piątek, 21 kwietnia 2017

Rozdział 17 - Pierwszy kwietnia

     
Ginny obudziła się z mocnym bólem głowy i ogromnym pragnieniem. Z jękiem wygrzebała się z pościeli i doczłapała się do łazienki, gdzie wypiła wodę z kranu. Kołdrę na łóżku zostawiła pomiętą w jedną małą kulkę, co ją niezmiernie zdziwiło. Nie przypominała sobie, by przy wstawaniu zostawiła taki bałagan.
Oparła się o umywalkę i ścisnęła nasadę nosa. Przez jej głowę przechodziły mgliste wspomnienia z wczorajszego dnia; zbyt dużo wypitego alkoholu, do którego została zmuszona, lamentowanie Narcyzy i Regulusa, a na końcu wrócenie do Pokoju Wspólnego. Na policzki wystąpił jej rumieniec, zaś całe ciało ogarnęło zażenowanie, kiedy zrozumiała, do czego się posunęła. Koniecznie musiała porozmawiać z Syriuszem o wczorajszej sytuacji.
— Ja bym nie radził. Narobiłaś mu nadziei, Ginny.
Weasley przeklęła w myślach i prędko odwróciła się w stronę Riddle'a. Tom stał oparty jedną nogą o ścianę, a ręce miał ułożone wzdłuż ciała. Ginny na ten widok postanowiła przyjąć obronną postawę, zaplatając ramiona na piersi.
— I właśnie dlatego postanowiłam z nim porozmawiać — powiedziała wyniośle. Uniosła podbródek i popatrzyła na chłopaka z góry. — Czego chcesz, Riddle? 
Tom wzruszył obojętnie ramionami. Ginny zdenerwowała ta bierność chłopaka na jakiekolwiek sprawy.
— Porozmawiać. Przeprosić. — Spojrzał jej prosto w oczy. — Powinienem cię powiadomić o skutkach wchodzenia do moich wspomnień. Przeze mnie stałaś się hipokrytką, która swoim zachowaniem przebija nawet Lily Evans. Chociaż nie — rozmyślił się. — Evansówna histeryzuje publicznie, a ty tylko prywatnie. Choć nie powiem, uśnięcie na stercie ręczników w łazience było szczytem twoich możliwości. — Uśmiechnął się kpiąco. 
Ginny prychnęła na te słowa. Gdyby tylko Riddle był prawdziwy, nie zawahałaby się uderzyć go w twarz.
— To był tylko początek zabawy — sarknęła. Tom pokiwał głową, a cała jego postawa wyraźnie sugerowała, że sobie z niej drwi. — Ale jest już lepiej. Opanowałam ataki płaczu czy chęć rzucenia Petera o ścianę. I nie pytaj dlaczego akurat jego — dodała prędko, widząc Riddle'a otwierającego usta. — Nasza relacja jest pogmatwana. 
— I dlatego chcesz nim rzucać o ścianę?
— Dokładnie. Zakładam, że odbiłby się od niej jak piłka. Mała, okrągła, włochata piłka. Na miarę jego rozmiarów.
— Rozumiem. — Kącik ust Toma zadrgał. 
— Wracając. — Ginny odzyskała rezon. Jej twarz znowu stała się nieprzystępna. — Twoje przeprosiny były, lekko mówiąc, okropne. Już Snape lepiej przeprasza od ciebie. Choć to może dlatego że nie jest zapatrzonym w siebie dupkiem, który ma na uwadze tylko swoje dobro.
— Każdy Ślizgon przede wszystkim dba o to, żeby było mu jak najlepiej. Niektórzy pokazują to bardziej, niektórzy mniej — odciął się. — Ty również patrzysz najpierw na siebie, a potem na innych. Natura Ślizgonów często czyni z nich nieokrzesanych egoistów — zakpił. 
— Prawdopodobnie — stwierdziła chłodno Ginny. 
— Albo hipokrytów. To też jest prawdopodobne.
— Och, zamknij się, Riddle. I idź stąd, bo zamierzam się przebrać. Rozbieranie się przy tobie jest ostatnią rzeczą, jaką kiedykolwiek chciałabym zrobić.
 Tom odepchnął się od ściany i stanął wyprostowany tuż za plecami Ginny. Dziewczyna wpatrzyła się w lustro, omijając wzrokiem twarz Riddle'a.
— Jestem wspomnieniem w twojej głowie, Ginny. Już nieraz widziałem cię nagą. 
Weasley otworzyła ze zdziwienia usta i, najszybciej jak potrafiła, obróciła się w stronę Toma. Chłopak na pożegnanie uniósł kącik ust i wyparował z pomieszczenia. W łazience zapanowała głucha cisza, która została nagle przerwana krzykiem Ginny:
— Dupek!




Pierwsze kwietniowe śniadanie w Wielkiej Sali odbywało się w pełnej nadziei atmosferze. Uczniowie czuli powiew wolności, który zbliżał się wielkimi krokami. Niecałe trzy miesiące nauki były oznaką większego starania do jak najlepszego ukończenia roku szkolnego. I to właśnie wtedy, pierwszego kwietnia, Wielka Sala zostawała przystrojona w wiosenne ozdoby, takie jak żółte ptaki zwisające z sufitu, czy winorośle pnące się po ścianach. 
Ginny, wchodząc do pomieszczenia, przystanęła na chwilę z wrażenia. Pogoda na zewnątrz była idealna na leniwe wylegiwanie się pod drzewem i obserwowanie białych obłoków. Świece u sklepienia zostały zgaszone, a zamiast nich powieszono różnokolorowe ptaki. Wokół okien i przy końcach ścian zasadzono winorośl, która utrzymywana była zaklęciami.
Ginny usiadła do stołu i rozejrzała się po nim. Po chwili zdecydowała się zabrać zwykłą owsiankę i cytrynową herbatę.
Za jej czasów nigdy nie przystrajano Wielkiej Sali w wiosenne ozdoby. Pierwszego kwietnia obchodzono jak zwykły dzień (o ile zwykłym dniem można nazwać urodziny Freda i George'a), nie świętowano go w żaden sposób. Nie zmieniało to jednak faktu, że uczniowie wciąż czuli się pocieszeni zbliżającymi się wakacjami. Dumali na lekcjach, młodsze roczniki olewały naukę, zaś piąte i siódme roczniki się do niej przykładały. Wszyscy czuli stres nadchodzącymi egzaminami, choć nie każdy tak mocno, jak uczniowie piszący OWUTEMy czy SUMy.  
Początek kwietnia był również dość ważnym okresem w życiu Ginny. Oznaczało to, że przeżyła ponad pół roku w latach siedemdziesiątych. Nie poczuła upływającego czasu, który z miesiąca na miesiąc przybliżał ją do powrotu do swoich czasów. Ginny miała nadzieję, że powróci z przeszłości na początku września. Pragnęła pobyć jeszcze chwilę wraz z Huncwotami oraz Lily i Mary, a także nacieszyć się wolnością, która panowała w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym siódmym. I nie chodziło tu tylko o wojnę, która na dobre rozgorzała w jej czasach. Oprócz tego chciała mieć jak najwięcej czasu, aby nie zdawać żadnych poważniejszych egzaminów, takich jak SUMy czy OWUTEMy. Rok szósty był chwilowym wyzwoleniem od ciężkiej pracy, pomiędzy piątym a siódmym.
Nagle Ginny usłyszała nad sobą trzepot skrzydeł. Poranna poczta pojawiła się, jak zwykle, niespóźniona. Brązowa sowa zrzuciła do jej rąk Prorok Codzienny, a następnie odleciała w swoją stronę. Ginny otworzyła gazetę na losowo wybranej stronie i, jedząc śniadanie, zaczęła ją czytać.
Natrafiła na jakiś artykuł o Harpiach z Holyhead. Z przyjemnością wyczytywała ich osiągnięcia i wygrane z innymi drużynami. Pomimo iż nie podchodziła do quidditcha z takim samym zapałem, co kiedyś, i tak uwielbiała dowiadywać się o sukcesach swojej ulubionej drużyny.
"I pomyśleć, że jeszcze niedawno chciałam do nich dołączyć", pomyślała zadumana. 
Nagle tuż obok niej spadła na siedzenie torba, skutecznie wyrywając Ginny z zamyślenia. Popatrzyła się na Syriusza, który usiadł niedaleko i wybierał swoje śniadanie. Przywitał się wesoło.
— Piękny mamy dzisiaj dzień, prawda? — orzekł. Ginny, podążając za jego wzrokiem, uniosła w górę głowę i zapatrzyła na błękitne niebo. — Dodatkowo jest wolne. Co ty na to, żeby się udać na błonia, aby odpocząć?
Ginny uśmiechnęła się.
— Świetny pomysł. — Przytaknęła i odłożyła łyżkę do pustej miski. Gazetę ładnie poskładała i zostawiła na stole, gdyby James przyszedł i chciał przeczytać.
— Przy okazji, możesz mi powiedzieć, dlaczego się wczoraj upiłaś? Oczywiście nie narzekam na taki stan, ale ty jednak rzadko pijesz alkohol. Dość mocno uderza ci do głowy.
— Jeśli o to chodzi, to miałam akurat wyjątkowo kiepski dzień. Za dużo płaczu i rozpaczy — mruknęła, unosząc kubek z herbatą do ust. Pomieszała go i jednym haustem wszystko wypiła. — Musiałam jakoś odreagować. Wybacz, jeśli powiedziałam coś nie tak, ale miałam trudności z opanowaniem języka.
— Nie tylko języka — parsknął Syriusz.
Ginny mimowolnie się zaczerwieniła. Na ustach wykwitł jej malutki uśmieszek, który zakryła kubkiem. Chcąc nie chcąc, musiała przyznać, że dziękowała Merlinowi za to, że się wczoraj upiła. 
— Naprawdę ładnie pachniałeś. — W tonie jej głosu zabrzmiała szczerość, a Syriusz znowu się zaśmiał.
— Nie mam nic przeciwko jakimkolwiek uściskom z twojej strony. Rób co chcesz. — Wyszczerzył zęby, a Ginny zachichotała, dając sobie wymierzonego policzka w myślach. Chichotanie to ostatnia rzecz, jaką chciała robić przy Syriuszu. 
Przez drzwi Wielkiej Sali przeszli James, Remus i Peter, więc Ginny i Syriusz pomachali do nich. Trójka chłopców prędko dosiadła się do nich. 
Ginny nie uszło uwadze, że są bardziej energiczni niż zwykle. Włosy mieli roztrzepane, a krawaty niedokładnie zawiązane. James dodatkowo miał rozbiegany wzrok, jakby nie wiedział, na czym skupić swoją uwagę. Peter co chwilę pociągał nosem, a Remus mrużył i rozszerzał oczy. Przywitali się nadzwyczaj radośnie. Syriusz to zignorował i zajął się jedzeniem swojej kanapki.
Peter wyjął chusteczkę ze swojej kieszeni i wysiąkał nos. Ginny skrzywiła się na ten odgłos.
— Alergia?
— I to na dodatek upierdliwa.
Ginny przytaknęła. Po chwili Huncwoci zajęli się rozmową między sobą, a Weasley zagłębiła się w swoje myśli.
Zmieniacz czasu od dawien dawna nie dawał znaku, że już pora wracać. Wyglądał jak zwyczajny zardzewiały zegarek na szyi, który był pamiątką po swojej rodzinie. Ginny, codziennie widząc ten przedmiot, miała ochotę wyrzucić go do kosza albo zagrzebać na boisku do quidditcha. Nienawidziła go coraz bardziej i to nie tylko z powodu braku możliwości powrotu do jej czasów. Ta perspektywa stała się już normą w jej umyśle. Teraz, kiedy już przyzwyczaiła się do towarzystwa Huncwotów, nie chciała ich opuszczać. Nawet gdyby znała godzinę powrotu do lat dziewięćdziesiątych, trudno byłoby jej pogodzić się z myślą, że musi pożegnać Huncwotów. A kiedy data stała pod znakiem zapytania, wszystko wydawało się jeszcze gorsze. 
Z kolei przerażała ją wojna, która panowała w jej czasach. Powrót do ciągłej walki o życie lub nieutracenie siebie wśród tylu ofiar. Wojnę zawsze wyobrażała sobie jak zwyczajną bitwę; gęsta atmosfera na łące, lasy pokryte dywanem krwi. Ciała mężczyzn ułożonych tuż obok siebie, jak przy oddawaniu czci jakiemuś bogowi. No i oczywiście broń, taka jak noże, łuki czy siekiery. Wszystko to składało się na wyobrażenie wojny według dziecka, które myślało, że "wojna" to tak naprawdę "bitwa".
Z czasem kiedy dorosła, potrafiła rozróżniać obydwa pojęcia. Potem pojawił się strach o swoich przyjaciół: Neville'a, Luny i Colina, który był dla niej jak brat. Gdyby tylko cofnął się w czasie razem z nią, wszystko byłoby o wiele łatwiejsze. Tak to widziała ich martwych z otwartymi, pustymi oczami. W takich momentach dostawała ataku paniki lub, jeśli była w podłym humorze, płaczu. 
Naprawdę nienawidziła zmieniacza czasu. Przez to, że cofnęła się o dwadzieścia lat, przywiązała do Huncwotów, nie znała daty powrotu. I przede wszystkim – brak przyjaciół zaczął jej doskwierać z dnia na dzień. 
— Idziesz, Ginny? — zapytał Syriusz. — Halo? Ginny?
— Zapewne się wyłączyła — rzekła Mary, patrząc z uśmiechem na Weasley. — Daj jej chwilę. Musi wrócić do żywych.
— Wróciłam — odburknęła Ginny, odtrącając machającą przed jej twarzą rękę Lily. — Kiedy wyście tu przyszły?
— W połowie twojego zawieszenia — James popatrzył na Ginny z rozbawieniem. Uniósł kubek do ust i wypił łyk kawy.
— Syriusz się pytał, czy wybierasz się z nami do Hogsmeade — powiedziała Mary. Kiwała się na swoim siedzeniu to w przód to w tył. Ginny przyszło na myśl, że pewnie czeka ze zniecierpliwieniem na jej odpowiedź.
— Pewnie — zgodziła się. Lily wyrzuciła zadowolona ręce do góry, a Mary i Remus uśmiechnęli się lekko. Jedynie James, Syriusz i Peter nie dali się porwać emocjom.
— Ale pamiętaj o naszym spacerze — szepnął jej Syriusz do ucha. Przez ciało Ginny przeszedł przyjemny dreszcz, a w sercu powstał uścisk.
Już miała odpowiedzieć, lecz kiedy odwróciła się w stronę Syriusza, ten zbierał się wraz z Peterem do wyjścia. Postanowili udać się do dormitorium, żeby zabrać ze sobą potrzebne rzeczy, takie jak pieniądze czy peleryna niewidka.  
— To takie romantyczne. — Westchnęła Lily, widząc Ginny obserwującą Syriusza. Ściszyła głos, żeby tylko Mary mogła ją usłyszeć. Dowens potaknęła głową, a oczy zamigotały jej w nieznanym blasku.
— Bardzo.




Późnym popołudniem Syriusz, jak obiecał, wybrał się na spacer z Ginny. Ogromne, jasne słońce znikało za horyzontem, pozostawiając po sobie pomarańczowożółtą poświatę. Ostatnie promyki światła rozbijały się o trawę, nadając jej piękny, ciepły kolor. Ginny z fascynacją oglądała spokojne jezioro i szalejącego pośrodku krakena. Obok zbiornika wodnego biegali pierwszoroczni, nawzajem się ochlapując. Za nimi znajdował się Zakazany Las, który dzięki świetle słońca nie był już taki mroczny jak codziennie. Lekki wietrzyk powiewał rosnącymi na Wierzbie Bijącej liśćmi, a ogólny krajobraz wydawał się niczym z bajki. Ginny musiała pochwalić Syriusza za dobór pory.
Huncwoci wraz z dziewczynami zdecydowali się zostać w wiosce tak długo, jak się da. Uznali, że to odpowiedni czas, aby porządnie poimprezować, dlatego będąc w Pubie pod Trzema Miotłami, przekonali Madame Rosmertę do podawania im Ognistej Whisky. Co prawda James musiał wykorzystać swój urok, do którego barmanka miała słabość, jednakże to wystarczyło. Ginny i Syriusz wymknęli się, nim alkohol uderzył im całkowicie do głowy.
— Dzięki Merlinowi. Mam stanowczo dość upijania się przez następne kilka tygodni — stwierdziła Weasley, kiedy przechodzili obok grządek Hagrida. Olbrzyma nie było w chatce, ponieważ postanowił udać się do Zakazanego Lasu po rzadkie rośliny.  
— Poczekaj na zakończenie roku. W Gryffindorze panuje tradycja, w której siódme i szóste roczniki urządzają imprezę pożegnalną. Niektórym piątym klasom też czasami zdarza się przedostać na to małe przyjęcie. — Jego oczy patrzące gdzieś w dal, zdradzały rozmarzenie. Ginny zachichotała na ten widok, wyobrażając sobie czwórkę Huncwotów podbierających starszym rocznikom alkohol. — I żebyś widziała, jakie cuda się dzieją! Każdy nagle orientuje się, że wszystkich kochają. To komiczne, ale przyjemnie się patrzy na taki widok. 
— Obym wciąż tu była do tego momentu — mruknęła pod nosem, lecz głośno dodała: — Mam nadzieję, że James i Lily zorientują się, że są dla siebie stworzeni. Mimo iż mają zupełnie odmienne charaktery, wciąż uważam, że do siebie pasują. Mogliby wzajemnie uzupełniać drugą osobę.
Syriusz potwierdził jej słowa krótkim skinięciem głowy i zapatrzył na krajobraz rozciągający się przed nim. Ginny zastanowiło to, jakim cudem, pomimo tego wietrzyka, który hulał koło nich, jego włosy wciąż pozostawały w tej samej pozycji, zaś jej owiewały całą twarz. 
"Arystokraci", pomyślała. "Zawsze piękni i idealni".
Przełknęła ciężko ślinę, kiedy Syriusz obrócił w jej stronę głowę z błyskiem w oku. Skórzana kurtka i biała koszulka podkreślały jego buntowniczą naturę, która w tych czasach wyjątkowo rzadko się objawiała. Na wargi wstąpił łobuzerski uśmiech, jakby planował zrobić coś złego.
Zatrzymali się pod drzewem i przez chwilę rozkoszowali ciszą, jaka pomiędzy nimi zapanowała. Następnie Syriusz postanowił ją przerwać.
— Masz piękne włosy. — Wpatrywał się w nie. Owinął sobie jeden z kosmyków wokół palca, zgodnie z jego przyzwyczajeniem. Ginny odprężyła się, wiedząc, że włosy to jej słaby punkt. Za każdym razem nogi niekontrolowanie uginały się, a ciało stawało się wiotkie, niczym u laleczki. — Rude loczki, które uważane są za wyraz ognistości — parsknął. Ginny w tym momencie nie wiedziała, czy to była ironia czy rozbawienie. A może jedno i drugie? Nie skupiła się na tej kwestii, gdyż myślami była już daleko stąd. 
— Bo to prawda — odpowiedziała, czując, jak głos z pewnego zamienia się na słaby. — Kilkaset lat temu palono rudowłose czarownice na stosie, bo uważano je za niezwykle okrutne i przebiegłe. I w sumie mieli rację.
Syriusz uniósł lewy kącik ust. Zatopił całą dłoń w jej włosach. Ginny, nawet gdyby chciała, nie miałaby szansy się teraz odsunąć.
"A na pewno nie chcę."
— Ale jak kochają, to całą sobą — W jego głosie zabrzmiało mruknięcie.
Nagle sytuacja potoczyła się zbyt szybko, aby Ginny mogła cokolwiek zarejestrować. W jednej chwili Syriusz stał przed nią, zaś w kolejnej popchnął ją na drzewo i pocałował żarliwie, jakby nie chciał, żeby Ginny uciekła. A dziewczyna nie miała zamiaru tego robić. Oddała pocałunek z równą zapalczywością, pokazując mu tym samym, że może na nią liczyć w tym szalonym biegu emocji. Ucałowała lewy kącik ust, ten sam, który przed momentem uniósł się w geście zadowolenia. Serce galopowało jej z prędkością światła, a Ginny nie wątpiła, że Syriusz czuł je, w momencie w którym się przybliżył.
Black odsunął się na moment i popatrzył w jej oczy. Ginny nawet nie potrafiła rozróżnić niektórych emocji pojawiających się w jego szarych tęczówkach. Trzymała się euforii, zadowolenia, ekscytacji i ulgi, która była tam od dłuższego czasu.
— Rudy blond. — Ni to wydyszał, ni to wyszeptał. — Cudowny, rudy blond twoich włosów.
Ginny przyciągnęła go do siebie. Poczuła korę drzewa za plecami, co w tym momencie było najmniej ważne. Liczył się tylko Syriusz i jego pocałunki, które rozpaliły jej usta. Położył dłoń obok głowy dziewczyny, a drugą rękę wszczepił w tył jej włosów. Przechylił na bok twarz, a Ginny, jeśli wcześniej miała jakiekolwiek obiekcje, teraz całkowicie zniknęły. Czuła się jak ptak szybujący wśród chmur i podziwiający cały świat z wysokości. 
I gdyby piekło nagle się rozstąpiło, wybuchło trzęsienie ziemi czy tajfun zalał szkołę, ona wciąż stałaby tutaj, byleby tylko wciąż unosić się na niebie. Razem z Syriuszem.  


 Rozdział zbetowała Sovbedlly, za co serdecznie dziękuję! ^^
Szablon