie chwilowego wyciszenia się od szkolnego gwaru również zaliczały się do licznych powodów, które mogłaby wymieniać. Lecz przede wszystkim biblioteka kojarzyła jej się z nieprzemijaniem, czy staniem w miejscu. Ten pokój, spośród wszystkich sal w Hogwarcie, wydawał się być dokładnie taki sam jak za jej czasów, w których to ona się uczyła. Ten sam zapach ksiąg, pergaminu, starych desek. Stałe, niezmienne rzeczy, dzięki którym mogła poczuć się jak w domu, jej kochanym, starym domu.
       Również często zaskakiwała się niecodziennymi sytuacjami, których była świadkiem. Jednym z takich wydarzeń było spotkanie Syriusza, który szukał czegoś pośród ksiąg na regale. Schylał się na każdy możliwy sposób, aby znaleźć szukaną książkę. 
       Po kilku sekundach przyglądaniu mu się, Ginny postanowiła odezwać się:
       — Czego szukasz?
       Syriusz gwałtownie odwrócił się w jej stronę, na początku z zaskoczeniem, a potem ze spokojem. Mogło jej się to przewidzieć, ale zdawało jej się, że Syriusz nawet odetchnął z ulgą.
       — Książki do obrony. Wiesz, Keating zadał strasznie dużo do zrobienia, a czuję, że jeśli teraz nie zacznę pisać eseju, w poniedziałek się nie wyrobię. A w poniedziałek mam dodatkowo trening, więc rozumiesz...
       Ginny potaknęła głową, patrząc na jego żałosną pozycję. Wydawał się być nieco zmęczony, jakby przez kilka ostatnich nocy nie spał, co skutecznie wynagradzał drzemką na lekcjach. Od wczoraj udało mu się zdobyć cztery szlabany za nieuważanie czy właśnie spanie. Jeśli Ginny byłaby szczera, uważała to za niejaki rekord, który sama by nie pobiła.
       — Rozumiem. Potrzebujesz pomocy? — zapytała przyjaźnie.
       Syriusz pokiwał niepewnie głową. Odwrócił swój wzrok z powrotem na regał.
       — Nie mogę znaleźć odpowiedniej książki. Wiem, że gdzieś tu była, bo jeszcze niedawno ją tu widziałem, ale teraz tak jakby... zniknęła.
       Ginny uśmiechnęła się ciepło i z profesjonalną miną podeszła do regału, na którym walały się książki różnej grubości czy szerokości. Przebiegała ręką po starych, zakurzonych książkach, szukając odpowiedniego tomu. 
       — A jaki to był tytuł? — zapytała ze zmarszczonymi brwiami.
       — "Rodzaje tarcz ochronnych", o ile się nie mylę.
       Ginny zagryzła w zamyśleniu wargi i zaczęła dokładniej przeszukiwać tytuły. Po chwili jednak odnalazła odpowiednią książkę i wręczyła ją chłopakowi do ręki. Ten popatrzył na tom z niemałą satysfakcją i rzekł z uśmiechem:
      — Dzięki, Ginny! Już myślałem, że Lunia będę musiał pytać, a on się strasznie denerwuje, gdy go pytam o zadanie. Naprawdę nie rozumiem, o co mu chodzi. — Zrobił niezrozumiałą minę.
       Ginny parsknęła śmiechem. 
      — Następnym razem poproś Jamesa albo mnie o pomoc, jeśli nie potrafisz czegoś zrozumieć. Odpisywanie od Remusa nie jest zbytnio dobrym wyjściem.
        — Postaram się — Uśmiechnął się szeroko. — Ty za to możesz liczyć na mnie, gdyby jakaś książka była na wyższej półce. Takie małe dziewczyny jak ty mogą mieć problem z ściągnięciem jej a dół.
       Ginny spojrzała na niego oburzona.
       — Nie jestem mała! 
       — Wcale. — Zaśmiał się.
       Ginny miała ochotę wyjaśnić mu, jak wygląda malutki człowiek, lecz zanim to się stało, Syriusz popatrzył w stronę wyjścia z biblioteki i rzekł:
       — Muszę iść robić zadanie, Gin. Wiesz, Keating nie może czekać. Spotkamy się na kolacji, mała Ginny.
       Uśmiechnął się radośnie w jej stronę i szybko pognał do bibliotekarki, aby pozwoliła mu wypożyczyć książkę. Po krótkiej rozmowie z panią Pince Syriusz ruszył ku wyjściu z biblioteki raźnym krokiem. A Ginny w tym czasie stała jak słup soli w miejscu, w którym ostatnio rozmawiała z chłopakiem, i patrzyła przed siebie otępiałym wzrokiem.
       Tom zawsze mówił na nią "mała Ginny". Często dodawał też słowo "słodka", aby wydźwięk był bardziej ufny. Z każdym takim wyrażeniem była coraz bardziej bezbronna, odsłaniając swe sekrety przed Riddlem. Mówiła o swoich problemach, takich jak brak przyjaciół, kłopoty z nauką czy spaniem. 
       Nie chciała być znowu "małą, słodką Ginny". Nie chciała być "bezbronną Ginny". 


       Do Pokoju Wspólnego dotarła dopiero po kolacji, którą i tak ominęła. Nie była ani trochę głodna, a sam widok jedzenia na chwilę obecną ją obrzydzał. Zapach potraw tylko odpychał ją od Wielkiej Sali.
       W Pokoju Wspólnym jak zawsze panował gwar i hałas. Przez powietrze przewijał się zapach ciastek i piwa kremowego, które ktoś musiał zabrać podczas kolacji. Ogień w kominku wesoło trzaskał, dając najmocniejsze źródło światła w całym pokoju. Ciepło przewijało nawet ogólny mrok w pomieszczeniu, co od zawsze zaskakiwało Ginny. Pomimo ciemności wszyscy byli weseli i niezwykle żywi.
       Rozglądała się wokół w poszukiwaniu Huncwotów lub jej współlokatorek, których nie widziała od samego rana. Wydawały się nagle zapaść pod ziemię, wraz ze wszystkimi swoimi podręcznikami i pergaminami. Na początku Ginny myślała, że mogły pójść do biblioteki, lecz po kilku godzinach spędzonych w niej, odrzuciła ten pomysł. Bo gdyby tak było, przynajmniej mignęłyby jej przed oczyma.
       Po kilku sekundach znalazła Huncwotów w najciemniejszym kącie w pokoju. Machali do niej żywo, chcąc zwrócić jej uwagę, więc prędko do nich pospieszyła. Kiedy się do nich przepychała, dostała kilka razy łokciem w ramiona i bok, choć skutecznie starała się to ignorować. Przejście przez środek Pokoju Wspólnego nigdy nie był łatwy, a już szczególnie w piątki.
       Po chwili znalazła się koło nich. Nieco pokiereszowana, z zaciętą miną i ogólnym zmęczeniem padła obok Remusa na siedzenie, czując, jak cały dzień poszedł w jej plecy. 
       Wykrzywiła twarz i skomentowała:
       — Jeszcze nigdy nie miałam aż tak męczącego dnia. 
       Syriusz położył nogi na stół i rozrzucił wokół masę zapisanych pergaminów. Remus patrzył na spadające prace domowe z żalem, jakby chciał je mentalnie przeprosić, a jednocześnie przekazać, że to Syriusz. Więcej nie trzeba wyjaśniać.
       — Nie martw się, Gin, jutro sobota. Cudowny dzień aby wypocząć, zjeść masę jedzenia i przyjść na nasz trening o szesnastej. — Syriusz uśmiechnął się szelmowsko.
       Ginny jęknęła przeciągle i schowała twarz w dłoniach.
       — Naprawdę muszę iść? Muszę jeszcze pójść do pracowni, biblioteki i...
       — Na spotkanie u Slughorna. Wiemy.
       — Skąd? — Poderwała gwałtownie głowę i popatrzyła się po ich twarzach. — Przecież wiedzą o tym tylko członkowie Klubu Ślimaka.
       Chłopaki uśmiechnęli się szeroko, wprowadzając tym samym Ginny w osłupienie.
       — Wy nie mówicie poważnie! Należycie do Klubu Ślimaka? Jak? Dlaczego? 
       James zaśmiał się wesoło z jej reakcji.
       — Należymy. — Przytaknął głową. — Od początku piątej klasy.
       — I tu nie chodzi o to, że jesteśmy jakoś szczególnie utalentowani w jakichś dziedzinach — rzekł Syriusz. — No, może oprócz Lunia, który jest we wszystkim najlepszy.
       — Więc dlaczego? Musicie mieć coś w sobie, skoro Slughorn chciał, abyście dołączyli do jego klubu. Na przykład ty, James — zwróciła się do Pottera. — Jesteś najlepszy w klasie z transmutacji. A ty, Syriuszu, z obrony przed czarną magią. Slughorn zauważył wasz potencjał i postanowił go udoskonalić.
       Syriusz pokręcił przecząco głową. Jego twarz wykrzywiła się w wyrazie zniesmaczenia, tak samo jak Jamesa i Petera.
       — Tu nie chodzi o to, czy jesteśmy dobrzy, czy źli. Gdyby tak było, nigdy nie znaleźlibyśmy się nawet na liście oczekujących do jego zacnego grona — zironizował. Popatrzył na nią z namysłem i rzekł: — Ty po części też nie jesteś z powodu swojego uzdolnienia w eliksirach. Choć, muszę przyznać, jesteś z nich naprawdę niezła. 
       Kącik jej ust uniósł się w górę.
       — Dzięki, ale do mistrzostwa mi jeszcze daleko. 
       Syriusz znowu pokręcił głową.
       — Bliżej niż dalej. I właśnie o to chodzi; w przyszłości będziesz kimś ważnym. Skończysz tak samo jak wszyscy uczestnicy Klubu Ślimaka – wysoko postawieni urzędnicy, uzdrowiciele, gwiazdy quidditcha czy aurorzy. Nigdy wcześniej nie było cię w Anglii, więc możesz tego nie zrozumieć, ale Slughorn ma kontakty wszędzie. A to dzięki sympatii byłych uczniów do nauczyciela, który zawsze wie, jak mądrze dobierać sobie towarzystwo. Tak samo jest z nami.
       Ginny zmarszczyła brwi.
        — Dalej nie rozumiem o co chodzi.
       — Nazwisko — mruknął Peter.
       — Slughorn zaprosił nas do swojego Klubu z powodu pozycji w społeczeństwie — odezwał się James. — Syriusz pochodzi z jednego z najstarszych rodów czarodziejskich, który od zawsze osiągał sukcesy. Dodatkowo jest arystokratą — Syriusz skrzywił się — co zapewnia mu pewien sukces. Ja też należę do czystokrwistej rodziny, której członkowie od dawien dawna pracują w ministerstwie. Rodzina Petera zawsze pracowała w Departamencie Międzynarodowej Współpracy. Remus jest półkrwi, chociaż jego oceny powalają na kolana każdego ucznia z Hogwartu. No, prawie każdego.
       Ginny siedziała niczym zaklęta. Wzrok miała utkwiony w Jamesie, który wyglądał na niesamowicie spokojnego, kiedy opowiadał jej o prawdziwym powodzie dla którego znajdują się w Klubie Ślimaka.
       — A ja...?
       — Jesteś Weasley i dodatkowo masz duże szanse na zostanie uzdrowicielką — odpowiedział Remus, wzruszając ramionami.
       Ginny wpatrywała się tępo w stos pergaminów. Czy to możliwe, że Slughorn zaprosił ją do Klubu Ślimaka tylko przez to, że ma na nazwisko Weasley oraz posiada duże możliwości na zostanie uzdrowicielką?
        — W następnym tygodniu gramy z Puchonami. Mam rozumieć, że przyjdziecie? — zapytał James.
       Ginny zwróciła na niego otępiały wzrok.
       — Oczywiście — rzekła obojętnie.
       James i Syriusz uśmiechnęli się szeroko.
       — Trzymamy was za słowo.
       "Jak zawsze" pomyślała Ginny, zanim wdała się z Huncwotami w rozmowę.


       Kolejny dzień w bibliotece. Kolejne bezowocne przeszukiwanie książek. 
       Ginny westchnęła ciężko i schowała twarz w dłoniach. Potarła oczy i zaczęła patrzeć przez palce w jeden punkt. Regał na książki w tej chwili wydawał się najciekawszą rzeczą w pomieszczeniu. 
       — Załamana?
       Gryfonka odwróciła się w stronę Remusa, który wydawał się być niezwykle z czegoś zadowolony. Chłopak usiadł naprzeciwko niej i zaczął się w nią wpatrywać.
       — Mam już dość — jęknęła Ginny. — Tutaj nie ma niczego, dosłownie niczego. Co za beznadziejna biblioteka.
       Kącik ust Remusa uniósł się w górę.
       — Najlepsza na całym świecie. Znajdziesz w niej wszystko.
       — Tylko nie tego, czego szukam. Masz coś?
       Rozciągnęła się kilka razy, czując, że jeśli zaraz nie położy się spać, padnie tuż przed Remusem na stół. Już drugi raz jest dzisiaj w tej cholernej bibliotece, jakby nie dość się już na nią napatrzyła.
       Remus nieco odchylił się na krześle, a na twarzy rozlał mu się uśmieszek zadowolenia.
       — Ano, mam.
       Schylił się do swojej torby i wyciągnął z niej mały, pomięty zwitek papieru. Pochyliła się nad nim i przeczytała.

       Udzielam zgody na wejście do Działu Zakazanego Remusowi Lupinowi, w celu badań nad eliksirami i truciznami.
prof. Minerwa McGonagall

       Ginny otwarła szeroko usta.
       — Ty chyba nie mówisz poważnie.
       Remus uśmiechnął się do niej zadowolony.
       — Idziesz coś w końcu znaleźć, czy nie?
       Ginny popatrzyła na niego z nowym zapałem. Nagła nadzieja zakwitła w jej sercu.
       Mogli w końcu coś znaleźć. Mogli odkryć tajemnicę czasu.
       Za niedługo wróci do domu.


***

Heyo!
Ha, wyrobiłam się! Rozdział nie był betowany, więc mogły pojawić się błędy.
Huh, w następnym rozdziale będzie mecz, przyjęcie u Slughorna i spotkanie dziewczyn z Huncwotami. I kurczę, w końcu będzie coś więcej o cofaniu się w czasie. 
Muszę się wyrobić do 17 rozdziału z Ginny/Syriusz. Rozdział jeden na tydzień, więc w ciągu ośmiu tygodni będę musiała się nieźle nagimnastykować, aby ten pairing miał ręce i nogi. Nie ma to jak romans w ciągu ośmiu rozdziałów.

      
      
      
    
layout by oreuis