niedziela, 25 września 2016

Blokada pisarska

     Heyo!
     Na początku chciałabym was przeprosić za brak rozdziału. Wielokrotnie zabierałam się za napisanie go, ale jak to czytałam, to wydawało mi się to okropne. Jak na razie jest zapisane dopiero pięć stron, co, jak wiemy, jest strasznie mało. Cały rozdział (no, prawie cały) będę musiała usunąć i napisać od nowa, gdyż jest dobry tylko do kasacji. 
     Jak sam tytuł głosi, dostałam blokady pisarskiej. Wiem, że najlepiej ją zwalczyć przez ciągłe siadanie do komputera i pisanie, lecz mi to nie wychodzi. Całą historię Ginny mam zapisaną od prologu aż do epilogu, więc pomysłów mi nie brak. No właśnie – pomysły są, chęci też, ale ta blokada wszystko niweczy. 
     Nie wiem, kiedy uda mi się wrzucić rozdział, ale jeśli już to zrobię, możecie się spodziewać, że będę miała też kilka napisanych w zanadrzu, tak na wszelki wypadek.
Nie pozostaje mi nic innego jak tylko przeprosić was i prosić o cierpliwość. 
     Pozdrawiam cieplutko ^^

czwartek, 15 września 2016

Rozdział 7 - Nieoczekiwana pomoc

W rozdziale mogą się pojawić błędy, bo tekst nie był betowany.

     Początek października zapowiadał się gorzej niż wrzesień, dlatego w całości oddała się swoim badaniom. Siedziała kilka godzin w bibliotece przeszukując dział historyczny, a także często po prostu wgapiała się w zmieniacz czasu, zastanawiając się nad każdymi szczególikami w zegarku. Pewnego dnia z satysfakcją zauważyła małą, ledwie widoczną wyrytą literkę "G". Od wtedy zaczęła przeszukiwać bibliotekę pod względem odkrywców o imieniu lub nazwisku zaczynającym się na "G", co pomogło jej wyeliminować niepotrzebne informacje. 
     Syriusz zaczął mówić na nią "Gorsza-Wersja-Lily-Evans", na co Ginny zawsze się krzywiła. Pomimo jej ciężkich prób, nie udało jej się poczuć ani odrobiny sympatii do Lily. Według Ginny Evans była zwykłą histeryczką, która gwałtownie wybuchała nawet na odrobinę krytyki, dlatego kiedy tylko mogła, omijała ją szerokim łukiem. Oczywiście zdarzało jej się pomówić z dziewczyną na kilka drobnych tematów, ale one znaczyły tyle co nic. Za każdym razem, kiedy widziała pannę Evans, miała ochotę strzelić w nią klątwą lub zrzucić ze schodów. Wiedziała, że to było spowodowane częścią Toma z dziennika, a przynajmniej tą jego sadystyczną stroną, którą Ginny przyjmowała z ogromną niechęcią, więc ignorowała to jak najbardziej tylko mogła. Gwoździem do trumny na pewno byłoby zabicie Lily zanim Harry by się urodził.
     Sytuacja z Peterem również wyglądała coraz gorzej. Dwa razy doszło do wymiany zaklęć, które ze strony Glizdogona na pewno nie zaliczały się do białej magii. Co najmniej do szarej, przemierzającej w kierunku mrocznej. Ciekawa była, skąd Peter zna takie zaklęcia i kiedy się ich uczy. Na pewno nie dałby rady w Pokoju Wspólnym czy dormitorium, ponieważ jego przyjaciele na pewno by to zauważyli i wybili z jego głowy. Syriusz szczególnie by o to zadbał.
     Po miesiącu w przeszłości, Ginny mogła z czystym sercem powiedzieć, że nie było aż tak źle. Ciągła nauka i poprawianie relacji z innymi dobrze ją odwodziły od myśli o swoich przyjaciołach, których zostawiła w przyszłości. Kiedy sobie o nich przypominała, zagryzała wargę i kręciła głową, żeby odgonić ponure wizje, w których najczęściej zostawała w latach rodziców Harry'ego. Nie zniosłaby widoku małego chłopca o zielonych oczach swojej matki. Byłby to cios, który na pewno by ją załamał.

     Uczenie się w bibliotece szkolnej zawsze należało do jej ulubionych czynności. Mogła się wtedy odprężyć pomimo wysiłku intelektualnego, odetchnąć na chwilę od prowadzonego życia towarzyskiego. Zapach starych książek i pergaminu zawsze przywodził jej na myśl coś nieuchwytnego, czegoś, co szybko przemija i nawet czas nie jest w stanie tego zatrzymać. Wszechobecny kurz na półkach regału tylko potęgował tę atmosferę starości.
     Ślęcząc nad tomem "Najwybitniejsze odkrycia czasowe", Ginny zastanawiała się, czy takowa książka przetrwała te kilkanaście lat, do których ona dożyła. Chciała ją kiedyś jeszcze raz przeczytać, ponieważ pomimo tego, że nie zawiera potrzebnych dla niej informacji, jest jedną z najbardziej interesujących lektur, jakie kiedykolwiek przeczytała. Zanotowała sobie w pamięci autora i tytuł oraz sięgnęła po kolejną książkę.
      W momencie kiedy wertowała pomięte strony, kątem oka zauważyła mały ruch koło krzesła obok. Uniosła wzrok znad książki i ze zdziwieniem zauważyła Remusa, który stał nad nią z założonymi rękoma. Ginny delikatnie zamknęła książkę i z powrotem popatrzyła na Lupina.
     — Coś się stało? — zapytała.
     Mięśnie na twarzy Remusa napięły się, kiedy opierał dłonie na stole, niedbale patrząc na tytuły książek.
     — Tak jak myślałem — mruknął pod nosem.
      Oczy Ginny niebezpiecznie się zwęziły. Remus oglądał to z pewną satysfakcją, której nie rozumiała.
     — Mógłbyś mi wyjaśnić, o co chodzi? W ten sposób nigdy nie dojdziemy do porozumienia. — Rzuciła mu ostre spojrzenie, którym w ogóle się nie przejął.
     Wziął do ręki jeden z jej tomów i podsunął jej zamaszystym ruchem pod twarz.
     — Czytaj — powiedział.
     Jeszcze chwilę patrzyła na Remusa nieprzyjemnie, po czym odwróciła niechętnie wzrok na opasły tom w jego rękach. Wytrzeszczyła oczy i przełknęła ślinę, kiedy przeczytała jego tytuł.
     — Zagadki czasu — powiedziała drżącym głosem.
     Ponownie przełknęła ślinę, po czym odetchnęła głęboko, starając się zachować spokój. Poczuła się nagle jak osaczone zwierzę, które panicznie szuka jakiejś pomocy, tylko że tym razem nie ma żadnego wyjścia.
     Remus przytaknął głową, ani o jotę nie zmieniając swojego wyrazu twarzy.
     — Zauważyłem, że od kiedy się tu pojawiłaś, czytasz tylko takie książki, czyli związane z czasem. Na początku myślałem, że po prostu chcesz się dowiedzieć czegoś więcej na temat tej dziedziny, ale po miesiącu uznałem, że chodzi o coś więcej.
     — Skąd takie wnioski? — Próbowała zachować odwagę, lecz czuła, że w tym momencie jest to wręcz niemożliwe.
     — Pojawiasz się nagle znikąd, twierdząc, że przeżyłaś właśnie ogromną tragedię, której, prawdę mówiąc, w ogóle po tobie nie widać. Gdyby naprawdę tak było, nie byłabyś aż taka pewna siebie ani wesoła. — Ginny przygryzła wargi, kiedy dotarł do niej jej błąd. — Jesteś słabą aktorką, Ginny.
     — A skąd wiesz, że ja udawałam? — Uniosła na niego uważny wzrok. — Może po prostu szybko się otrząsnęłam? Mam mocną psychikę.
     Remus potrząsnął głową, wyglądając na lekko rozbawionego tą uwagą.
     — Śmierć bliskich na zawsze zostawia ślad, a biorąc pod uwagę twoją sytuację, na pewno nie zachowywałabyś się tak jak teraz.
      — A skąd ty możesz wiedzieć, jaka byłam kiedyś? Nie znacie mnie, ani dziewczyny, która była kiedyś.
     Nawet nie zauważyła kiedy zaczęli się tak do siebie przybliżać, mierząc zaciekłymi spojrzeniami. Wokół panowała ogromna cisza, która czasami wydawała się wręcz nienaturalna, jakby inni oczekiwali na dalszy rozwój wydarzeń.
     — To prawda, nie znamy. Ale ty wydawałaś się znać nas w pociągu. Żadna fanka Jamesa i Syriusza nie zachowałaby się tak jak ty. Prawdopodobnie zaczęłaby się ślinić i jąkać, ale ty po prostu się patrzyłaś.
     — Może po prostu kiedyś o was słyszałam? — zapytała, ale wiedziała, że ten argument zostanie równie szybko powalony, jak wcześniejsze.
     Remus uniósł kpiąco brew, nie opuszczając z niej wzroku.
     — W Ameryce? To byłoby niemożliwe pod wieloma względami. Jesteśmy tylko zwykłymi szesnastolatkami, które nie wybijają się wśród innych uczniów na tyle, żeby słyszeć o nich w innej szkole. Nawet gdybyś znała naszych rodziców z niewiadomych powodów, to raczej niemożliwe byłoby poznanie nas jako ich synów.
     — Dość! — powiedziała głośniejszym tonem.
     Remus popatrzył na nią usatysfakcjonowany, kiedy ona zaciskała swoje pięści pod stołem. Mierzyła go wściekłym spojrzeniem i jednocześnie próbowała znaleźć jakieś inne wymówki.
     — Czyli co wymyśliłeś wraz z moim pojawieniem się? — zapytała po dłuższej chwili, kiedy nie mogła niczego wymyślić.
     Lupin odchylił się do tyłu i rozglądnął wokół siebie. Po chwili wyjął różdżkę z kieszeni i rzucił zaklęcie wyciszające na obszar, w którym się znajdowali. Ginny przyglądała się temu z lekkim zaciekawieniem.
     Chłopak przygryzł wargę, wyraźnie nad czymś myśląc. Jego ruchy stały się bardziej nerwowe, co Ginny w ogóle się nie podobało.
     Po chwili ciszy Remus powiedział tak niepodobnym do siebie neutralnym głosem:
     — Jesteś z przyszłości.
     Cisza. Nawet muszki, które latały w powietrzu, ucichły jak za dotknięciem różdżki. Biblioteka wydawała się być nagle tak odległa i pusta, doprowadzając swym niepojętym mrokiem do szaleństwa, które wylewało się z każdego kąta. W cieniu za regałem rozmazane cienie zaczęły wyśmiewać jej dziecinną wiarę w to, że uda jej się oszukać wszystkich ludzi, którzy na końcu to ją wykiwali.
     Oszukała samą siebie, wmawiając sobie, że udało jej się okłamać innych.
     — C-co? — zająknęła się.
     Czuła, jak adrenalina nagle wskoczyła do jej ciała. Jej nogi zachciały biec, jakby je pies gonił, aby jak najdalej uciec od tego przeklętego miejsca, w którym się znalazła, a dłonie machinalnie zostały oparte o stół. Czekały na szybki ruch, który jednak nie nadszedł.
     — Wszystko by się wtedy zgadzało; twoje dziwne zachowanie w pociągu, stary zegarek noszony na szyi, ciągłe czytanie książek o czasoprzestrzeni. Nawet twoja niewiedza o polityce w Ameryce była zbyt duża jak na przeciętnego Amerykanina.
     Ginny zapadła się w swoje siedzenie, które nagle wydawało jej się za duże. Ręce świerzbiły ją, aby użyć różdżki na Lupina, ale to nic by nie dało — to jest Remus, prędzej czy później znowu to odkryłby.
     W tym momencie przeklinała swój lęk, który na dobre zagościł w jej ciele przez te wszystkie lata. Ukrywany głęboko w sercu, nagle wybuchł z głośnym hukiem, niszcząc przy tym wizerunek "Dzielnej Ginny, Która Nie Boi Się Niczego". I mimo iż strach nie pasował do obecnej sytuacji, on i tak musiał znaleźć kiedyś ujście.
     Znienawidziła się za to.
     — Cofanie się w przeszłość? — Wybuchła histerycznym śmiechem. — Nawet gdyby istniało, to ja i tak nie jestem w to zamieszana. Jestem z Ameryki, a tam prawie nikt nie używa zmieniaczy czasu. Są zbyt rzadkie i zapewne za drogie, żeby tak zwyczajny uczeń jak ja, mógł to używać.
     Zachichotała pod nosem, nie podnosząc wzroku na Remusa. Mgiełka przysłoniła jej umysł, przez co prawie utraciła zdolność logicznego myślenia. Czasami popadała, jak w takich chwilach, w lekkie szaleństwo, które równie nagle jak się pojawiało, tak znikało. Nie miała wtedy zdolności nad zapanowaniem nad swoimi ruchami oraz myślami, przypominając równie niespełna rozumu Bellatrix Lestrange.
     Remus przez chwilę wpatrywał się w nią ze zdziwieniem, po czym jego wzrok na nowo stał stalowy. Ginny od razu się ogarnęła, ponieważ nie chciała wzbudzać nadmiernego zainteresowania jej postacią.
     — Sama właśnie potwierdziłaś moją teorię. — Zerknął na nią jakby w obawie przed jej kolejnym wybuchem. — Kim ty do cholery jesteś, Ginny Weasley?
     Wpatrywał się w nią intensywnym wzrokiem, próbując rozszyfrować jej prawdziwe intencje. Ginny pomyślała wtedy, że nikt, a już na pewno nie Remus, nie zrozumie jej myśli ani czynów, nawet gdyby starał się ponad swoją miarę. Byłaby jak tajemnica, która powoli oplata każdego człowieka, dusząc go i oddzielając od swoich przyjaciół i rodziny niemal tak samo jak mrok. Szalony, bez skrupułów, owijający z nadmierną pewnością siebie. Zabijający w każdy możliwy sposób.
      — Nie potwierdziłam, a przynajmniej takie jest moje zdanie. Dlaczego ty się tak uczepiłeś tej przyszłości? Moje wyjaśnienia ci nie wystarczą?
     — Nie posiadasz amerykańskiego akcentu — zauważył trafnie.
     Ginny przeklęła pod nosem, wbijając twardy wzrok w stół, na którym leżała masa pergaminów z różnymi zapiskami. Próbowała skupić się na literach, które rozmazywały jej się przed oczyma, lecz po nieudanej próbie znowu popatrzyła Remusowi w oczy. Ten miodowy kolor posiadał w sobie żółte plamki, które można zauważyć u wilkołaków tylko podczas zbliżającej się pełni.
     — Moi rodzice to Anglicy, musieliśmy przeprowadzić się do Ameryki — powiedziała, ukrócając jak najbardziej informacje.
     Remus zacisnął palce na krawędzi stołu. Z satysfakcją odnotowała, że powoli zaczyna tracić cierpliwość, co można było zobaczyć po nieco zdziczałym spojrzeniu wilkołaka. Uśmiechnęła się na to kpiąco.
     — Gdyby twoi rodzice naprawdę byli z Anglii, musieliby wywodzić się z linii Artura. Wiesz, Artura Weasleya — powiedział z tak ogromną nonszalancją, że Ginny ponownie wbiło w krzesło. — W bibliotece znajduje się zbiór ksiąg wszystkich rodów czystokrwistych. I tak się składa, że nie ma żadnego Arnolda Weasleya, który mógłby poślubić Elizabeth z domu Lovegood. Nie uważasz, że to nieco dziwny przypadek, Ginny? — Uśmiech zszedł z jej twarzy. — Więc zapytam jeszcze raz; kim ty jesteś?
     Remus nachylił się przez stół, stojąc teraz w niewielkiej odległości od Ginny. Patrzył na nią nieufnym wzrokiem, jakby była jakimś wrogiem, który chciałby zrobić jemu albo jego przyjaciołom krzywdę. Po części miał rację, ponieważ Ginny nie zrobiła jak dotąd nic, żeby zapobiec wydarzeniom z przyszłości, co się równało ze śmiercią Potterów i zamknięciem Syriusza w Azkabanie. Black, mimo że przeżył dwanaście lat w zamknięciu, sprawiał po tym wrażenie półmartwego, oczekującego na śmierć. Doskonale widziała ból w oczach Harry'ego, kiedy zauważał, że jego ojcowi chrzestnemu już na niczym nie zależy.
     To przesądziło całą sprawę. Doskonale wiedziała, że nie powinna tego mówić, a już szczególnie Remusowi, lecz Harry znaczył dla niej więcej, niż, jak na razie, nieudany powrót do przyszłości. To się nazywa gryfonizm, tak? zapytała się w myślach, lecz inaczej niż zazwyczaj – bez sarkazmu. Było to o tyle niespodziewane, że nawet nie zauważyła, kiedy zaczęła na nowo mówić.
     — Tak, to prawda. Jestem z przyszłości.
     Remus z ulgą przetarł czoło i odchylił się z powrotem na bezpieczną odległość. Kosmyk włosów opadł mu na oczy, przez co sprawiał wrażenie nieco zmęczonego całą sytuacją. Ginny z napięciem przyglądała się jego poczynaniom, przygotowując się na gwałtowny wybuch, który mógłby nastąpić. W końcu nie na co dzień spotyka się podróżnika w czasie.
     W tej chwili Ginny wyglądała jak malutka dziewczynka, która z zainteresowaniem patrzy na nową zabawkę. Dziecinna naiwność, która wylewałaby się od tej dziewczynki, na pewno nie pasowałaby do panny Weasley – zmęczonej wszystkimi podchodami, nieco szalonej, zimnej kobiety. Ujęcie Ginny jako dziecka byłoby najgorszym z możliwych wyobrażeń.
     Remus westchnął z ulgą, na powrót skupiając wzrok na Weasley.
     — Nareszcie. Myślałem, że już nigdy do tego nie dojdziemy. — Popatrzył na nią uważnie spod kosmyka włosów. — Wielokrotnie słyszałem o zmieniaczach czasu, lecz one cofały w przeszłość o co najwyżej osiem godzin. U ciebie tak nie jest, ponieważ po tym czasie najprawdopodobniej wróciłabyś z powrotem do pory, z której przybyłaś, a na pewno nie cofałabyś się co kilka godzin, bo to wtedy nie miałoby sensu. Musisz pochodzić z jakiegoś dalszego okresu, co najmniej miesiąc po.
     — Masz rację, tylko że mój przypadek jest nieco... inny.
     Wyciągnęła spod szyi zmieniacz czasu, który po rozwiązaniu podała Remusowi. Ten przyjął go z niezwykłą delikatnością, powoli obracając go w różne strony.
     — Widziałeś kiedykolwiek obraz typowego zmieniacza? — zapytała się, na co przytaknął z uwagą głową.  — Cóż, jak widzisz, mój się nieco od niego różni. Zazwyczaj są one w kształcie klepsydry na łańcuszku, a mój wygląda jak zwykły zegarek szwajcarski.
     — Zmieniacz długookresowy? — Uniósł brew w górę w geście zapytania i przybliżył zegarek do oczu.
     Ginny wzruszyła ramionami i spojrzała na stos ksiąg na stole, które w niczym jej nie pomogły.
     — A istnieje coś takiego? — zapytała sceptycznie i nie czekając na odpowiedź, dodała: — Nie mam zielonego pojęcia. Przekopałam się przez wiele książek i nie w nich nic, co mogłoby mi wyjaśnić, jak cofnęłam się o kilka lat.
     Ręka Remusa nagle zamarła na zegarku, który naprędce został zaciśnięty w drugiej dłoni. Lupin odwrócił się do niej ze spiętą miną, która poza tym wyrażała ogromny niepokój.
     — Kilka lat? — spytał cicho, powoli odkładając zmieniacz na stół.
     Nagle atmosfera wokół nich się zagęściła, na powrót stawiając ją w niekomfortowej sytuacji. Ginny zaczęła się zastanawiać, czy to nie tak wygląda u niej panika. Szybko działająca wyobraźnia, która wytwarza rzeczy nierealne, powoli uciekający dopływ tlenu, chęć ucieczki.
     Panikarz, szydził z niej głos Toma, który na nowo odezwał się w jej głowie.
     — Co się stanie w przyszłości? Czy będzie bardzo źle? — Może to tylko jej umysł, ale wydawało jej się, że oczy Lupina nagle pociemniały.
     Ginny przełknęła ciężko ślinę, patrząc na tą inną, bardziej zwierzęcą twarz Remusa. Wyostrzone rysy, dyszenie i nieco szalony wzrok chłopaka mogłyby wystraszyć nawet najodważniejszego człowieka.
     Wilkołaki cechowały się tym, że im bardziej były rozstrojone nerwowo, tym mogły przybierać niektóre właściwości, które wzmagają się w czasie pełni. Pewne odruchy i zwierzęce zachowanie były w stanie zrobić komuś krzywdę, ponieważ, tak samo jak podczas przemiany w pełnym księżycu, wilkołaki nie mogą zdołać nad nimi zapanować. Ich opór przeciwko robieniu szkody bliskim zostaje automatycznie wyłączony, tworząc z nich potwory zdolne do zabijania. W takich momentach człowieka najlepiej uspokoić, ważne, żeby żadna krzywda się nikomu nie stała.
     W tej chwili, Ginny nawet jakby chciała, nie była w stanie wymyślić żadnego sensownego pomysłu.
     — N–nie mogę powiedzieć — zająknęła się.
     Remus popatrzył na nią chłodnym wzrokiem.
     — Jak to nie możesz? — wycedził przez zęby.
     Jego oczy przybrały kolor żółty, który przyprawił Ginny o palpitację serca. Zaczęła się z przerażenia osuwać na krześle, coraz bardziej wytrzeszczając oczy na wilkołaka. Coraz więcej cech było widocznych, co oznacza, że już za niedługo na miejscu miłego chłopaka stanie potwór, który nie zawaha jej się zabić.
     —  Nie mogę zmienić przyszłości. To... to doprowadziłoby do katastrofy. — Próbowała wymyślić jak najlepszą wymówkę.
     Nagle Remus zaśmiał się bez cienia radości i popatrzył na nią nieprzeniknionym wzrokiem.
     — Nie chcę nic wiedzieć o przyszłości, tylko czy moi przyjaciele będą szczęśliwi. — Popatrzył na nią niemal błagalnie, nie tracąc na swej dzikości.
     Czy jego przyjaciele byli szczęśliwi? Nie, na pewno nie. Bo czy szczęściem można nazwać śmierć Jamesa, a do tego zdradę Petera? Syriusz, który jako niewinny człowiek trafił do Azkabanu, zapewne musiał nienawidzić zarówno siebie jak i Petera za wszystko, co się zdarzyło. Czy tak wygląda szczęśliwa przyszłość? Mogłaby to teraz zmienić, zdradzając Remusowi wszystko, co się przydarzy w ciągu następnych dwudziestu lat. Uratowałaby rodziców Harry'ego, a także samego chłopaka od jego losu.
     Czy zrobiłaby to? Oczywiście.
     — Tak. Twoi przyjaciele będą szczęśliwi.
     Czy nienawidzi siebie? Tak. Wybaczy sobie? Nigdy

***

Heyo!
Ostatnio w internecie znalazłam interesujący obrazek link. Czyż on nie jest taki prawdziwy? :D
Coś czuję, że po tym rozdziale sympatia (jakkolwiek nabyta) do Ginny gwałtownie spadnie. Chcę od razu powiedzieć, że nigdy nie chciałam, aby panna Weasley była całkowicie pozytywną postacią. Jeśli ktoś ją za taką uważa, to naprawdę bardzo mi miło, ale ja zaczęłam się starać, aby uchodziła ona za taką neutralna postać. Szaleństwo, które u niej dodałam, postanowiłam pokazać w jak najbardziej minimalistycznej formie, ponieważ ono z czasem będzie się rozwijać.
Rozdział krótki i, mogę szczerze powiedzieć, bardzo kiepskiej jakości, ponieważ gdybym się za niego nie zabrała teraz, na pewno skończyłabym go dopiero za tydzień. Nawet tą krótką notkę informacyjną źle mi się pisze, dlatego kończę już teraz.
Przepraszam bardzo!

 
    

czwartek, 8 września 2016

Rozdział 6 - Trening



W rozdziale mogą pojawić się błędy, za co stokrotnie przepraszam, ponieważ tekst nie był betowany.



      Wraz z biegiem dni, atmosfera na zewnątrz stawała się coraz zimniejsza. Nawet najwytrwalsi uczniowie rezygnowali ze spacerów na rzecz ogrzania się przy ciepłym kominku. Ginny za to z chęcią dalej wychodziła na błonia, ignorując porywisty wiatr, który podwiewał jej włosy. Do zamku najczęściej wracała z burzą włosów i bólem gardła, co nieustannie śmieszyło Huncwotów. Dziewczyna nie potrafiła znaleźć w tym nic śmiesznego i po zapytaniu o to Remusa, ten odpowiedział, że wygląda interesująco z tym nieładem na głowie. Ginny po tym przestała chodzić na spacery i zaczęła zaszywać się w bibliotece na długie godziny, które najczęściej spędzała na czytaniu książek o eliksirach i o czasoprzestrzeni. Te ostatnie nic nowego nie wnosiły, więc po jakimś czasie Ginny przeniosła się na dział historyczny, gdzie próbowała dowiedzieć się czegokolwiek o tym, czy zmieniacze czasu istnieją w tych czasach. Jak na razie niczego nie znalazła, ale nie traciła swojego zapału i nadziei.

     Pewnego dnia postanowiła zapytać na ten temat Toma, który także nie wiedział za wiele. Jego wiedza kończyła się na podaniu informacji o ile godzin można się najwięcej cofnąć w czasie.

     — Myślałam, że będziesz wiedział coś więcej — burknęła w ponurym nastroju.

     Tom wzruszył na to tylko ramionami.

     — Nigdy jakoś specjalnie nie zgłębiałem tego działu. Uznałem, że będzie mi raczej niepotrzebny.

     W pewnym momencie popadła w zwyczajną rutynę - sen, chodzenie na lekcje, rozmawianie z Mary, praca nad eliksirem, zaszycie w bibliotece, rozmawianie z Huncwotami i potem znowu sen. I tak w kółko i w kółko. Unikanie jej przez Lily wprowadziło ją w jeszcze gorszy nastrój i nawet żarty Syriusza i Jamesa jej nie śmieszyły. 

     Aż w końcu, już na skraju zirytowania, zrzuciła ciężko torbę na ziemię, powodując wzdrygnięcie się Lily, która pomimo iż była w jednym pokoju z nią, nie odezwała się do niej ani słowem.

     — Musimy sobie coś wyjaśnić, Evans — powiedziała Ginny, zakładając ręce na piersi.

     Ginny zauważyła, jak Lily ponownie się wzdrygnęła. Weasley aż miała ochotę uśmiechnąć się ironicznie. Nie wiedziała, że może tak łatwo przestraszyć dziewczynę swoją własną obecnością. W myślach przeklinała stereotyp o odważnych Gryfonach, którzy, prawdę mówiąc, w ogóle tacy nie byli. 

     — Mogę wiedzieć, czemu postanowiłaś mnie ignorować przez prawie dwa tygodnie? Czy tu chodzi o moją wygraną na eliksirach? — Zaczęła się do niej powoli przybliżać, mierząc niechętnym wzrokiem. — Nie możesz pogodzić się ze swoją porażką, tym, że ktoś inny postanowił zająć twoje miejsce najlepszej uczennicy w klasie? Jeśli to są powody, to mogę szczerze powiedzieć, że są one żałosne.

     Lily po raz kolejny się wzdrygnęła, i tym razem Ginny nie udało się powstrzymać wykrzywienia warg. Było jej żal Jamesa, że musiał ożenić się z takim tchórzem.

     Evans westchnęła i zaczęła mówić.

     — Masz rację, to było żałosne. Aż sama wstydzę się swojego zachowania, ale... — przerwała, chcąc nabrać więcej odwagi. — To wszystko przez moją cholerną dumę. Zawsze byłam pierwsza. Pierwsza do eliksirów, pierwsza do dostawania punktów, pierwsza we wszystkim. A teraz, kiedy ty się pojawiłaś, ja już nie jestem na prowadzeniu. Spadłam na drugie miejsce.

     Ginny była w stanie to zrozumieć. Ona sama w swoich czasach była pierwsza, choć ostrożnie to ukrywała przed rodziną i wszystkimi innymi, poza przyjaciółmi. Colin, Neville, Harry i Luna byli dla niej wszystkim i tylko im powierzała wszystkie swoje tajemnice. Byli według niej pewni, godni zaufania, a ona tylko wybranym potrafiła w pełni zaufać. 

     Zalała ją fala ogromnej tęsknoty, którą tak długo próbowała powstrzymać. Wiedziała, że gdyby tego nie zrobiła, już dawno by się poddała i pogrążyła w rozpaczy. Postanowiła sobie, że jak najszybciej wróci do swoich czasów. Dla Colina, Neville'a i Luny.

     Jej twarz widocznie musiała złagodnieć, bo Lily z nową nadzieją zaczęła mówić z prędkością światła, wyrzucając słowa niczym karabin maszynowy. Ginny w ogóle nic nie zrozumiała z jej mowy, lecz zabawnie było oglądać, jak Lily co chwilę bierze głęboki wdech, by znowu zacząć swoją przemowę. Zastanowiła się, czy tak samo czuł się Tom Riddle, stojąc nad przerażonym śmierciożercą. 

     Koniec końców Ginny przebaczyła Lily, lecz wciąż trzymała ją na dystans. Evans zdawała się nie zwracać na to uwagi, ponieważ, żywo gestykulując, opowiadała jej o magicznej Anglii oraz o swoich rodzicach. Ginny wyłączyła się gdzieś na początku wywodu i tylko czasami potakiwała głową na znak, że słucha. Musi wykazać się ogromną cierpliwością, żeby zaakceptować pannę Evans, co nie przyjdzie zbyt prędko.

     Od następnego dnia Lily często rozmawiała z nią i Mary, a Ginny tylko się cieszyła, że dziewczyny poprawiają swoje relacje. Sama z chęcią uczestniczyła w ich rozmowach, uznając, że nie może wyróżniać się spośród innych. 

     Ale to jednak pod koniec połowy września nastąpił największy przełom.

     Ginny jak codziennie przyszła do pracowni, gdzie siedział już Snape. Każde ich spotkanie musiało zaliczyć wielką kłótnię, przez co Ginny była ogromnie zmęczona i ciężko jej się pracowało. Dlatego postanowiła to zmienić. 

     — Mam dla ciebie propozycję, na którą się na pewno zgodzisz — powiedziała, kiedy Ślizgon odwrócił się do niej, aby wydać jakiś rozkaz.

     Severus uniósł brwi.

     — Doprawdy? — zapytał kpiąco, ale widząc zaciętą minę Ginny, kontynuował: — To co to za propozycja?

     — Cichy sojusz. To znaczy, że będziemy pracować razem w zgodzie, bez żadnych kłótni. Możemy nawet ze sobą nie rozmawiać, mnie to nie obchodzi, ale chcę w końcu skończyć się kłócić. To męczące.

     — Weasley, nawet gdybym chciał, to i tak nic z tego nie wyniknie. Jesteś Gryfonką — zacisnęła zęby — a ja Ślizgonem. Nie damy rady wytrzymać w całkowitej ciszy.

     — Musimy się postarać. Przyznaj, że ciebie też męczą nasze kłótnie. Dlatego ja głosuję, abyśmy się choćby minimalnie pogodzili. Co ty na to?

     Snape z wolna pokiwał głową z zamyśloną miną. Po chwili wystawił w jej stronę wyciągniętą rękę i powiedział:

     — Severus Snape.

     — Ginny Weasley. — Uścisnęła jego dłoń.

     Po minucie wrócili do warzenia eliksiru. Co chwilę na przemian prosili się o podanie jakiegoś składniku lub przypilnowanie kociołka. Wiele razy chcieli rzucić jakąś ciętą ripostę, ale mając na względzie ich poprzednią ugodę, postanowili trzymać język za zębami. Poza tym udało im się zachować całkowitą ciszę, ponieważ nie chcieli rozmawiać z drugą osobą. Mimo że ich relacja w pewnym stopniu się poprawiła, dalej można było wyczuć wiszącą w powietrzu niechęć. Ginny pomyślała, że gdyby codziennie tak pracowali, to nawet tej atmosfery nie byłoby czuć.



     Ginny wyciągnęła przed siebie nogi i potarła odsłonięte kostki. Postanowiła po raz ostatni wyjść na błonia, kiedy akurat panowała wyjątkowo ciepła pogoda. Nie było ani mocnego wiatru, ani burzy, więc uczniowie z chęcią wychodzili z zamku, żeby odpocząć na chwilę od nauki. Weasley przyglądała się ich roześmianym twarzom, myśląc, jakby to było, gdyby wróciła teraz do swoich czasów. Czy śmiałaby się razem z Colinem, Nevillem i Luną? A może w ich życiu już nigdy nie zagościłaby radość?

     Rok tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąty siódmy na pewno nie należał do szczęśliwych. Śmierć profesora Dumbledore’a i Moody’ego pokazała im, że nikt nie może czuć się bezpiecznie nawet w zamku.

     Wolała nie wiedzieć, ile osób codziennie ponosi śmierć z rąk śmierciożerców. Ginny nie chciała przyłączać się jak na razie do wojny, lecz wiedziała, że to i tak jest nieuniknione. Będzie musiała w końcu zacząć walczyć, jeśli chce obronić swoich bliskich. Gdyby Colinowi, Neville’owi albo Lunie coś się stało, Ginny wpadłaby wtedy w prawdziwą furię i, tak jak mówił Tom, zaczęłaby zabijać każdego, kto odważyłby skrzywdzić się jej przyjaciół. I może stałaby się wtedy potworem, ale ją to nie obchodziło. Walczyłaby za swoje przybrane rodzeństwo.

     — Każdy z nas jest potworem na swój własny sposób — powiedział Tom, który nagle zmaterializował się obok niej na trawie. — Tylko nie każdy potrafi go w sobie zobaczyć.

     Ginny pokiwała głową, zgadzając się z nim. Czyż ona nie była potworem, kiedy nasyłała bazyliszka na tych wszystkich niewinnych ludzi w szkole? Jej dusza była skażona czarną magią, która rozprzestrzeniała się po całym jej ciele, powoli zabijając w niej jasność. Czy właśnie tak czuł się Tom Riddle, kiedy praktykował mroczne zaklęcia? Ale Ginny przecież tego nie robiła, a i tak czuła się brudna i jednocześnie czysta.

     Z pewnością nie jest jasnym czarodziejem.

     — I to jest błąd — rzekła. — Gdyby ludzie widzieli, czym się stają, na pewno mogliby to powstrzymać. A tak to… — Wzruszyła ramionami.

     Poczuła, jak chłodne powietrze obija jej się o twarz. Kochała zarówno jesień, jak i zimę, ponieważ miały one swój niezaprzeczalny klimat, jakiego nie można zobaczyć w porze wiosennej i letniej. Jesień od zawsze była jej najbliższa. Roślinność przygotowująca się na zapadnięcie w sen, tak samo jak zwierzęta, napawały ją olbrzymim ciepłem. Atmosfera, jaka wtedy panowała, była magiczna nawet w najmniejszym calu. Wszechobecny brąz i pomarańcz na myśl przypominały jej te nieuchwytne chwile, jakie spędzała na parapecie przy oknie w dormitorium z kubkiem gorącej czekolady i książką. Zamykała się wtedy w swojej krainie marzeń i patrzyła. Na otaczający ją świat, na spacerujących przyjaciół oraz zakochaną parę. Patrzyła jak zaczarowana, marząc o tym, aby się kiedyś zakochać. I choć wiedziała, że nie zasługuje na tak wielkie uczucie jak miłość, to i tak nikt nie mógł jej zabronić o tym marzyć. Nawet Ron.

     — Tęsknisz za nimi? — Usłyszała pytanie Toma. — Za Ronem, Hermioną i Harrym?

     Ginny głęboko się zamyśliła. Czy tęskniła? Zdecydowanie nie. Bo za kim? Za jej bratem, który codziennie urządzał jej kłótnie o byle drobnostki, za przemądrzałą Hermioną, która uważała, że Ginny nie jest na tyle inteligentna, żeby z nią obcować, czy za Harrym, z którym w ogóle nie rozmawiała? Nie znała tej trójki. Jak mogła płakać za kimś, kto ledwo ją zna?

     — Nie. I nie pytaj o więcej. Mam już dość rozmów na dzisiaj. Chcę po prostu odpocząć.

     Już więcej się nie odezwał. I choć kątem oka widziała, że cały czas jej towarzyszy, dotrzymał jej prośby.



     — Ginny, czekaj!

     Gryfonka odwróciła głowę w stronę nadbiegającego Jamesa. Co chwilę potrącał uczniów ramionami, próbując przebić się do Ginny.

     — W piątek jest nabór do drużyny do qudditcha. Przyjdziesz? — zapytał, kiedy udało mu się stanąć naprzeciwko niej.

     Ginny zmarszczyła brwi.

     — Mówiłam wam, że nie gram w quidditcha.

     — Nie, nie! Chodziło mi o to, czy usiądziesz na trybunach i będziesz nam kibicować. Remus też będzie.

     Ginny popatrzyła na niego wyraźnie rozbawiona.

     — Nam? Myślałam, że tylko ty grasz.

     James wyszczerzył do niej zęby. Ginny dobrze wiedziała, że w tym roku on jest kapitanem drużyny.

     — Syriusz w tym roku chciał spróbować swoich sił. Był naprawdę dobry, jak graliśmy w wakacje — wyjaśnił, widząc jej zdziwiony wzrok.

     — Nigdy o tym nie wspominał — mruknęła pod nosem.

   Ginny próbowała wysilić pamięć, czy Syriusz mówił kiedykolwiek o quidditchu. Na Grimmauld Place był raczej cichym mężczyzną, ale czasami zdarzało się wydusić od niego jakieś informacje. Najczęściej rozmawiał z Harrym albo Lupinem, ale poza tym kłócił się z Molly. Nigdy nie dowiedziała się, o co dokładnie chodziło, lecz często widziała wzrok skierowany na nią podczas sprzeczek. Jakby dwójka dorosłych o coś ją oskarżała.

     — Dopiero się poznaliście. — Popatrzył na nią rozbawiony. — To chyba jasne, że nie mówi ci wszystkiego.

     — Zapomnij o tym, co mówiłam. — Machnęła lekceważąco ręką. — O której godzinie mam przyjść?

     — Czyli przychodzisz. — Zaświeciły mu się oczy. Ginny przewróciła oczyma. — Po lekcjach. Mam nadzieję, że Ślizgoni nie wpadną na taki sam pomysł.

     James zmarszczył nos. Ginny zastanowiła się, czy Potter odczuwa nienawiść do Slytherinu. Nie zdziwiłaby się, gdyby tak jednak było.

     — Na jakiej pozycji gra Syriusz?

     — Ścigający. Według mnie bardziej pasuje na obrońcę, ale no wiesz, nie można się wtedy popisać przed publiką. Lepiej oddawać strzały. — Mrugnął do niej.

     Ginny parsknęła śmiechem i powiedziała z szerokim uśmiechem na twarzy:

     — To prawie jak w piłce nożnej.

     — W czym? — zapytał ze zdziwieniem.

     — To taki mugolski sport. Oddaje się strzały na bramkę, tylko że zamiast latać na miotle, to się kopie piłkę. Nieważne. — Machnęła lekceważąco ręką. 

     James mruknął coś niezrozumiałego pod nosem. Zmarszczył w skupieniu brwi, zastanawiając się nad czymś głęboko.

     — Jesteś prawdziwą skarbnicą wiedzy, Gin. 

     Dziewczyna zmarszczyła gniewnie nos na to przezwisko, lecz zanim mogła coś na to odpowiedzieć, James powiedział nagle:

     — Muszę pójść do Petera po zadanie z transmutacji. Nie patrz tak na mnie, ja mu tylko je dawałem! — Uniósł ręce w obronnym geście, domyślając się, co Ginny miała na myśli. — Peter zawsze bierze ode mnie eseje. Mówi, że jestem bardzo dobry na transmutacji, choć ja bardziej myślę, że to wynik ciężkiej pracy. No i tego, że McGonagall mnie lubi.

     Ginny ponownie parsknęła śmiechem. Przygryzła wargę, żeby nie było widać jej uśmiechu na twarzy, choć wszelkie starania poszły na marne. James i tak by to zauważył.

     — Idziesz ze mną do Petera?

     Pokręciła przecząco głową. Nie była w stanie siedzieć w jednym pokoju z tym chłopakiem, dlatego kiedy tylko mogła, wymigiwała się od tej, zdaniem Syriusza, przyjemności. Dla nich dalej był tym samym nieśmiałym Peterem, który cenił ponad wszystko przyjaźń. Dla Ginny był on tylko obrzydliwym zdrajcą, dla którego władza była ponad przyjaźnią.

     — Nie mogę. Później do was dołączę, jak tylko przyjdą Syriusz i Remus. 

     — Nie ma sprawy. To do zobaczenia, Gin!

     Poczochrał jej włosy i z zawadiackim uśmiechem odszedł w drugą stronę. Ginny wpatrywała się w jego plecy jak zaczarowana, myśląc, że zapomniała o jednej rzeczy. James coraz bardziej się oddalał, stając się dla niej rozmazaną kropką. Był często poklepywany po plecach i witany przez inne osoby, których zdawał się nie znać, ale mimo wszystko wysyłał wokół uśmiechy. Pomyślała z melancholią, że w przyszłości też mógłby się tak często uśmiechać. Emanowałby żywą aurą, która otaczałaby wszystkich wokół, nakłaniając ich do działania. Byłby dla innych wsparciem i nadzieją. Byłby bohaterem.



     Mała, dwunastoletnia Ginny siedziała na kanapie w Pokoju Wspólnym, wpatrując się w ogień tańczący żywiołowo w kominku. Miała ochotę oblać go wodą, stłumić, cokolwiek, żeby tylko nie emanował radością. W Gryffindorze wszystko było radosne. To ją obrzydzało do tak wielkiego stopnia, że kiedy tylko jakiś Gryfon do niej podchodził, ona się krzywiła. Nawet nie dawała mu szansy coś powiedzieć, ponieważ z miejsca go odpychała. Nienawidziła tej wylewającej się ciepłej aury z każdego Gryfona, tego podniecenia każdej niewinnej dziewczynki i szarmanckich chłopaków. Gryffindor to nie jej miejsce.

     Teraz było inaczej. Siedziała właśnie w pustym Pokoju Wspólnym, otoczona wokół ciemnością. Jedynie ten znienawidzony kominek co chwilę trzaskał i wybuchał żarem, lecz Ginny nie zwracała na to uwagi. Nie teraz, nie w takiej chwili.

     — Nie możesz spać? — zapytał jakiś cichy głos zza jej pleców. Ginny pomyślała, że to naprawdę przyjemny dla uszu dźwięk. Ten ktoś mógłby się częściej odzywać.

     — Nie — odparła szorstko, lecz po chwili zdała sobie sprawę ze swojego błędu: — Przepraszam, jestem nieco nieprzyjemna.

     Chłopak wzruszył na to ramionami i usiadł koło niej. Ginny zdała sobie sprawę, że to do niego musi należeć ten miły głos.

     — Po tym co przeszłaś to chyba jasne, że potrzebujesz więcej czasu. Ja na pewno potrzebowałbym.  

     Ginny spojrzała na Harry'ego ze zmarszczonymi brwiami. Chłopiec nie zdawał sobie z tego sprawy, wpatrzony w ogień.

     — Prawie zabiłam pięć osób i kotkę Filcha, a ty tak po prostu się do mnie dosiadasz i normalnie rozmawiasz? Nawet moi bracia mnie unikają.

     Nawet nie zdała sobie sprawy z tego, że zabrzmiała tak żałośnie. Gorycz podczas wymawiania ostatniego zdania wyraźnie zmartwiła Harry'ego.

     — Oni muszą otrząsnąć się z szoku. Niecodziennie dziennik potrafi opętać jakąś osobę. Daj im trochę czasu.

     — Oczywiście — powiedziała sarkastycznie. — Albo może się mnie po prostu boją? Nie pomyślałeś o tym?

     Po jej wypowiedzi nastała niezręczna cisza. Ginny niecierpliwie czekała na to, co odpowie Harry, lecz ten najwyraźniej nie miał ochoty nic więcej mówić. Weasley pomyślała, że właśnie zniechęciła do siebie kolejną osobę, dlatego postanowiła to naprawić.

     — Jesteś bohaterem, Harry — rzekła cichym głosem z opuszczoną głową. — Niewiele osób zdecydowałoby mi się pomóc. Dziękuję. 

     Uśmiechnęła się do niego łagodnie, co Harry również odwzajemnił.

     — Nie ma za co, Ginny. Nie ma za co.



     W piątek panowała ponura atmosfera. Mgła, która roztaczała się wokół boiska, wyraźnie przeszkadzała w eliminacjach do drużyny. Ginny siedziała opatulona w kurtkę i szalik, a z jej ust wydobywała się mała para. Była dopiero połowa września, a dla dziewczyny równie dobrze mógłby to być początek listopada. Owszem, lubiła jesień, ale nie lubiła tego cholernego zimna. Bardziej pasowała ona do zimy, kiedy można było ogrzać się gorącą czekoladą albo porzucać śnieżkami. Ginny nawet nie pamiętała, kiedy to ostatnio robiła. Musiał minąć duży upływ czasu, skoro te wspomnienia ma już zatarte w pamięci.

     Siedziała na trybunach, w spokoju obserwując wchodzących na boisko uczniów chcących wstąpić do drużyny. Z pewną tęsknotą pomyślała, że również chciałaby się tam znaleźć.

     — Ale ziąb.

     Tom usiadł koło niej, w ogóle nie zwracając uwagi na jakiekolwiek przywitanie. Ginny już się do tego przyzwyczaiła, choć mogła stwierdzić, że w ciągu tych dwóch tygodni ich relacje się polepszyły dzięki częstemu przesiadywaniu w bibliotece. Często też Remus się do niej dosiadał i odrabiał z nią zadanie domowe. Rozmawiali na błahe tematy, takie jak szkoła, nauczyciele czy po prostu jego przyjaciele. 

     — Widzisz gdzieś Syriusza? Niknie wśród tego tłumu — mruknęła, wychylając się do przodu.

     James był wyraźnie widoczny, ponieważ stał nieco dalej od grupki Gryfonów i żywo machał rękami. Musiał wyjaśniać zasady panujące na boisku i w szatni.

     — Oni wyglądają jak wygłodniałe stado oczekujące na zwierzynę. Spójrz tylko na nich. Ja bym się obawiał przebywania z takimi dzikusami.

     Ginny parsknęła śmiechem. Faktycznie, Gryfoni mieli mocno zniecierpliwione miny, jak to zawsze bywa przy wyjaśnianiu zasad. Ginny zgadywała, ze zaraz będą mieli mocno zaczerwienione ze złości twarze, kiedy dowiedzą się, że pierwszoklasiści mają zakaz grania.

     — I to jest jedna z niewielu rzeczy, jakie lubię u Gryfonów. Łatwo ich zdenerwować. A kiedy kogoś chwalą, to potrafią wynieść na podium i potem zniknąć na wiele godzin. 

     — Wy orgie organizujecie? — Popatrzył na nią zaskoczony. — Coraz więcej dowiaduję się o Gryfonach. I nie wiem, czy to są pozytywne rzeczy.

     Skrzywił się, patrząc z odrazą w stronę rozwrzeszczanego tłumu. Ginny ponownie parsknęła śmiechem, po czym pokręciła z rozbawieniem głową. Gdy Tom tylko chce, potrafi mieć poczucie humoru.

     Siedzieli w ciszy przez długi czas, w skupieniu oglądając toczone przed nimi rozgrywki. Ginny zauważyła, że James jest naprawdę dobrym kapitanem. Perfekcyjnie panował nad miotłą, a także z łatwością eliminował nienadających się na graczy uczniów, przez co wszystko bardzo sprawnie przebiegało. 

     Właśnie skończyły się eliminacje na obrońców, kiedy po jej lewej stronie usiadł Remus. Był zaczerwieniony od biegu, a szalik smętnie zwisał na ramieniu, jakby będąc gotowy, żeby w każdej chwili spać. 

     — A co ty taki spóźniony? — zapytała, kiedy udało mu się ułożyć.

     — Zapomniałem o treningu. Mam nadzieję, że jeszcze nie zaczęły się eliminacje na ścigających.

     Ginny pokręciła głową i popatrzyła z rozbawieniem na Remusa, który dopiero zauważył szalik na swoim ramieniu. Zaczął go z irytacją zawijać wokół szyi, wykonując przy tym niezgrabne ruchy.

     — Będą po pałkarzach. Na razie są szukający, ale marnie im idzie. — Skrzywiła wargi.

     Remus na chwilę zaprzestał zawijania szalika, skupiając się na jakimś piątorocznym uczniu, który nie panował nad swoją miotłą, a i tak starał się złapać latającego przed nim znicza. 

     — Widzisz gdzieś Syriusza? — zapytała Ginny.

     — Niestety nie. — Pokręcił głową.

     Zaczął na nowo owijać szyję, lecz materiał co chwilę albo zahaczał o zamek, albo spadał na jego kolana. Przez myśl jej przez chwilę przeszło, że to naprawdę uroczy obrazek.

     — Daj, ja to zrobię. — Ulitowała się w końcu.

     Remus popatrzył na nią z wdzięcznością i podał jej szalik. Ginna nakazała mu odwrócić się do niej tyłem, żeby mogła go zawiązać z tyłu. Po wykonaniu tej czynności, Lupin odwrócił się do niej z szerokim uśmiechem.

     — Coś się stało? — zapytała rozbawiona.

     Zawsze, kiedy Remus był uśmiechnięty, Ginny czuła, że ona też powinna się cieszyć. Nie rozumiała do końca dlaczego, ale wiedziała, że tak musi być.

     — Znalazłem Syriusza. — Powiększył swój uśmiech i skinął głową w stronę boiska.

     Ginny popatrzyła w tamtą stronę. Syriusz właśnie przerzucał kafla przez obręcz, robiąc przy tym widowiskowy obrót. Ginny wraz z Remusem zaczęli klaskać dopingując tym samym Blacka. Z jeszcze większą pewnością siebie zaczął wykonywać najróżniejsze sztuczki, pobijając tym samym na głowę innych zawodników. James z fascynacją go oglądał, zapewne doszukując się nawet najmniejszego błędu, żeby móc zmniejszyć podwyższone ego Syriusza. 

     — Niezły jest — powiedziała Ginny ze śmiechem.

     James, po wielu wykonanych sztuczkach, uznał, że już wystarczy, i nakazał zawodnikom zejść z mioteł, aby ogłosić wyniki. Ginny wraz z Remusem prędko zbiegli z trybun, żeby móc je usłyszeć.

     Kiedy dobiegli, James akurat ogłaszał obrońcę.

     — Szukającym zostaje Mike Harris, a ścigającymi Sarah Hughes, Syriusz Black, no i ja. — Wyszczerzył zęby.

     Ginny wraz z resztą Gryfonów zaczęła klaskać i wiwatować nowo wybranym członkom drużyny. Uśmiechnęła się szeroko do Syriusza, który odpowiedział jej tym samym. Po chwili został oblężony przez resztę uczniów gratulujących jemu i pozostałym zawodnikom. Nawet gdyby chciał, nie udałoby mu się wydostać z tego małego tłumu, więc Ginny z Remusem odeszła trochę na bok. Wsadziła dłonie do kieszeni kurtki, aby się trochę ogrzać i zaczęła rozmawiać z Remusem.

     — W tym roku mamy niepokonaną drużynę. Puchar mamy już w kieszeni — mówił Remus z przekonaniem.

     — Nie wiemy jak wygląda skład u Krukonów, Puchonów i Ślizgonów. — Wyliczała na palcach. — Mogą się okazać równie dobrzy, a nawet lepsi.

     — Nie wierzysz w nas? — zapytał Remus z prowokatorskim uśmiechem.

     — Wierzę! Oczywiście, że wierzę! — Chuchnęła, tworząc chmurkę. — Tylko uważam, żeby nie przeceniać naszych zdolności, bo możemy się na tym przejechać. Zbyt wielka pewność siebie może nas zgubić.

     — Ginny, bądź realistką. Wygramy na sto procent! Nie musisz się obawiać. Widziałaś, co Syriusz, James i Sarah wyrabiali w powietrzu, więc nie powiesz mi chyba, że jesteśmy słabi.

     — Ale ja czegoś takiego nie powiedziałam! — krzyknęła, odwracając w jego stronę twarz z przymrużonymi oczami. — Przekręcasz moje słowa.

     — To się nazywa dedukcja, Ginny — powiedział jak do nic nierozumiejącego dziecka.

     — A od kiedy ty się w ogóle interesujesz quidditchem? — Ucięła temat zanim mogła rozpocząć się kłótnia.

     — Nie interesuję. — Wzruszył ramionami. — Po prostu kibicuję swoim przyjaciołom.

     — Brzmiałeś jak jakiś fan.

     Przeszli się wzdłuż trybun, czekając, aż reszta drużyny wyjdzie z szatni, a oni dołączyliby do Jamesa i Syriusza. W tym czasie Ginny opowiedziała Lupinowi czegoś więcej o swojej rodzinie. O psotniku Fredzie, który cały czas prawił kawały swoim rodzicom, o Charlie'm, który również nie był posłuszny. Z ostatnim bratem miała ogromny problem, ponieważ zapomniała, jak go nazwała wśród Huncwotów i dyrektora. Z paniką próbowała sobie przypomnieć jego imię, lecz kiedy nie wpadła na żaden pomysł, postanowiła powiedzieć jedyną nazwę, jaką wymyśliła, i mieć nadzieję, że to ta właściwa.  

     — Dennis od zawsze był najodpowiedzialniejszy z nas wszystkich. Potrafił się o wszystko zatroszczyć.

     Przyglądnęła się twarzy Remusa, aby zobaczyć, czy popełniła jakiś błąd. Lupin patrzył przed siebie, ze skupieniem słuchając jej słów. Widocznie musiał nie zdawać sobie sprawy z wahania w jej głosie. Na szczęście, pomyślała z ulgą. 

    

     — I kto tu się dostał do drużyny? Syriusz Black! — krzyknął Syriusz na przywitanie.

     Po długim spacerze Ginny wraz z Remusem wrócili do zamku, aby tam poczekać na swoich przyjaciół. Z zaczerwienionymi od chłodu policzkami weszli do Pokoju Wspólnego, gdzie Syriusz, James i Peter już na nich czekali na kanapie.

     Syriusz wręczył każdemu kufel piwa kremowego i szybko uciekł w stronę siedzenia. Usiadł na nim, jak zwykle wyciągając swoje długie nogi przed siebie. James już leżał na podłodze, od czasu do czasu podnosząc się, aby wypić łyk piwa. Peter z kuflem w ręce wpatrywał się w całą czwórkę, od której aż biła pewność siebie. Remus ułożył się obok Jamesa i przybił z nim piątkę.

     Ginny stała nadal niezdecydowana, przygryzając dolną wargę. Miała do wyboru siedzieć na podłodze albo obok Petera, który nadal przypatrywał jej się z niepokojącą uwagą.

     — Siadaj, Gin. — Syriusz poklepał miejsce obok siebie.

     Gryfonka z wykrzywionymi ustami ścisnęła się obok Syriusza, który uśmiechał się do niej nonszalancko. Ginny miała wielką ochotę zetrzeć mu ten uśmiech z twarzy.

     — A więc, jakie są według was szanse na wygrane z innymi domami? — zapytał James, upijając łyk piwa.

     Ginny i Remus szybko wymienili spojrzenia, po czym przemówili równocześnie:

     —  Macie stuprocentową pewność na zwycięstwo.

     — Ja bym nie lekceważyła innych graczy, ponieważ mogą okazać się równie dobrzy. 

     Syriusz zagwizdał, a James spojrzał na nich z rozbawieniem.

     — Widzę, że mamy kompletnie różne zdanie. A ty, Peter?

     Chłopak popatrzył w roztargnieniu na Remusa, który oczekiwał na odpowiedź.

     — Miałem dzisiaj korepetycje u McGonagall — powiedział Peter lekkim tonem, lecz Ginny znowu udało się wyczuć u niego chłód.

     Gryfonka skrzywiła się i podstawiła kufel pod usta, aby reszta tego nie zauważyła. Pettigrew ciągle łgał, a przynajmniej tak było zdaniem Ginny. Nie mogła uwierzyć w te wymówki Glizdogona.

     — A nie mogłeś powiedzieć McGonagall, żeby cię dzisiaj zwolniła? — zapytała chłodniejszym tonem niżby chciała.

     Pettigrew zmrużył oczy i popatrzył na nią groźnie. Zauważył te wyzwanie w oczach dziewczyny.

     — Gdybym mógł, to na pewno oglądałbym ich nabór. Chyba, że sugerujesz mi coś innego. — Spojrzał na drapieżnie.

     Ginny zacisnęła usta w wąską linię. Czyli tak się bawisz, pomyślała.

     — Wystarczyłoby, abyś poprosił o pomoc Jamesa albo Syriusza, a oni na pewno poszliby do McGonagall.

     — Nie lubię wykorzystywać swoich przyjaciół.

     Nastała pełna napięcia cisza, w której Ginny i Peter wymieniali się groźnymi spojrzeniami. Reszta Huncwotów patrzyła na nich, zdziwieni nieprzyjaznym zachowaniem ich dwójki przyjaciół.

     — Uspokójcie się — powiedział pewnym głosem Lupin. 

     Dwójka Gryfonów spojrzała na niego przeciągle, po czym opadła na swoje miejsca. Remus widocznie odetchnął z ulgą, po czym powiedział:

     — Zrobiliście esej na zielarstwo?  



     — Ginny! Hej, Ginny, gdzie tak pędzisz? 

     Lily i Mary patrzyły w zdziwieniu na gwałtowne ruchy Ginny, która grzebała w kufrze w poszukiwaniu swojej piżamy.

     — Nic. Idę do toalety — powiedziała oschłym tonem, w końcu znajdując potrzebne ubrania.

     Jeszcze przez chwilę słyszała nawoływanie swoich współlokatorek, które przerwała donośnym trzaskiem zamykanych drzwi. W łazience rzuciła piżamę na podłogę, po czym oparła się o umywalkę. Odkręciła kurek z zimną wodą i przemyła twarz na uspokojenie się.

     — Pieprzony Pettigrew — mówiła wściekle, kiedy zakręcała kurek. — On i te jego pieprzone podchody.

     Szybko zrzuciła z siebie ubranie, po czym weszła pod prysznic. Pod naporem ciepłej wody wyrzucała z siebie coraz wymyślniejsze przekleństwa pod adresem Glizdogona.

     Przez cały czas, który spędziła z Huncwotami, wymawiała niemiłe słowa, na które Peter zawsze był w stanie odpowiedzieć. Syriusz, James i Remus musieli wielokrotnie interweniować, żeby nie doszło do wymiany zaklęć. Niewinne słowa koniec końców zamieniały się w wielką kłótnię, przy której Weasley i Pettigrew nie zamierzali zrezygnować. Byli zdeterminowani, aby wygrać.

     W pewnej chwili pomyślała, że los naprawdę ją nienawidzi. Cofnięcie się w przeszłość było niczym w porównaniu do obcowania przy Huncwotach, Lily i Severusie. Wiele razy chciała po prostu ich trzasnąć w głowy i naprowadzić do niejakiego porządku. Ale teraz przyszła jeszcze sprawa z Peterem, chłopakiem, do którego czuła olbrzymią niechęć i obrzydzenie.  

     Jedno wiedziała na pewno; właśnie wyrobiła sobie w Pettigrew wroga.
layout by oreuis