czwartek, 28 lipca 2016

Rozdział 2 - Rok 1976


     Nie wiedziała, ile spała. Wydawać by się mogło, że kilka godzin, a nie minęło zapewne nawet pół godziny.Ostatnio dość często gubiła rachubę czasu. Podczas wakacji zdarzało się, że spała nawet do jedenastej. Potem musiała sama zatroszczyć się o swoje pożywienie, co kompletnie jej nie wychodziło. Była fatalną kucharką, nawet najprostszy przepis potrafiła zepsuć. Zdecydowanie nie odziedziczyła talentu gospodarskiego po mamie. A przydałby się.
     Po chwili usłyszała obok siebie, jak coś ciężkiego spada na ziemię. Potem do jej uszu dobiegły odgłosy siarczystego przeklinania. W przedziale na chwilę zapadła głucha cisza, a następnie odezwał się głos, którego zdecydowanie nie znała.
     — No co za cholerstwo, zawsze spada — parsknęła cicho śmiechem, słysząc to niewybredne słownictwo. 
     Otworzyła leniwie jedno oko, przygotowując w myślach tyradę pod adresem osoby, która znajdowała się w przedziale, lecz kiedy rozchyliła drugą powiekę, gwałtownie wciągnęła powietrze.
     Tuż przed nią stał Harry. Harry, który miał być teraz na poszukiwaniu horkruksów. 
     Potter pocierał ręce o kark, stojąc nad kufrem ze zmieszaną miną. Nie widziała dokładnie jego twarzy, ale mogłaby przysiąc, że to jest on. Przynajmniej dopóki się do niej nie odwrócił.
     Już wtedy wiedziała, że ma przechlapane.
     — Cześć. Wybacz, że cię obudziłem, ale ten cholerny kufer zawsze spada z półki, kiedy chcę go tam położyć. Nie gniewasz się? — James Potter przyglądał jej się ze skrępowanym uśmiechem, ale była w stanie zobaczyć radosne ogniki w jego oczach. Miały kolor mlecznej czekolady, w której człowiek chciałby się zatopić raz na zawsze.
     Ginny wpatrywała się w niego z szeroko otwartymi oczyma, dopóki do przedziału nie wpadł kolejny chłopiec, tym razem z czarnymi, kręconymi włosami do ramion i radosnym uśmiechem na twarzy.  
     — Rogacz, wygrałem zakład! Dawaj mi tego galeona. — Dopiero po chwili zauważył rudowłosą dziewczynę, siedzącą na siedzeniu. Popatrzył na nią w skupieniu, jakby zastanawiając się, czy gdzieś jej nie widział. Dochodząc do wniosku, że nie, zaczął przyglądać jej się z większym zainteresowaniem.
     Ginny poczuła się jak okaz w zoo, więc postanowiła się odezwać:
     —  Ekhm... wybaczcie, że przeszkadzam, ale...
     — James, nie dawaj Łapie galeona, Mary mu... — Remus urwał raptownie swoją wypowiedź, zderzając się z plecami Syriusza, który dalej stał w drzwiach przedziału.
     Ginny zagryzła wewnątrz wargę, żeby się nie uśmiechnąć. Obserwowała, jak Remus pociera swój podbródek, krzywiąc się lekko z bólu.
     — Syriuszu, mógłbyś łaskawie wejść do środka? Jak tak dalej pójdzie, to ludzie zaczną się wokół zbierać, żeby popatrzyć, co tutaj się dzieje.
     — Wybacz, Lunio, ale właśnie kontempluję tę oto piękną dziewczynę patrzącą na mnie jak na jakieś bóstwo. — Uśmiechnął się szeroko do Ginny, taksując ją wzrokiem.
      — Dziewczynę? — Remus wychylił się zza Syriusza, aby na nią spojrzeć.
     Ginny zdziwiła się reakcją chłopaków. Zachowywali się tak, jakby nigdy nie mieli styczności z osobnikiem płci żeńskiej, co zapewne nie miało żadnego sensu, bo zapewne mieli pęczki fanek, a nawet fanów. Po chwili jednak uznała, że musi zachowywać się tak samo, gapiąc się na nich z otwartymi ustami.
     Rumieniąc się ze swojej głupoty, odpowiedziała:
     — Coś nie tak? Wyjdę, jeśli wam przeszkadzam. — Zacisnęła zęby, postanawiając, że będzie dla nich miła. A nuż, widelec, może się to odbije.
     Miała rację. James popatrzył na nią z szerokim uśmiechem, kręcąc przecząco głową. Najwyraźniej już zapomniał o sytuacji z kufrem, bo po chwili wyciągnął do niej rękę i powiedział.
     — James Potter. A ty jesteś...
     — Ginny. Ginny Weasley — rzekła, zanim zdążyła  ugryźć się w język.
     Nazwisko "Weasley" było im na pewno znane. Jest to czystokrwisty, starodawny ród, uważany za zdrajców krwi. Byli rozpoznawani przez rude włosy i niebieskie oczy. Oczywiście, Ginny jak zawsze musiała od nich wyróżniać.
     Nigdy nie była uznawana za "typową Weasley" właśnie przez wzgląd swoich oczu. Były one brązowe, wręcz czekoladowe, emanujące zarówno ciepłem jak i chłodem. To właśnie różniło ją najbardziej od swojej rodziny. Tylko nieliczni wiedzieli, dlaczego tak jest. Historia po pierwszej klasie nauczyła ją nieufności do ludzi, dobrze skrywanej pod ciepłym uśmiechem. Przez rok jej psychika była w rozsypce, a przynajmniej pozostawiała wiele do życzenia. Ale jej bracia i rodzice nieszczególnie się tym zainteresowali. W końcu mała, słodka Ginny jest dalej tak samo urocza, jak była wcześniej i to się liczyło najbardziej. A ona w tym czasie nabierała coraz to większego dystansu do ludzi, nawet swojej własnej rodziny. Nauczyła się radzić sobie sama w trudnych sytuacjach, wykorzystując do tego wszystkie ślizgońskie cechy, jakie w sobie posiadała. A miała ich dużo, wręcz przeważały one nad tymi gryfońskimi, które nabyła w Domu Lwa przez te sześć lat swojej nauki. Do dziś żałowała, że jednak wybrała Gryffindor. Ludzie w nim nie zwracali uwagi na kulturę (na przykład plucie jedzeniem po stole albo jedzenie z otwartymi ustami), ani bezpieczeństwo (nocne przechadzki do Zakazanego Lasu lub zabawa z kałamarnicą z jeziora).
     — No to, Ginny, poznaj moich przyjaciół: Syriusza Blacka i Remusa Lupina. — Wskazywał ich kolejno ręką.
     Ginny próbowała odgadnąć, czy chłopaki poznają jej nazwisko. Syriusz zdawał się tym nie interesować, sądząc po uśmiechu, jakim ją obdarowywał. Weasley nie zwróciła na niego uwagi, patrząc uważnie na Lupina. Z jego twarzy nie dało się nic wywnioskować, więc uznała, że nic nie wie o tym nazwisku.
     Odetchnęła w duchu z ulgą, posyłając im promienny uśmiech.
     — Siadacie? — zapytała, przesuwając się bardziej w stronę okna. Chłopcy przytaknęli głową, a James wrócił do wkładania kufra na półkę.
     — Więc, skąd jesteś? Nigdy nie widziałem cię w szkole, a zapewniam, że znam każdą dziewczynę, a szczególnie kiedy jest w naszym wieku. Bo zakładam, że idziesz na szósty rok.
     — Tak. Chyba tak. — Zmarszczyła brwi, udając skupienie. — Jestem z An... Ameryki.
     — O, no proszę. Jak tam jest?
     — Co...? – zapytała nieprzytomnie.
     — W Ameryce. Jak tam jest? Słyszałem, że niedawno wybrali nowego Ministra.
     — Ja... tak. Uhm. — Przytaknęła, chcąc przekonać samą siebie.
     James usiadł obok niej, posyłając jej uśmiech.
     — Nie za bardzo lubisz politykę, prawda? — Zarumieniła się lekko. — Ja też nie. A quidditch?
     Wdała się z nimi w rozmowę na temat sportu. Miała jako takie pojęcie o nim, bo w tych czasach Ameryka odnosiła dość duże sukcesy. Potem, jak zmienił im się kapitan, zaczęli się staczać, i w ten sposób zakończyła się ich dobra passa.
     — Nie powiedziałaś nam, dlaczego przeprowadziłaś się do Anglii — stwierdził Remus, patrząc na nią uważnie znad książki, którą przez cały czas czytał.
     Ginny otworzyła usta, nie mogąc zdobyć się na żaden wyraz. Nie powie im, że przez przypadek cofnęła się w czasie - to odpada na starcie. Gdyby chciała powiedzieć, że rodzice przysłali ją tu z innej szkoły, zaczęliby zadawać pytania; z jakiej, kto naucza, czym się różni magiczna szkoła w Ameryce od tej w Anglii. Chcąc uniknąć jakichkolwiek odpowiedzi, rzekła:
     — Moi rodzice wraz z rodzeństwem zginęli w pożarze. Nie wiem, jak to się stało, bo wyszłam spotkać się z moimi przyjaciółmi, ale jak wróciłam, to zobaczyłam cały dom spalony. A oni... — Zadrżała jej warga, przypominając sobie, jak przed piątym rokiem ich dom został otoczony przez płomień. — A oni w nim zostali — dodała łamiącym się głosem, opuszczając głowę i lekko się garbiąc. Widząc, jak chłopcy chcą coś powiedzieć, odpowiedziała szybko. — Ale już się z tego otrząsnęłam. Naprawdę. I nie potrzebuję żadnych pocieszających słów. — Zerknęła na Jamesa otwierającego usta.
     — Przykro nam.
     — Mi też. — Ucięła rozmowę.
     Odwróciła głowę w stronę okna, patrząc na widok za nim rozmarzonym wzrokiem. Och, jak ona chciała teraz wrócić do domu.

     Pod koniec podróży zaczęli przebierać się w szaty. Ściągnęli kufry z półek, powoli wychodząc z przedziału. Kiedy dojechali na stację w Hogsmeade, przepuściła chłopaków pierwszych, aby mogli w spokoju odejść nieco dalej. Ona, trzymając się na uboczu, odwróciła się i pobiegła pędem w stronę zamku, chcąc jak najszybciej dotrzeć do gabinetu dyrektora. Dostrzegając gargulca, oparła się zmęczona o ścianę, ciężko dysząc. Wzięła głęboki wdech i wypuściła powietrze z ust, przecierając oczy. Policzyła w myślach do dziesięciu, zanim nałożyła maskę opanowania na twarz. Nie panikuj, Ginny, myślała, Dumbledore ci pomoże, on coś wymyśli. Z nadzieją w sercu zapukała do drzwi gabinetu profesora, ale nie słysząc żadnego odzewu, postanowiła wejść do środka.
     Gabinet dyrektora nie zmienił się prawie w ogóle od dwudziestu lat. Ściany, pomalowane na czerwony kolor, nie straciły na swojej żywości, a drewniane podłogi lekko skrzypiały pod jej nogami. Parę niepotrzebnych rzeczy dalej leżało na półkach ustawionych wzdłuż ściany, nie zmieniając swojego położenia. Ale jedyną widoczną zmianą była mała biblioteczka ustawiona w rogu sali. W jej czasach znajdowało się na pewno o wiele więcej książek, grubszych lub cienkich. Teraz ten mały zbiór wyglądał marnie na tle całej komnaty.
     Ginny usiadła na krześle naprzeciw biurka dyrektora. Przyglądała się Fawkesowi, który skrzeczał radośnie zamknięty w swojej klatce. Piękne stworzenie, pomyślała, pewnie niedawno musiało się na nowo odrodzić. Wydaje się taki pełen życia i radości. Założyła ręce na piersi, mrużąc lekko oczy. Przechyliła trochę głowę w lewo, zastanawiając się, ile potrwa dzisiejsza uczta powitalna. Wyobraziła sobie zapach pieczonego kurczaka polanego sosem. Ziemniaki ze stekiem, którego tak nie cierpiała. A na końcu ciasta, truskawkowe i borówkowe, sernik i szarlotka. No i miętówki.
     Powoli odpływała, czując, jak jej brzuch domaga się jedzenia. Z jękiem uświadomiła sobie, że zje cokolwiek dopiero jutro na śniadanie, na oczach całej szkoły chcącej poznać nową uczennicę. Merlinie, ratuj!
     Podskoczyła gwałtownie na krześle, słysząc, jak feniks znowu zaskrzeczał radośnie. Przyglądał jej się uważnie, chcąc ocenić, czy może być wrogiem swojego pana, czy nie. Ja, wrogiem Dumbledore'a? W życiu! Sprowadziłabym wtedy na siebie niepotrzebne kłopoty. A i tak mam jak na razie ich wiele.
Ptak, uznając, że nie ma czego się obawiać, schował głowę pod skrzydło, zapadając w sen.
     Ginny siedziała jeszcze przez godzinę na krześle, ale kiedy uznała, że może załatwić tę sprawę jutro, drzwi gabinetu niespodziewanie się otworzyły. Dziewczyna przez chwilę obserwowała, jak młodszy Dumbledore przechodzi powolnym krokiem przez próg z miłym uśmiechem na twarzy. Dyrektorowi od zawsze sprawiało przyjemność obcowanie z uczniami.
     — Dzień dobry, panie profesorze! Nazywam się Ginny Weasley i... — Gwałtownie się zatrzymała, widząc, jak dyrektor patrzy na nią zszokowany.
     Ginny podrapała się z tyłu głowy, w myślach przeklinając swoją głupotę.
     — Panie profesorze, ja...
     — Panno Weasley — uniósł rękę w górę, prosząc ją, aby się uciszyła — zanim zaczniemy rozmawiać, pragnę usiąść przy swoim biurku. — Podszedł do niego powolnym krokiem, po czym usiadł na krześle. — Co cię sprowadza do mojego gabinetu o tak późnej porze? — Taktownie przemilczał sprawę nie przyjścia na kolację i wejście do biura bez pozwolenia.
      Ginny zagryzła wargę, w myślach szukając odpowiedzi.
     — Ja... jestem uczennicą z Ameryki — wypaliła. — Uhm, nie wiedziałam, kiedy przyjść, więc pomyślałam, że to będzie najlepsza pora. Moi rodzice... moi rodzice chcieli, abym się tu uczyła —  dokończyła koślawo.
     — Rozumiem. Jednak prosiłbym, aby twoi rodzice wyrazili zgodę na naukę w tej szkole. Będą musieli wypełnić kilka dokumentów w Ministerstwie, a także złożyć podpis u mnie. Wtedy zostaniesz oficjalnie naszą uczennicą. Dostaniesz spis podręczników potrzebnych na twój rok oraz zostaniesz przydzielona do któregoś z domów. Rodzice ci wyjaśnili, na czym polega przydział?
     — Ja... tak, ale rodzice nie mogą zrobić żadnej z podanych rzeczy. — Spuściła nogi, zakładając ręce na kolana. — Oni zginęli w pożarze. Cała moja rodzina. Nie miałam czasu, aby zabrać swoich rzeczy, bo szybko musiałam przylecieć do Anglii. Chciałam spełnić ostatnią wolę rodziców — rzekła łamiącym się głosem.
     Nie widziała twarzy Dumbledore'a, lecz mogła się założyć, że ten pewnie główkuje nad jej problemem. Ona sama nie miała pojęcia, co dyrektor postanowi. Mógł ją przyjąć lub wyrzucić za próg. Nie miała przy sobie żadnych rzeczy czy pieniędzy, więc znalezienie pracy lub lokalu do spania nie wchodziło w grę. Już teraz mogła wyjść i zacząć żebrać na ulicy.
     Po chwili usłyszała ciche westchnienie.
     — Dobrze, panno Weasley. — Uniosła gwałtownie głowę, patrząc w błyszczące oczy Dumbledore'a. — Nie zdarza mi się przyjmować żadnego ucznia na początku roku szkolnego. Rozumiem twoją sytuację i jestem w stanie zapewnić ci pomoc. — Wyciągnął z szufladki pergamin. — Musimy ustalić podstawowe informacje — wyjaśnił, widząc niezrozumiały wzrok Ginny. Powoli przytaknęła głową. — Imię, nazwisko, rok urodzenia.
     — Ginewra Weasley, rok tysiąc dziewięćset sześćdziesiąty. Dwudziesty piąty marzec.
     — Może teraz coś o twoich rodzicach i rodzeństwie, o ile go posiadasz. — Zerknął na nią znad pergaminu.
     Wzięła głęboki oddech, czując, że to będzie jedna z najważniejszych rozmów, jakie przeżyje. Musiała się wykazać sprytem, bo dyrektor na pewno słyszał o tych Weasley'ach.
     — Moja mama nazywała się Elizabeth Weasley z domu... Lovegood. A tata to Arnold Weasley, pracował jako auror. — Przygryzła wargę, widząc, jak pióro szaleje po pergaminie, zapisując wszystko, co powiedziała. Spięła się lekko. — Mama była bezrobotna. Jeśli chodzi o moich braci... miałam ich trójkę. Charlie, najstarszy, miał dwadzieścia jeden lat i pracował ze smokami w Rumunii. Młodszy, Dave, miał dziewiętnaście lat i pracował w banku Gringotta w Egipcie. I na końcu Fred. Nigdy nawet nie poszedł do szkoły. — Wbiła wzrok w ścianę.
     — Gdzie się urodziłaś i gdzie potem mieszkałaś?
     — Eee... urodziłam się w Phoenix i tam też mieszkałam. — Rzuciła okiem na feniksa, który dalej smacznie spał. Phoenix to jedyne miasto, o którym mogła powiedzieć coś więcej niż tylko jego położenie.
     — Zdałaś już SUM-y?
     — Tak — odpowiedziała  pewniejszym głosem.
     — Nie mam już żadnych przeciwwskazań, aby przyjąć cię na szósty rok. — Rolka pergaminu zwinęła się i wleciała z powrotem do szufladki. — Możemy przydzielić cię do domu.
     Ginny szybko wstała z krzesła, o mało go nie przewracając. Podeszła do Tiary Przydziału powolnym krokiem, uważnie jej się przyglądając. Stary łachman, który dzieli ludzi, prychnęła pod nosem. Mimo wszystko, Ginny czuła lekki szacunek, kiedy dyrektor nakładał jej Tiarę na głowę.
     — Panna Weasley! Miło panią znowu spotkać! — Usłyszała w myślach głos czapki.
     — Skąd mnie rozpoznajesz? — pomyślała, zadając jej pytanie.
     — Śmierć nie wybrała cię przypadkowo! Taaak, teraz to widzę. — Ginny nie wiedziała, o co jej chodzi. Śmierć? — Jesteś jej ulubienicą. To na pewno nie przypadek!
     — Mogłabyś mnie już przydzielić? — zirytowała się.
   — Ślizgoński umysł. Spryt, chłód i logika, które doskonale do ciebie pasują. Nikogo innego nie spodziewałam się po Śmierci! Ale widzę tu też coś innego. Jakbyś się broniła przed tym domem, chociaż wcale nie uważasz go za zły.
     — Bo nie jest — odparła, siląc się na spokój. — To przez tradycję. Jestem Weasley, więc muszę trafić do Gryffindoru. Wcale tego nie chcę, ale ja naprawdę muszę tam być.
     — Tak, tradycja wyniszcza wielu ludzi. Ileż to Ślizgonów czystej krwi miało być przydzielonych gdzie indziej? Oni też mnie błagali o zmianę decyzji. Oczywiście, zgadzałam się, ale ty jesteś zupełnie innym przypadkiem.
     — Jestem takim samym przypadkiem — warknęła w myślach, po czym dodała spokojniej: — Proszę, czy mogłabyś mnie przydzielić do Gryffindoru?
     — Tak, tak — westchnęła Tiara. — Ale pamiętaj, że to nie koniec. Dla ciebie los przygotował coś innego. GRYFFINDOR!
     Ginny westchnęła z ulgą, słysząc werdykt Tiary.
     — Gratuluję, panno Weasley. Gryfoni na pewno dobrze się panią zajmą. — Uśmiechnął się do niej ciepło. — Proszę jutro przyjść do mnie do gabinetu tuż po śniadaniu, zostanie pani zabrana do sklepu po niezbędne rzeczy. Pani dormitorium znajduje się w wieży Gryffindoru, na siódmym piętrze. Hasło do portretu to "Fortuna Major". Życzę miłej nocy.
     Kiedy Ginny wychodziła z gabinetu, po raz pierwszy od kilku godzin pomyślała, że może jednak wszystko się ułoży.

czwartek, 21 lipca 2016

Lód

Tekst w cudzysłowie też proszę czytać. Ściśle przylega do tego, co ja piszę i pomaga bardziej zrozumieć miniaturkę.

***

I
 
"I pamiętam, kiedy go poznałam
To było oczywiste, że był tym jedynym
Oboje to wiedzieliśmy."

     Leżała na wygodnym siedzeniu w przedziale pociągu. Usnęła na chwilę, czekając na swojego przyjaciela. Koło niej była toczona żywa rozmowa. Dochodziły do niej tylko urywki zdań, z których nic nie rozumiała:
     — ... Mary tak mówiła!
     — A co mnie obchodzi jakaś dziewczyna, która ma...
     — ... Jim, to nielogiczne.
     Zmarszczyła brwi. Nie znała żadnego "Jima".
     — ... a ja...
     — ... no jasne, bo ty wszystko...
     Rozmowa była dla niej coraz bardziej niezrozumiała, więc postanowiła otworzyć oczy. 
     — Patrzcie, obudziła się wreszcie.
     Usiadła, przecierając zmęczona oczy. Rzuciła okiem na towarzyszy. Nie spodziewała się tych osób.
     — Jestem James Potter, a to moi przyjaciele, Syriusz Black i Remus Lupin.
     Siedziała przez chwilę zszokowana, lecz potem przywitała się, odwzajemniając uśmiech Jamesa.
     Zapomniała reszty spotkania. Rozmawiała z nimi, powoli przyswajając sobie wiadomość, że cofnęła się w czasie. Uśmiechała się, śmiała, potakiwała.
     Przez połowę spotkania czuła, ze jest obserwowana. Odwróciła wzrok trafiając na szare tęczówki. Patrzyła w nie jak zahipnotyzowana, powoli w nich tonąc. Bezdenne, niczym lód, który się topi, a ona w nim tonie. Powinny być zimne, ale miały w sobie tyle emocji, których nie potrafiła nazwać. Były żywe.
     Czuła, że ginie. W końcu, każdy lód się kiedyś roztapia.
     Po raz pierwszy pomyślała, że śmierć nie jest taka zła.

II

"A gdy lata mijały, wszystko stawało się coraz cięższe
Mieliśmy do czynienia z coraz większą ilością problemów
Błagałam aby został . Próbowałam przypomnieć co mieliśmy na początku."

     Nie wiedziała, co się działo. W jednym dniu wszystko było dobrze, a w następnym nastąpiło piekło.
     Kłóciła się z nimi. Oni się od niej odcięli, a ona od nich. To stało się tak nagle, że wiedziała, iż to nienaturalne. Byli pod wpływem eliksiru, to pewne.
     Próbowała z nimi porozmawiać, przypomnieć, jacy byli na początku. Ale oni nie słuchali. Nigdy tego nie robili.
     I tylko czasami widziała te szare tęczówki, wpatrzone w nią. Widziała te emocje, które potrafiła już rozpoznać. Żal, że nie chcieli tego robić, ale zostali do tego zmuszeni i nie mogą przestać. Błyszczały jak lód w świetle słońca, który go topi. Jaśniały, kiedy na nią patrzyły. Były wtedy takie żywe.
     Woda z topiącego się lodu zatkała jej już nos. Topiła się.
 
III

"Był charyzmatyczny , pociągający, zniewalający
I wszyscy to wiedzieli.
Gdy się pojawiał każda kobieta się oglądała. Każdy wstawał aby z nim porozmawiać."

     Szła z nim do Wielkiej Sali na kolację. Rozmawiał z nią, śmiejąc się lub uśmiechając. Wpatrywała się w niego jak urzeczona. On zdawał się tego nie zauważać, choć może tylko udawał. Rozglądnęła się dookoła, widząc, jak wszystkie dziewczyny uśmiechają się do niego zalotnie, a inne wpatrują się w nią z czystą nienawiścią. Nie wiedziała, co im zrobiła.
     — Syriuszu, one się na ciebie gapią — szepnęła mu dyskretnie, czując się jak ofiara otoczona przez drapieżników.
     — Nie przejmuj się, są zazdrosne — odpowiedział równie cichym tonem.
     — Dlaczego?
     — Bo przebywam z tobą. A one wiedzą, że im do pięt nie dorastasz.
     Stanęła, zbyt zszokowana tym, co powiedział. Nie zauważyła nawet, jak Black uśmiecha się do niej szeroko.
     — Wiedzą też, że mogę zrobić coś takiego.
     Przybliżył się do niej szybko i pocałował ją. To był najdłuższy, a zarazem najlepszy pocałunek jaki w życiu doświadczyła. Czuła się jak w niebie, pragnąc, aby Syriusz już się nigdy nie oddalał. Chciała zatrzymać go tylko dla siebie, nie bacząc na ludzi stojących wokół nich. Teraz nie byli oni ważni.
     Nie wiedziała kiedy, ale Syriusz się od niej odsunął. Jego oczy błyszczały radośnie, takim blaskiem, jakiego jeszcze nigdy nie widziała. Stała jak słup na środku korytarza, uśmiechając się szeroko. Patrzyła w dal, jej oczy zaszły lekką mgłą. Kiedy odwróciła się w stronę chłopaka, jego już nie było koło niej. Został porwany przez tłum ludzi chcących mu pogratulować. Klepali go po plecach, przybijali piątki, wiwatowali. Ale on nie zwracał na nich uwagi. Patrzył jej prosto w oczy.
     Jego szare tęczówki świdrowały ją na wylot, jakby chcąc zapamiętać każdy szczegół z jej twarzy. Lód w jego oczach stopniał, pozostawiając po sobie tylko wodę, w której już wcześniej zaczęła się topić. To był tak piękny widok, że aż zachłysnęła się tą wodą. Jego oczy w tym momencie były takie żywe, rozjaśnione, jakby pod wpływem słońca.
     Śmierć następowała coraz to szybszymi krokami. A ona wcale jej nie powstrzymywała.

IV

"Był jak hybryda, człowiek, który nie może się powstrzymać.
Zawsze miałam wrażenie, że jest rozdarty pomiędzy byciem dobrym człowiekiem a wszelkimi możliwościami jakie życie mogło zaoferować człowiekowi tak wspaniałemu jak on
I zrozumiałam go."

     Będąc na Grimmauld Place, nauczyła się niczemu nie ufać. Ani ludziom, ani rzeczom. Ileż to razy Zakon Feniksa ich zawiódł? Nawet w najprostszych rzeczach? Nie mieściło jej się w głowie, jak można popełniać tak głupie błędy. Patrząc po twarzach jej przyjaciół, też się dziwili. To tak samo dzisiaj. Znów zawiedli. Tym razem jej tatę.
     Wszyscy siedzieli w salonie. W powietrzu czuć było napiętą atmosferę. Molly Weasley wyszła z domu, chcąc pomóc swojemu mężowi. Jej bracia i przyjaciele siedzieli w ciszy, oczekując jakichkolwiek wiadomości. Ledwo powstrzymywała napływające do oczu łzy, wiedząc, że przyznałaby się wtedy do słabości. A ona była silna, nie mogła tego zrobić. To byłoby wielkie upokorzenie.
     Nagle pod stołem poczuła, jak ktoś chwyta jej dłoń. Uniosła głowę, dostrzegając szare tęczówki wpatrzone w jej oczy. Przekazywały one cały smutek i zrozumienie. On wiedział, jakie to uczucie niepewności, kiedy nie wiadomo, czy bliska ci osoba jeszcze żyje.
     Zrozumiała, że on też stracił kogoś bliskiego. Nie chodziło wtedy o rodziców Harry'ego, tylko o kogoś innego. Bliższego. Może jakaś jego dziewczyna, w której się zakochał? Próbowała przypomnieć sobie, czy kiedyś o kimś takim wspominał. Nie mogąc nic wymyślić, popatrzyła w jego oczy.
     Urzekł ją ten odcień szarości. Był niespotykany, choć podświadomie czuła, że skądś zna te szare tęczówki. Jakby już się w nie kiedyś zatopiła, co było niemożliwe. Woda, która kiedyś w nich była, zaczęła znowu zamarzać. Chciała wiedzieć, kto taki roztopił lód w oczach Syriusza. I przez kogo zaczął tworzyć się na nowo.
     Przez krótką chwilę widziała, jak jego oczy błysnęły, kiedy utkwiła w nich wzrok. Były żywe, choć światełko w nich już dawno zgasło. Ale były żywe.
     Woda, która ją topiła, zaczęła stopniowo opadać. Wzięła oddech, choć wiedziała, że już za późno. Z niewiadomych przyczyn, dla niej był już to koniec.

V
"I go kochałam.
kochałam, kochałam, kochałam.
I wciąż go kocham.
Kocham go."

     Stojąc nad jego grobem, zrozumiała, że to koniec. 
     Po kilku latach od wojny dalej nie była w stanie pokochać kogoś innego. Był tym jedynym, wiedziała to. On też. Choć nie mogła się o tym przekonać, wierzyła w to. Tylko przy niej był w ten sposób wesoły, zmieniał się w jej towarzystwie.
     Otarła spływającą po jej policzku łzę. Teraz nie przejmowała się, czy ktoś widzi jej słabość, czy nie. Było jej to obojętne, jak wszystko, od czasu powrotu do przyszłości.
     Nie mogła zobaczyć jego tęczówek. Woda, która zamarzała, teraz na powrót stała się lodem. Wiedziała to. I żałowała z całego serca. Pragnęła, aby lód znowu stopniał, choć wiedziała, że to niemożliwe. Jego oczy były martwe. A ona razem z nimi.
     Leżała koło lodu, a jej ciało się nie poruszało. Serce nie biło, oczy nie jaśniały. Były spowite mgiełką, taką, jaka zawsze występuje u osób nieżywych. Utopiła się.
     A śmierć śmiała się z jej naiwności.

***

Lana Del Rey– National Anthem Monologue

I jak? Podobało się? To moja pierwsza miniaturka jaką w życiu napisałam. Mogła wyjść okropnie, bo nie jestem jeszcze wprawiona w pisanie takich krótkich tekstów, lecz mam nadzieję, że ogólny sens zrozumieliście. A jeśli nie, to cóż...trudno :D
Pisać jeszcze kiedykolwiek miniaturki? Obecnie nie mam pomysłu na żadną z nich, ale jak coś mi wpadnie do głowy, to pewnie napiszę. Tak myślę.
Pozdrawiam gorąco :*




   


 

poniedziałek, 18 lipca 2016

Rozdział 1 - Zmiany


Edit 2 (13.08.2017r.): Zdecydowałam jednak, że rozdziały muszą zostać poprawione, ponieważ nie mogę patrzeć na tak ogromną ilość błędów na samych początkach mego pisania. Już wkrótce zaczną pojawiać się poprawione rozdziały, wystarczy tylko trochę cierpliwości.



Ginny, zejdź na śniadanie!

Rudowłosa dziewczyna westchnęła cicho. Zamknęła swoją książkę i włożyła do kufra, który ledwo zmieścił dodatkowy przedmiot. Przez chwilę siłowała się z zamknięciem go, siadając na nim lub upychając znajdujące się wewnątrz ubrania. Po kilku sekundach poddała się i zaczęła wyrzucać podkoszulki i spodnie, uznając, że i tak nie będą jej potrzebne. W końcu, skryję to wszystko pod szkolnymi szatami. Po co ja w ogóle pakuję te ubrania?

— Ginny, idziesz, czy nie? — Usłyszała z dołu krzyk swojej mamy.

— Już schodzę!

Taszcząc swój kufer po schodach, uważała, aby się na którymś stopniu nie wywrócić. Pamiętała, jak wielokrotnie z nich spadała, a jeszcze więcej, jak się na nich potykała, uderzając czołem w drewno. Do dziś się zastanawia czy aby przy jednym wypadku nie zrobiła sobie coś z głową. Było to wysoce prawdopodobne.

— Wreszcie, myślałam, że już ci się coś stało, chociaż jeszcze rok szkolny się nie zaczął — powiedziała Molly Weasley, kiedy jej córka usiadła przy stole.

Ginny patrzyła się przez chwilę beznamiętnie na puste miejsca siedzące i po chwili odwróciła wzrok na swoją matkę. Pani Weasley westchnęła ciężko i odpowiedziała na niezadane pytanie córki:

— Tata musiał dzisiaj wyjść wcześniej do pracy. Prawdopodobnie wróci koło wieczora. Późnego wieczora. — Mówiła krótko i zwięźle tak, jak zawsze ostatnimi czasy. Brak radości w jej głosie przerażał kiedyś rudowłosą dziewczynę, lecz ta już do tego przywykła. Podczas wojny wesołość była wręcz niewskazana, niepoprawna.

Ginny wzruszyła ramionami na tę wiadomość. Nie obchodziło ją to, w końcu i tak o tej porze nie będzie jej w domu. Ale czy mogła to mieszkanie dalej nazywać domem? Nie, raczej nie. Dom kojarzył jej się z ciepłem, zabawą, śmiechem i zapachem wypieków mamy. Teraz w posiadłości Weasleyów nie było ani ciepła, ani śmiechu. Nawet Fred i George nie byli w stanie pomóc. Oni wręcz zamieszkali w swoim sklepie i rzadko kiedy wpadali w odwiedziny do rodziców. A kiedy Harry, Ron i Hermiona wyruszyli na poszukiwanie horkruksów, w tym mieszkaniu zrobiło się strasznie cicho.

Po chwili bezczynnego siedzenia, wzięła sobie kromkę chleba i posmarowała ją masłem i dżemem. Taka trywialna czynność, a jak potrafi ukoić. Kropla normalności w tym chorym świecie.

— Mam iść z tobą na dworzec? — zapytała Molly, przerywając tą nieznośną ciszę, jaka zaległa w jadalni.

— Nie, mamo. Colin będzie na mnie czekał przed peronem piątym, a potem mamy ochotę przejść się jeszcze do kawiarni. O ile to nie problem. — Uniosła brew, odgryzając kawałek kromki.

— Żaden, kochanie — westchnęła ciężko i zaczęła sprzątać po sobie naczynia i sztućce. Ginny zauważyła, że ta ledwo zjadła pół jajecznicy, którą sobie przygotowała, choć i tak jej porcja była minimalna. 

Rudowłosa dziewczyna przyglądała się przez chwilę twarzy jej matki. Widać było na niej wyraźne zmęczenie i lekką rezygnację, jakby ta wojna była dla niej już przegrana. Ginny prychnęła cicho pod nosem, lecz ze względu na stan jej rodzicielki, postanowiła sobie odpuścić komentarze. Okazałaby się wielkim nietaktem, gdyby tego nie zrobiła. A o zasadach savoir vivre i nie tylko wiedziała wiele.

— Ja już będę iść, pozdrów tatę jak wróci do domu. — Szybko pocałowała ją w policzek, nie dając jej dojść do słowa. Nie chciała wysłuchiwać kolejnych wywodów na temat tego, jakie ciężkie życie ma jej ojciec. I tak już wiele się tego nasłuchała.

Wyszła jak najprędzej z domu, ciągnąc za sobą swój kufer. Rozglądnęła się wokoło czy nikogo nie ma, a potem wyjęła ze spodni różdżkę i machnęła nią w powietrzu. Po chwili naprzeciwko niej stał wielki, fioletowy autobus, z napisem "Błędny Rycerz". Ze środka wyszedł młodzieniec, którego nie znała. Otwierał usta, żeby wygłosić standardową przemowę, lecz ona szybko powiedziała:

— Możemy sobie to wszystko na dzisiaj odpuścić? Śpieszy mi się. — Chłopak popatrzył na nią z wdzięcznością, a następnie wziął od niej kufer i zaprosił ruchem ręki do środka.

Przez chwilę szukała sobie odpowiedniego miejsca, lecz w końcu wybrała te na początku autobusu. Patrzyła z rozbawieniem, jak młodzieniec siłuje się z jej kufrem, aby tylko wtaszczyć go po schodach.

— Pośpiesz się Al, nie mam zamiaru czekać tutaj cały dzień! — wychrypiał Ernest Prang, kierowca autobusu.

Chłopak o przezwisku Al speszył się lekko i szybko wszedł do środka, stawiając kufer tuż koło Ginny. Przez chwilę dyszał ciężko, by następnie wyciągnąć szmatkę ze swojej kieszeni i przetrzeć nią czoło. 

— Co ty tam zapakowałaś, że to jest takie ciężkie? — zadał retoryczne pytanie. — Gdzie mamy cię zawieźć?

— Na dworzec King's Cross, poproszę — odpowiedziała, uśmiechając się lekko w stronę Ala.

Autobus ruszył pełnym pędem, zostawiając za sobą dom Weasleyów. Ginny musiała przytrzymać się siedzenia, żeby z niego nie spaść.

— Sześć sykli. — Dziewczyna wyciągnęła z kieszeni pieniądze i rzuciła na otwartą dłoń chłopaka. — Czekolady?

— Chętnie. — Zapłaciła kolejne trzy sykle, kątem oka zauważając wzrok Erniego. No tak, w końcu musiał się dowiedzieć, że Stan został śmierciożercą. Pewnie dlatego teraz pracuje tutaj inny chłopak. Mimo wszystko, Ginny poczuła lekkie ukłucie w sercu. Stan pracował tu od kilku lat i zdążyła się już przyzwyczaić do jego paplaniny. Ernie z pewnością też. Lubiła słuchać jego radosnych opowieści, jak to kiedyś pojedynkował się z śmierciożerczą akromantulą lub centaurem. Te historie były jej wybawieniem, odpoczynkiem od codziennego wysiłku mózgowego. Stan sprawiał, że jej wyobraźnia szalała, co chwila wyobrażając sobie sytuacje, w których uczestniczył. Mogła na chwilę uciec z tego świata, by pomarzyć o rzeczach, które ona sama chciała spełnić, ale jej się to nie uda. Mówili, że jestem po jasnej stronie i mam prawo wyboru, a sami mi zarzucają małżeństwo z Harrym, którego obydwoje nie chcemy. Czy naprawdę, Jasna Strona jest taka sama jak Mroczna? Czym w tym momencie różnimy się od tych innych arystokratycznych rodzin? Ginny skrzywiła się sama do siebie. Jak ona nienawidziła być od kogoś uzależniona.

Zauważyła, że za oknem zaczęło padać. Cudownie, pomyślała, będę musiała sobie urządzić mini biegi. Nie miała nic, co do tego rodzaju wysiłku sportowego, lecz nie lubiła biegać w deszczu. Te krople uderzające o jej ciało przyprawiały ją o dreszcze. Zawsze ją to denerwowało.

W końcu Al przyniósł jej gorącą czekoladę. Upiła łyk z kubka, który szybko ją ogrzał, patrząc na krajobraz za oknem. Uwielbiała oglądać świat, analizować go, testować na różne sposoby. Uważała, że większość ludzi nie docenia tego, jaki jest. Przecież przyroda to czysta magia, jedna z tych najprawdziwszych i najpiękniejszych. A ludzie ją bezcześcili, zanieczyszczali jakimiś odpadami. Bolało ją to, ale wiedziała, że nie może nic z tym zrobić.

Al przez chwilę próbował nawiązać z nią jakąś rozmowę, lecz marnie mu to wychodziło. Strasznie się jąkał, co niesamowicie przypominało jej o Neville'u. Rozpogodzona myślą, że już za niedługo spotka jego, Colina i Lunę, zaczęła chętniej rozmawiać z chłopakiem. 

Po paru minutach znaleźli się tuż przed dworcem. Ginny podziękowała za czekoladę, pożegnała się i, ciągnąc za sobą kufer, zaczęła dryfować pomiędzy ludźmi, szukając znajomej jasnej czupryny jej przyjaciela. W końcu stanęła przed peronem piątym, rozglądając się wokół siebie. Nigdzie nie mogła zobaczyć Colina, więc uznała, że jeszcze tutaj nie dotarł.

— Ginny!

Poczuła, jak nagle jakiś ciężar przygniata jej ciało. Odsunęła się, żeby zobaczyć, kto to taki, lecz po chwili odwzajemniła uścisk.

— Colin! Merlinie, jak tyś wyrósł przez te dwa miesiące! — Roześmiała się radośnie, patrząc na wesołą twarz jej przyjaciela.

— A ty jak byłaś karłem, tak dalej jesteś. Nic nie jadłaś podczas tych wakacji, czy co? — Zmierzył ją oceniającym wzrokiem. — Na dietę przeszłaś? Wydajesz się chudsza niż zazwyczaj — Rzucił jej podejrzliwe spojrzenie.

— Tak, bo nie miałam co innego robić, tylko się odchudzać. — Rzuciła kpiąco, przewracając oczyma.

— Dobra, dobra. — Uniósł ręce w bezbronnym geście. — Wystarczy tych babcinych gadek. Idziemy do kawiarni! Nie jadłem nic dzisiaj na śniadanie, bo musiałem się spakować, więc umieram z głodu.

— Trzeba było się wieczorem pakować, a nie na ostatnią chwilę — powiedziała z przekąsem, za co została obrzucona potępiającym spojrzeniem.

— Myślisz, że to takie łatwe, rudzielcu? Ty może miałaś czas na pakowanie, ale ja nie.

— Tak? To co takiego wczoraj robiłeś, że nie mogłeś znaleźć na to wolnej chwili?

— Jesteśmy już blisko kawiarni. — Zmienił temat, czym rozbawił rudowłosą. — Zamawiasz coś?

— Nie, bo ja w przeciwieństwie do ciebie zjadłam śniadanie i wypiłam gorącą czekoladę. — Nadała swojemu głosowi wywyższony ton.

— Długo będziesz mi to wypominać?

— Od tego w końcu jestem. 

Po godzinie Colin się już najadł, więc mogli w spokoju iść na peron dziewięć i trzy czwarte. W pewnej chwili blondwłosy chłopak raptownie się zatrzymał, przez co Ginny prawie na niego wpadła. Już miała wygłosić tyradę pod jego osobą, lecz w końcu odpuściła, widząc, w co zapatrzony jest jej przyjaciel.

Rok w rok, King's Cross był zatłoczony. Wszędzie walające się walizki, ludzie w nie wpadający, krzyki i ogólnie zamęt. Pierwszego września przejście przez dworzec było prawdziwym wyczynem.

Rok w rok Colin Creevey bał się przejść na peron dziewięć i trzy czwarte.

Rok w rok spóźniali się właśnie z tego powodu.

— Dobra, Colin, pamiętasz, że jesteś dzielnym Gryfonem, prawda? — zapytała, na co chłopak pokiwał niepewnie głową. — Jeśli tak, to pomyśl, że to jest kolejna twoja wspaniała historia, którą będziesz opowiadał wnukom, jak to odważnie przebiegłeś przez tę oto groźną barierkę. — Wskazała ręką na niewinnie wyglądający przedmiot.

— A co, jeśli ona nas przeniesie w inne miejsce? Albo się o nią roztrzaskamy? — Rzucił ukradkowe spojrzenie w stronę przeszkody. Ginny westchnęła ciężko.

— Nie, Colin, nie przeniesie nas to. Ani się o to nie roztrzaskamy. Ani nie zostaniemy okradnięci, porwani czy co tam sobie jeszcze wymyślisz — dodała, widząc jak Colin otwiera usta, by coś powiedzieć.

— Skąd wiesz? W końcu Harry i Ron się o nią roztrzaskali — rzekł z triumfem w głosie, myśląc, że ten argument ją przekona.

— Colin, widzisz gdzieś tu jakiegoś skrzata domowego?

Chłopak rozglądnął się czujnie wokół siebie, lecz nie zauważając żadnego zagrożenia, pokręcił przecząco głową.

— Świetnie, więc teraz przebiegnij przez tę cholerną barierkę, bo mam wrażenie, że jesteśmy już spóźnieni .— mówiąc to, zaczęła tupać nogą w nerwowym geście. Założyła ręce na piersi i patrzyła zachęcającym wzrokiem na przyjaciela.

— Na pewno nie jesteśmy spóźnieni — parsknął.

Ginny odwróciła się za siebie, zauważając grupkę ludzi stojących tuż za nimi.

— Dzień dobry, wiedzą państwo, która jest godzina? — Rozmowa toczona wśród dorosłych została gwałtownie przerwana jej przyjściem. Ginny przez chwilę poczuła się jak intruz, lecz to uczucie szybko minęło, kiedy pewna kobieta uśmiechnęła się do niej ciepło, pokazując jej zegarek.

— Za cztery minuty odjeżdża wam pociąg. — W oczach kobiety pojawiły się rozbawione ogniki, kiedy Ginny gwałtownie odwróciła się do przyjaciela, wymachując nerwowo rękoma.

— Colin! Mówiłam, że jesteśmy spóźnieni. Ruszaj się i biegnij przez tę barierkę albo sama cię tam przepchnę!

— Nie dam rady — jęknął, rzucając jej żałosne spojrzenie.

— Colin, ty biegniesz, ja biegnę. Dasz radę! — powiedziała z nowym zapałem w głosie.

— Lecę!

Leć!

— Dam radę! — Pobiegł w kierunku barierki, jakby od tego zależało jego życie.

Ginny odwróciła się, żeby podziękować kobiecie za pomoc. Mocno się zdziwiła, kiedy zauważyła, że ani jej, ani ludzi za nią stojących nie ma. Wzruszyła ramionami, notując w pamięci, aby podziękować jej przy najbliższej okazji.

Przebiegła przez barierkę, by po chwili znaleźć się na peronie dziewięć i trzy czwarte. Uśmiechnęła się, kiedy zobaczyła znajomy czerwony pociąg i tłumy spóźnialskich dzieci tłoczących się wokół rodzin. W końcu w domu, pomyślała.

Torując sobie drogę do pociągu, została nagle popchnięta na ziemię. Wylądowała, czując, jak jakiś ostry przedmiot wbija jej się w brzuch.

— Bardzo przepraszam! — Usłyszała piskliwy głosik koło ucha, przez który się skrzywiła.

— Nic się nie stało — stęknęła, chociaż wiedziała, że dziecko, które ją potrąciło, już odeszło. Cóż za brak wychowania!

Podniosła się powoli z ziemi, czując olbrzymi ból w każdej części ciała. Świetnie, będę miała siniaki. Wyciągając z kieszeni przedmiot, poczuła dziwne przepychanie, podobne do tego podczas teleportacji. Skrzywiła się z niesmakiem na to wspomnienie. Nienawidziła teleportacji.

Tym małym przedmiotem okazał się zegarek. Widać było, że czas go nie oszczędził; schodzące powoli złoto, lekko przekrzywiona wskazówka i powoli zmywające się cyfry wyraźnie na to wskazywały. Zegarek musiał być naprawdę drogi i stary, sądząc po jego starodawnym wyglądzie. Przez chwilę rozglądała się wokół, patrząc czy nikt nie szuka zagubionej rzeczy. Nie znajdując nikogo takiego, ruszyła do wejścia pociągu, tarmosząc kufer.

Kiedy znalazła się w środku, szukała przedziału, w którym mógłby siedzieć Colin. Nie mogła go odnaleźć, więc zajęła im jakiś, w którym nikogo nie było. Wciągnęła kufer na półkę i położyła się na siedzeniu, całkowicie się odprężając. Zamknęła oczy, marząc o tym, aby była już w Hogwarcie. Nie mogła doczekać się powrotu do tego miejsca, od którego biła magia.

W zamku już wszystko będzie dobrze, pomyślała zanim usnęła.
layout by oreuis