niedziela, 8 października 2017

Rozdział 22 - Czystość krwi



Zaledwie miesiąc temu została powołana Komisja Rejestracji Mugolaków. Od tego czasu już dziesiątki czarodziejów urodzonych w mugolskich rodzinach złapano i wysłano na Pocałunek Dementora.
Dean Thomas, przyjaciel Neville'a, musiał uciekać z Hogwartu, aby pracownicy Ministerstwa Magii nie zabrali go na przesłuchanie. Takowe badanie sądowe miało wykazać, czy czarodziej w rzeczywistości nie miał żadnego innego maga w rodzinie do co najmniej czwartego pokolenia wstecz. Jeśli nie, został pozbawiany duszy. Śmierciożercy w ogóle nie liczyli się z tym, czy czarodziej był jeszcze dzieckiem, czy już dorosłym – każdy mugolak był ścierwem, które musiało zostać jak najszybciej usunięte.
Wielu innych uczniów również zmuszono do zwiania ze szkoły właśnie ze względów bezpieczeństwa. W ten oto sposób Colin i Benjamin zostali jedynymi przedstawicielami męskiej części szóstorocznych Gryfonów. Niegdyś czwórka współlokatorów przerodziła się w dwójkę. Na tabliczce zawieszonej na drzwiach dormitorium wciąż widniały imiona czterech chłopców, choć brak połowy z nich boleśnie przypominał o czasach, w których żyją.
Z dziewczynami nie było wcale lepiej. Demelza i Lydia nie odstępowały Ginny na krok, uważając, że ona jako jedyna spośród Gryfonów potrafi zapewnić im bezpieczeństwo. Lydia, urodzona jako mugolak, a jednak nie potrafiąca rozstać się z przyjaciółmi, mimo wszystko udała się do Hogwartu, by kontynuować naukę. Wraz z następnymi dniami obawiała się pracowników ministerstwa, którzy w każdej chwili mogli zabrać ją na przesłuchanie. Ginny często widziała, jak Demelza szepcze pocieszające słowa do Lydii, a ta potakuje smętnie głową. Pannie Weasley zawsze wtedy ściskało się serce.
Inni mugolacy również odwracali się w panice za każdym razem, gdy podejrzany szmer rozległ się za ich plecami. Najczęściej byli to młodsi uczniowie, którzy nie mieli żadnych szans w ucieczce przed śmierciożercami bądź jakimkolwiek bronieniem się przed ich klątwami, aczkolwiek wielu starszych także drżało na samą myśl o porwaniu. Chodzili korytarzami, mocno ściskając rękę przyjaciela bądź trzymając się blisko zaufanych nauczycieli.
Dolores Umbridge nie zatrzymała się jednakże tylko na mugolakach znajdujących się poza terenem szkoły. Kiedy dowiedziała się, że kilka młodocianych czarodziejów wybrało się do Hogwartu z nadzieją, że tam macki ministerstwa ich nie dosięgną, zarządziła wysyłanie pracowników do zamku. Od tygodnia można było zaobserwować, jak postawni mężczyźni w długich, granatowych szatach z naszywką Ministerstwa Magii chodzą po korytarzach i zabierają młodych mugolaków.
Niektórzy bardziej zdesperowani pytali, gdzie w tym czasie znajdowali się nauczyciele. Ginny sama zachodziła w głowę, dlaczego żadne z nich nie reagowało na to, co działo się w szkole. Chleb i woda na wszystkie dania, cisza nocna o godzinie dwudziestej pierwszej, ministerstwo... Nawet profesor McGonagall, wicedyrektorka Hogwartu, zachowywała stoicki spokój wobec dyktatury Severusa Snape'a. 
Jasnym dla wszystkich uczniów było, że po śmierci Albusa Dumbledore'a to ona obejmie stanowisko dyrektora. Równie szybko odkryli, że ona, jak i reszta nauczycieli, trzymani byli pod pantoflem ministerstwa, które z kolei podlegało Voldemortowi.
W Hogwarcie było coraz gorzej. Mugolacy byli narażeni na obelgi ze strony uprzedzonych uczniów, a kilka razy doszło nawet do ataków, lecz nigdy nie kończyły się, Merlinowi dzięki, żadnymi poważnymi urazami. Cała sytuacja nabierała coraz gorszego obiegu. 
A to był tylko początek.
Po kilku dniach nieznośnej atmosfery Neville zwołał wszystkich szóstorocznych i siódmorocznych Gryfonów. Zgromadzili się w Pokoju Wspólnym, w najodleglejszym kącie, z którego nikt nie mógłby ich podsłuchać. Ginny spotkała grupkę ludzi zbitych wokół okrągłego stolika, na którym rozłożone zostały różne pergaminy, książki i mapy.
Panna Weasley rozejrzała się po zgromadzonych. Spośród szóstorocznych do Hogwartu przybyły tylko trzy dziewczyny oraz Colin i Benjamin. Colin miał mocno zaciśnięte usta i splecione na kartce piersiowej ręce. Jasne włosy, zazwyczaj idealnie zaczesane, teraz na myśl przywodziły czuprynę małego chłopca po wstaniu. Głębokie cienie pod błękitnymi oczami Benjamina świadczyły o wielu nieprzespanych nocach. Siedział spięty na taborecie, bawiąc się bezmyślnie palcami u dłoni. Demelza nerwowo szarpała swe rudobrązowe włosy, które od dnia zaginięcia Grace nie błyszczały już tak ładnie, jak kiedyś. Ogółem Demelza straciła na swej urodzie. Nie uśmiechała się wcale, odzywała tylko do zaufanych osób – do których, o dziwo, należała Ginny – i nie ubierała jak supermodelka. Lydia prezentowała się z nich wszystkich najlepiej: nie zaniedbała się aż tak bardzo jak Robins, jednak jej oczy jaśniały niezdrowym, smutnym blaskiem. Ze siódmorocznych Gryfonów z dziewczyn zostały tylko Parvati Patil i Lavender Brown, zaś z chłopców Neville Longbottom i Seamus Finnigan. 
Przede wszystkim w całym gronie mało kto się odzywał. Jedynie Neville opierał dłonie o stolik i szeptał coś do Lavender i Parvati, zaś reszta siedziała pogrążona w całkowitej ciszy. Rzadko kiedy tak bywało w Pokoju Wspólnym Gryfonów. Gdy była mała, pragnęła, aby wszyscy zamilkli chociaż na godzinę, by mogła odpocząć od tego hałasu, który docierał nawet do jej dormitorium. Teraz z kolei, jak na ironię, pragnęła, żeby w salonie ponownie zapadła wesoła atmosfera.
Ginny usiadła pomiędzy Colinem a Seamusem, cicho witając się z obydwoma. Ci odmruknęli jej na przywitanie.
— O co chodzi? — szepnęła Ginny do Colina i Seamusa. Ostatnio miała wrażenie, że była zdecydowanie odsuwana od pewnych sprawach, które, w jej mniemaniu, mogły „zaszkodzić jej już i tak zepsutej psychice”.
— Nikt nie wie — odpowiedział Finnigan. Weasley nie szło uwadze, że wymienił porozumiewawcze spojrzenie z Creeveyem.
— Neville wpadł na pewien plan... — zaczął niepewnie Colin. — Chociaż nie wiem, czy można to tak nazwać. Uznał, że musimy coś zrobić.
— „Coś zrobić”, to znaczy? — Ginny podejrzliwie zmrużyła oczy. Nie podobało jej się to, co zamierzał zrobić Neville. Jej zdaniem wszyscy powinni zachować spokój wobec obecnej sytuacji, nieważne jak zła by ona nie była. Wierzyła, że Severus nie dałby skrzywdzić żadnego ucznia.
No, a przynajmniej nie dałby skrzywdzić jej.
— Jeśli chodzi ci o bunt, to nic z tych rzeczy — zaprzeczył prędko Colin, dzięki czemu Ginny mogła odetchnąć z ulgą. — Aczkolwiek nigdy nie wiadomo, co może mu strzelić do tego łba, bo obydwoje wiemy, że Neville potrafi być czasem dość... porywczy. — Ginny prychnęła jawnie na to określenie. — W każdym bądź razie, nie będziemy reagować na to, co się dzieje. Chodzi o krótkie rozeznanie w sytuacji.
— Przecież każde z nas wie, jak ona wygląda.
— Nie dobijaj, proszę. Mój mózg od kilku dni panicznie woła „mięsa, mięsa!”, a gdy poszedłem do Hagrida, żeby użyczył mi kilku kur, wygonił mnie z chatki. — Zmarszczył rozeźlony brwi. — Obawiam się, że przejrzał moje zamiary. Albo sam planuje te kury zjeść.
— Colin! — wysyczała oburzona Ginny, a Seamus popatrzył nań rozbawiony.
Creevey wzruszył tylko obojętnie ramionami, ucinając tym samym rozmowę. W tym samym momencie Neville wyprostował się i rozejrzał wokół zaciętym wzrokiem. Wnet zebrani uciszyli rozmowy. Naraz skupili się na chłopaku.
— Cieszę się, że przyszliście — rozpoczął niskim tonem. — Każde z nas widzi, jak obecnie przedstawia się sytuacja w Hogwarcie. Uczniowie boją się chodzić po korytarzach, a pełni obaw, że zostaną złapani przez ministerstwo, stają się paranoikami. Dotyka to nie tylko starszych, ale i, o zgrozo, młodszych. Pierwszoroczniacy boją się wychodzić z dormitoriów, w efekcie czego nie przychodzą na posiłki lub zaniedbują lekcję. Sprawa ze starszymi rocznikami jest o tyle lepsza, że oni wiedzą, iż ukrywając się przed światem nic nie zdziałają, a wręcz przeciwnie. Szkodziliby tylko sobie. Nigdy nie wiadomo, kiedy przyjdzie nam walczyć. Wojna to nie przelewki. Ludzie giną, są przerażeni i... Tak, Demelzo? — przerwał, zobaczywszy uniesioną dłoń Robins.
— Cóż, nie tylko mugolacy są przestraszeni — oznajmiła Demelza. Wszystkie pary oczu skierowały się w jej stronę. — Każdy staje się paranoiczny, nawet czystokrwiści, bo wiedzą, z czym wiąże się przyjaźń z mugolakiem. — Popatrzyli na nią zdziwieni. — Nie wiedzieliście? Zdrajcy krwi też są łapani.
— Zauważyłam to ostatnio. — Parvati zmarszczyła brwi. — Ale myślałam, że w jakiś sposób narazili się ministerstwu.
— Takie dzieciaki? — prychnął Seamus. — Dzieciaki mające na pieńku z ministerstwem? Przecież to głupie.
— Ale możliwe. — Głos zabrała Ginny, wymawiając słowa z dziwnym zapałem. — Na przykład niektórzy z Gwardii Dumbledore'a, a dokładniej ci, którzy brali udział w bitwie w Departamencie Tajemnic.
— Tu chodzi o ministerstwo, a nie o śmierciożerców.
— Jednakże śmierciożercy przejęli nad nim kontrolę, czyż nie? — sarknęła Ginny, patrząc poirytowana na Parvati. — Jeśli masz kłopot z ministerstwem, masz też z pachołkami Czarnego Pana, i odwrotnie. Wzajemne uzupełnianie, a jak groźne.
— Dlatego trzeba się spodziewać, że mogą zabrać każdego z nas. — Przytaknął ponuro Neville, a Lydia zadrżała ze strachu.
— A Ślizgoni? — odezwał się Benjamin, podnosząc głos. Ginny skrzywiła się na to. Nigdy nie lubiła chłopaka. — Są traktowani ulgowo!
— A czego się spodziewałeś? — odparł sarkastycznie Colin, patrząc na Benjamina spode łba. — Płaszczą się przed Sami-Wiecie-Kim, dlatego mają lepsze życie.
Ginny nie odpowiedziała na to stwierdzenie. Nie dlatego, że się z tym zgadzała. Wręcz przeciwnie, nie wierzyła, aby każdy Ślizgon służył Voldemortowi, lecz nie miała na to żadnych dowodów. Po prostu wolała nie wywoływać bezsensownej burzy wśród Gryfonów, którzy byli święcie przekonani do swoich racji.
Ginny z westchnieniem wyprostowała nogi, kiedy po chwili rozbrzmiała kłótnia na temat tego, jacy są Ślizgoni. Demelza wstała gwałtownie, wykrzykując najgorsze epitety pod ich adresem, a Lydia starała się pociągnąć ją w dół, jakby chciała powstrzymać od tego dziewczynę. Ginny nie rozumiała, dlaczego Lydia tak zareagowała. Jej smutne spojrzenie i cichutki głosik na chwilę uspokoił przyjaciółkę, ale nie na długo. Demelza, niczym ogień, ponownie wybuchła, tym razem z większym zapałem. Ginny tylko obserwowała poczynania Gryfonów, samej będąc myślami daleko stąd.
Ślizgoni nie byli źli. Nie wszyscy byli osobami pokroju Bellatriks Lestrange albo Lucjusza Malfoya. Głupie uprzedzenia, które pojawiły się setki lat temu, zaowocowały tym, że Ślizgoni byli postrzegani jako największe zło świata. Na podstawie najbardziej znanych Czarnych Panów uformowała się reputacja, iż uczniowie Slytherina zawsze parają się z czarną magią, zawsze mordują bez skrupułów i zawsze mają serca zimne niczym lód. Utarło się, że Gryfoni uznają Ślizgonów za tchórzy, Puchoni za wrednych dupków, a Krukoni za zdolnych tylko do oszukiwania idiotów.
Ginny codziennie obserwowała Ślizgonów kątem oka. Zazwyczaj stała na uboczu i przyglądała ich poczynaniom, które, szczerze mówiąc, niewiele różniły się od poprzednich lat. Wciąż unikali reszty uczniów, szemrali pomiędzy sobą i udawali, że świat poza nimi nie istnieje. Jak się nad tym dłużej zastanowiła, to był dobry sposób na życie. takie ignorowanie rzeczywistości. Ginny również chciałaby wieść życie takie jak wcześniej, ale zważywszy na sytuację w szkole, jak i poza nią, niezbyt jej się to udawało.

oOo

Neville siedział spokojnie na fotelu i ani razu się nie odezwał. Przerzucał tylko wzrok to na jedną, to na drugą kłócącą się osobę. Wolał powstrzymywać się przed rzucaniem obelgami. Sądził, że w ten sposób niczego nie osiągną. Ogółem cała dyskusja poszła w złym kierunku.
Pomasował skronie, starając się skupić wśród tego hałasu. Benjamin właśnie wydał ni to skrzek, ni to stęknięcie. Przed chwilą Lavender coś ryknęła, aż Neville poczuł, że włoski mu dęba stają. W tym momencie wszyscy przypominali zwierzęta. Miał wrażenie, że znajduje się w zoo, którego głównymi atrakcjami byli ludzie zamienieni w ropuchy i lwy.
A on chciał tylko kulturalnie porozmawiać o dalszym planie działania! Nie mogli zostawić szkoły w rękach śmierciożerców! Musieli cokolwiek zrobić, i nie mowa tu o buncie (jak Colin o tym usłyszał, to wytrzeszczył oczy i zaczął wybijać mu ten pomysł z głowy), tylko o malutkich rzeczach, tak nieznaczących, a jednak dających sporą nadzieję.
Ale Neville pragnął buntu. Chciał poczuć rześki smak niebezpieczeństwa wypełniający każdy kawałek jego ciała. Adrenalina tak rzadko się u niego pojawiała... miał ochotę rzucić to wszystko i wyruszyć do walki, a jednak... Jednak Colin prosił, aby się nie narażał. Błagał tak żałośnie, aby nie angażował się w sprawy wojny, żeby Neville i Ginny przeżyli, że nie mógł się nie zgodzić.
Chociaż jakieś środki, by pomóc Harry'emu w walce, musieli przecież przedsięwziąć. 
Teraz, zamiast rozejść się po szkole i szukać tajemnych przejść, by wyjść na zewnątrz i odetchnąć świeżym powietrzem (ponieważ Snape zabronił wychodzenia na błonia), oni siedzieli tutaj i sprzeczali się ze sobą jak małe dzieci. Już dawno rozmowa zboczyła z tematu Ślizgonów. Teraz rozpoczęła się o czystości krwi. I Neville miał dość, cholernie dość tego całego zamieszania. Ciągle tylko krzyki i jęki. A gdzie tu akcja? Samym gadaniem wojny nie wygrają.
Neville przesunął wzrok w stronę jeszcze jednej osoby, która nie włączyła się w rozmowę. Ginny Weasley siedziała skulona na twardej, drewnianej ławce i wydawała się w ogóle nie słuchać kłótni. Utkwiła zamglony wzrok w przejściu do Pokoju Wspólnego, teraz wyraźnie odznaczającym się w spowitym mrokiem pomieszczeniu.
Neville zaczął ją dogłębnie lustrować. Spośród całego towarzystwa to ona wyglądała najgorzej. Niegdyś piękne, kręcone włosy zamieniły się w suche kudły, a żywy rudy kolor na rudobrązowy, podobny do tego Demelzy. Kredowa skóra i głębokie cienie pod oczami nadawały jej wygląd Alecto Carrow, co, jak tylko Gryfonka o tym usłyszała, skomentowała wykrzywieniem twarzy, jakby połknęła cytrynę, i prychnięciem.
Ani razu w ciągu tego tygodnia nie widział jej uśmiechniętej, nie wspominając nawet o byciu wesołej. Ginny Weasley często się uśmiechała, aczkolwiek nie zawsze szczerze. Teraz nawet porzuciła fałszywy uśmieszek na rzecz obojętnego wyrazu twarzy. Od czasu do czasu przyłapywał ją na zamyśleniu albo wpatrywaniu się pusto w jakieś nieszczególne warte uwagi miejsca, takie jak drzwi do dormitorium czy opuszczona sala do eliksirów. Dziewczyna wręcz załamała się, kiedy weszli całą trójką do biblioteki. Wybiegła z dziwnie świecącymi tęczówkami z pomieszczenia, zostawiając za sobą całkowicie osłupiałych Gryfonów i równie zdziwioną panią Pince.
Ginny oprócz wyglądu zmieniła się również psychicznie. Wciąż była zanadto pewną siebie dziewczyną, ale także przygaszoną, zamkniętą w sobie, oschłą dziwaczką. Ludzie patrzyli na nią jak na Marsjanina, kiedy co chwilę rzucała komuś zimne spojrzenie oraz prychała pod nosem, by w następnej chwili patrzeć rozmarzonym wzrokiem w sufit. Nawet jak na psychikę Neville'a to było za dużo. W pewnym momencie zaczął się obawiać, czy w przeszłości nie zaczęła postradać zmysłów.
Ginny Weasley była dziwna. To mógł stwierdzić każdy uczeń chodzący do Hogwartu. Ale Neville miał wrażenie, że to dopiero pierwszy stopień do szaleństwa.

oOo

Ginny wzięła głęboki wdech. Już miała serdecznie dość tego całego zgiełku. Jej cierpliwość właśnie się skończyła, dlatego wstała i krzyknęła najgłośniej jak tylko mogła:
— Cisza! — Ryk przywrócił do pionu wszystkich zgromadzonych. Popatrzyli na nią ze strachem. Nie spodziewali się, że Ginny może tak wybuchnąć. Zgromiła obecnych spojrzeniem tak wściekłym i pełnym chłodu, iż Benjamin nawet skulił się wewnętrznie, i kontynuowała zimnym tonem: — Przyszliśmy tutaj słuchać Neville'a, a nie zwierząt, które nie są przystosowane do życia w społeczeństwie. Rzucacie obelgami na prawo i lewo, chociaż sami nie wiecie, co mówicie. Uważacie, że wszyscy Ślizgoni są szumowinami, które nie zasługują na życie? Tak? Znam wielu Ślizgonów, którzy odznaczyli się w historii w zasłużony sposób, bo wiecie dlaczego? Bo są ambitni, dążą do celu, a nie ślęczą przy stoliku do kawy i rozmawiają o tym, jacy są Gryfoni. Chcecie zabłysnąć i zrobić cokolwiek z tym, co się obecnie dzieje? To słuchajcie Neville'a, do cholery jasnej!
Sapała ciężko, wciąż mocno zdenerwowana. Była gotowa na nowo zacząć tyradę, jednakże w tym samym momencie Colin pociągnął ją niepewnie na dół, a Neville popatrzył na nią z wdzięcznością. Nie przejąwszy się tym, że w pomieszczeniu zapadła kompletna cisza, usiadła z godnością na swoim miejscu, po drodze odrzucając do tyłu swe włosy. Napawała się przez chwilę spokojem, który nagle spłynął na nią, jakby wykrzyczenie Gryfonom w twarz prawdy mogło dać jakiekolwiek ukojenie. Czuła się wyjątkowo dobrze, kiedy dziesiątki oczu wpatrywało się w nią.
Neville odchrząknął, zwracając na siebie uwagę. Natychmiastowo otrzymał pozytywną odpowiedź w postaci wyczekujących spojrzeń, dlatego kontynuował z nową mocą:
— Ginny ma rację. Nic nie uzyskamy siedząc w jednym miejscu. Powinniśmy działać! Mamy szansę zrobić coś, dzięki czemu dziesiątki, a nawet setki uczniów w tej szkole będzie bezpieczne!
— Chodzi ci o bunt? — Lavender zmarszczyła nieestetycznie brwi. Wyglądała, jakby znalazła zgniły owoc, wokół którego latała chmara muszek.
— Nie — odparł Neville, krzywiąc się na samo słowo „bunt”. Tak samo jak Ginny, odczuwał już mdłości, gdy ktoś użył tego wyrazu. — Właściwie, chodzi mi przede wszystkim o rozejście się po szkole i przeszukanie ukrytych przejść. Ginny, wiem, że wiesz, gdzie się takowe znajdują — zwrócił się do dziewczyny. — Mogłabyś opisać innym ich położenie? Podzielilibyśmy się na grupki, z których każdy przeszukałby wskazane miejsca.
— Ale w jakim celu? — spytała sceptycznie Ginny. Nie była zbytnio chętna, by ujawniać tajemnice Huncwotów. W końcu to oni zaprowadzili ją w sekretne korytarze, wskazali pomieszczenia, o których nikt oprócz nich nie wiedział. Czuła, że tym samym zaufali jej jak jeszcze nikomu innemu. A teraz musiałaby zdradzić część siebie, która wciąż trwała przy Huncwotach.
— Śmierciożercy opanowali zamek. Kilka tajemnych przejść zostało zasypanych. Chciałbym tylko wiedzieć, czy z resztą stało się tak samo.
— A nawet jeśli, to co?
— To to oznaczałoby, że nie mamy żadnych szans na wydostanie się z Hogwartu. — W gronie zapadła cisza jak makiem zasiał. — Pomyślcie. Snape zakazał nam wypadów do Hogsmeade, a cisza nocna została przesunięta na godzinę dwudziestą pierwszą. Carrowowie pałętający się po szkole i znęcający się nad każdym uczniem, który im podpadnie. Chodzą nawet plotki, że nie wiadomo, czy będzie można wrócić na święta do domu! Jesteśmy tu zamknięci na cztery spusty, a jeśli jeszcze wszystkie tajemne przejścia zostały zasypane, to...
— Jesteśmy więźniami — przerwała mu Ginny. Każdy popatrzył na nią z szokiem.
— Dokładnie. — Neville zacisnął mocno usta.
Ginny wzięła głęboki, drżący oddech. Zacisnęła ręce niemal do krwi, ażeby na chwilę pozbyć się tej bezradności, która nią zawładnęła.
Zamknięci we własnym domu. To zdanie obijało jej się hucznie po umyśle niczym piłka pingpongowa. Jakby cała wolność została im odebrana. W czasach Huncwotów tak nie było, pomyślała smutno, czując kłucie w sercu. Wtedy wszyscy byli wolni, nie musieli przejmować wiszącą nad nimi wojną. Lecz teraz sytuacja przedstawiała się zupełnie inaczej. Czy była w stanie zdradzić jeden z sekretów Huncwotów na rzecz ewentualnego wydostania się ze szkoły? A co, jeśli wszystkie przejścia zostały zawalone i tak naprawdę nie ma żadnej drogi ucieczki? Czy wydanie tajemnicy miałoby sens?
Ginny rozejrzała się po twarzach obecnych i niemal natychmiast podjęła decyzję.
— Jak się dzielimy?




Minęły dwie godziny od przeszukiwania. Ginny siedziała samotnie w umówionym wcześniej miejscu, czekając na pozostałe osoby, które wkrótce miały wrócić do Pokoju Wspólnego. Salon już prawie że opustoszał, jedynie grupka piątorocznych Gryfonów szeptała między sobą przy kominku. Ginny westchnęła cicho i odgarnęła zniecierpliwionym ruchem włosy z twarzy.
Weasley zdecydowała, że sama pójdzie rozejrzeć się po jednym z korytarzy. Po opowiedzeniu o tajemnych przejściach, Neville przydzielił jej korytarz za posągiem jednookiej czarownicy, który prowadził wprost do Hogsmeade. Colin przez chwilę próbował się wykłócać, że nie powinna sama chodzić po szkole, szczególnie kiedy nie wiadomo, czy nie przypałętają się Carrowowie, ale w końcu musiał odpuścić, ponieważ Neville dobrał mu do pary Benjamina. Sam wziął pod pachę Seamusa, oznajmiając, że sprawdzą, co tam u skrzatów domowych. Ginny uznała to za dobry pomysł. Również chciała znać powód, dla którego zostały ograniczone zapasy żywienia.
W jej przypadku wyjście okazało się totalną klapą. Przejście zostało doszczętnie zniszczone, nie pozostawiając po sobie ani centymetra miejsca wolnego od gruzu. Próbowała jakoś usunąć kamienie spod nóg, lecz na nic się to zdało, dlatego też miała nadzieję, że innym powiodło się lepiej. Gdyby tylko była dostatecznie silna może i przeniosłaby zwalisko na bok, ale miała w sobie tyle siły, ile Neville samozaparcia do warzenia eliksirów.
Swoją drogą, ostatnimi czasy ręce ją strasznie świerzbiły, by dorwać się do ingrediencji, jakiegoś przepisu i zacząć tworzyć miksturę. Pewnego razu była o krok od włamania do składziku Slughorna. Jedynie błagania Colina, by nie popełniła przestępstwa w szkole, oraz morderczy wzrok Neville'a, który jasno mówił „jeśli wspomnisz coś o eliksirach, nakabluję na ciebie nauczycielowi” odwiodły ją od tego pomysłu. Ginny potem stwierdziła, że chłopaki nie mają za grosz fantazji i że nie można im ufać w takich sprawach.
A przecież, gdyby Neville poprosił ją o włamanie do szklarni, jako pierwsza rzuciłaby się do działania.
Nagle obraz do Pokoju Wspólnego otworzył się, a przez dziurę w portrecie przeszła cała grupka szóstorocznych i siódmorocznych Gryfonów z nietęgimi minami. Lavender z obrzydzeniem otrzepywała szaty z kurzu, a Colin zdmuchiwał z czoła pokryte zieloną mazią kosmyki. Nie wyglądał na zadowolonego w przeciwieństwie do Benjamina, który uśmiechał się wrednie pod nosem.
— Co wam się stało? — spytała zmartwiona Ginny, kiedy byli już dostatecznie blisko. — I dlaczego wracaliście wszyscy razem? Złapali was?
— Spokojnie, Ginny, nic nam nie jest — uspokoił ją Neville, choć Ginny zauważyła, że miał kilka zadrapań na ręce. — Nikt nas nie złapał, po prostu spotkaliśmy się w drodze powrotnej i...
— Myśleliśmy, że cię porwali! — przerwała głośno Demelza, wyprzedzając o kilka kroków Neville'a i unosząc w górę ręce w geście oskarżenia. — Nigdzie cię nie było, a Neville chciał już wysłać ludzi na poszukiwania! Merlinie, dlaczego się z nami nie spotkałaś?
Całe zatroskanie wyparowało z Ginny jak za dotknięciem różdżki.
— Nie przypominam sobie, żeby była mowa o jakiejkolwiek zbiórce, oprócz tej, która miała się odbyć tu, w Pokoju Wspólnym — odparła chłodno Weasley.
— Mogłaś nas chociaż jakoś poinformować! — Demelza wciąż upierała się przy swoim, nie zdając sobie sprawy, że tym jednym zdaniem wywołała ogromną irytację u Ginny, która zastanawiała się, jak można być tak głupim, by palnąć taki idiotyzm. Weasley wbiła mocno paznokcie w wewnętrzną część dłoni i dopóki się nie uspokoiła, starała się skupić wyłącznie na bólu. W większości wypadków to pomagało, szczególnie kiedy w sytuacjach takich jak ta była na pograniczu wybuchu.
— Jak miałam to zrobić, co? — spytała szorstko, patrząc wprost w oczy Demelzy, które teraz jarzyły się czymś na pograniczu zdenerwowania i paniki. Ta urocza mieszanka wywołała kpiący uśmiech na ustach Ginny. — Umawialiśmy się, że po przeszukaniu przejść spotkamy się tutaj w celu omówienia tego, co zobaczyliśmy. Nikt nic nie wspominał o jakimś punkcie kontrolnym. Jak tam przeszukiwania? — zwróciła się do Neville'a, celowo ignorując otwierającą usta Demelzę.
Neville wykrzywił usta oraz rozejrzał się po zebranych, którzy mieli równie niewyraźne miny, co on.
— Marnie — odpowiedział. — Wszystkie przejścia już praktycznie nie istnieją, a odbudowanie przynajmniej jednego z nich zajęłoby nam masę czasu, ile, jak zakładam, nie mamy. — Przeniósł znaczący wzrok na Ginny, jakby chciał dać znać, że dzięki jej zmieniaczowi problem z brakiem czasu zniknie. Ginny tylko utkwiła spojrzenie w portrecie Grubej Damy i po raz kolejny zdecydowała się kogoś zignorować.
— W każdym bądź razie — dodał prędko Colin, zanim Neville wypaliłby wzrokiem dziurę w twarzy Ginny — mówiłeś, że skrzaty podlegają dyrektorowi, prawda? To oznacza, że nie ma co liczyć na poprawę warunków jedzeniowych.
— Nie ma. — Przytaknął Longbottom, wciąż usilnie wpatrując się w Weasley.
— Eee... — Creeveyowi na chwilę zabrakło słów jakim sposobem odciągnąć uwagę Neville'a od Ginny. — A skrzaty nie mogą nam dawać wprost do ręki jedzenia? Wiesz, nie na oficjalne posiłki, tylko tak... przemytem?
Neville prychnął i w końcu odwrócił wzrok na swego przyjaciela.
— Snape to przewidział i kazał słuchać tylko jego rozkazów. Jeśli tylko ktoś obcy pojawi się w kuchni, mają wywalić go na zbity pysk i donieść dyrektorowi.
— To chore! — krzyknął Benjamin skrzekliwym głosem, co Ginny nie omieszkała się skomentować wykrzywieniem warg i zgromieniem wzrokiem.
— Witaj w rzeczywistości — sarknęła. Benjamin przeniósł na nią oburzony wzrok.
— Jednym słowem, jesteśmy w kropce? — spytała szybko Lavender, by uniknąć dalszych kłótni.
— Ta, w kropce — stwierdziła Ginny i popatrzywszy po znajomych, mogła jasno powiedzieć, że każdy z nich był w równym stopniu przestraszony. Ona także czuła się nieprzyjemnie na myśl, że jeśli prędko nie znajdą sposobu na odbudowanie przejść, ten rok nie skończy się pomyślnie. Odetchnęła głęboko i rzuciła do przyjaciół: — Muszę iść się przewietrzyć. Zaraz wrócę. — I nie czekając na odpowiedź, ruszyła w stronę wyjścia.




— Gdyby nie to, Weasley, że siedzę w twojej głowie już od kilku lat, pomyślałbym, że rzeczywiście jesteś taka spokojna, na jaką wyglądasz. — Tymi słowami uraczył ją Tom, kiedy tylko znalazła się na pierwszym piętrze. Jak zwykle pojawił się bez żadnej zapowiedzi, rozpoczynając rozmowę od zwykłej złośliwości.
— A więc zdajesz sobie sprawę, że nie na darmo mówiłam „idę się przewietrzyć”? — odparowała Ginny. 
W stonowanych szarych kolorach korytarz sprawiał wrażenie, jakby w środku znajdowała się mgła, lecz Gryfonka wiedziała, że to tylko wina zachmurzonego nieba, które rzucało cień na każdą rzecz. Nawet Tom wydawał się mroczniejszy, chociaż był niematerialny.
— Ostatnio nie można ci wierzyć — stwierdził kąśliwie Riddle i niemal natychmiast uśmiechnął się pogardliwie, kiedy zauważył, jak Ginny odwraca się w jego stronę z zimnym wyrazem twarzy.
— Czego chcesz? — Sączyła chłód w głosie niczym jad. Miała ogromną ochotę rzucić to wszystko w cholerę i zakopać się pod kołdrę, żeby wyrzucić z siebie wszystkie żale. Jednak do nocy zostało jeszcze kilka godzin, a ona musiała jeszcze chwilę poczekać na wyżywanie się na poduszce.
— Przyszedłem porozmawiać — powiedział poważnie Tom. Dotrzymywał jej równego kroku, a kiedy tylko chciała przyspieszyć, Riddle ją doganiał. Ginny westchnęła ciężko, przeczuwając, że i tak pogadanka jej nie ominie.
— A więc? W jakiej sprawie przyszedłeś?
— Ostatnio poważnie zastanawiałem się nad twoim stanem zdrowia.
— Och, doprawdy? — kpiła w żywe oczy. Tom się jednak nie przejął i zaczął mówić dalej.
— Już w latach siedemdziesiątych wyglądałaś jak siedem nieszczęść, co początkowo uważałem za skutek tego, że wciągnąłem się w swoje wspomnienia. Pamiętasz, jak byłaś wtedy rozstrojona nerwowo? — Ginny otworzyła usta, by odpowiedzieć, ale Tom ciągnął dalej: — No właśnie. Miałaś pewne problemy z utrzymaniem emocji na wodzy. Co chwilę płakałaś albo cieszyłaś się jak głupia, przypominając tym samym Evans. Ale to nieważne — uciął krótko, gdy zauważył, że Ginny patrzy na niego spod byka. — Ogółem mówiąc, twoja psychika była wtedy w rozsypce. Jednak... jednak nie przypominałaś trupa.
Weasley uniosła wysoko brwi.
— To w końcu jaka byłam? Ponoć wyglądałam jak siedem nieszczęść — przypomniała mu. Tom pokiwał powoli głową.
— Tak, tak... Twoje oczy były opuchnięte, a katar leciał ci strugami z nosa. Chodziło mi bardziej o to, że twój organizm był zdrowy. Psychikę możemy odłożyć na bok.
— Dalej nie rozumiem. — Zmarszczyła brwi, na co Tom westchnął ciężko i pokręcił z politowaniem głową.
— Weasley, Weasley... Widziałaś się w lustrze? Mocno schudłaś, cienie pod oczami, szopa na głowie. W przeszłości się jeszcze jakoś trzymałaś.
— I...?
— I to oznacza, że podróż w czasie cię wyniszczyła.
Ginny potknęła się z zaskoczenia o swoją nogę. Szybko złapała równowagę i spojrzała w szoku na Toma.
— Co? — spytała elokwentnie. Tom popatrzył na nią z jawną kpiną, która prędko przegoniła u niej zaskoczenie.
— To nie ja jestem powodem twojego okropnego wyglądu. Prawdę mówiąc, to twoja wina, ponieważ to ty cofnęłaś się w czasie i siedziałaś w przeszłości tak długo, aż w końcu twój organizm zaczął się buntować.
— Mógłbyś to jakoś bardziej wyjaśnić?
Poczuła, że robi jej się słabo. Na samą wzmiankę o tym przeklętym zegarku, który wciąż wisiał na jej szyi, miała ochotę wyć i płakać jednocześnie, a teraz, kiedy Riddle jakoś bardziej rozjaśnił jej sytuację, dziwne uczucia nią targały. Czymś na pograniczu przerażenia i fascynacji, bo to jednak interesujące, jak taka mała, na pozór niewinna rzecz, potrafiła wstrząsnąć całym światem.
— Im dłużej znajdowałaś się w latach siedemdziesiątych, tym bardziej się rozsypywałaś. Kawałek po kawałku, jakby dopadła cię choroba. Zastanawiam się, co takiego widział w tobie Black, bo na pewno nie najpiękniejszą dziewczynę na tej planecie. — Uśmiechnął się pełen drwiny i pogardy. W Ginny nagle coś trafiło i jak błyskawica wpadło do głowy.
Właśnie, co takiego widział w niej Syriusz Black...?
Zacisnęła mocno usta, żeby nie porwać się emocjom i zacząć bluzgać na Toma. Z drugiej strony wiedziała, że Riddle miał rację, i to ją bolało. Nie miała w sobie nic tak zachwycającego, aby Syriusz się w niej zakochał.
Nie daj sobie zniszczyć o nim dobrych wspomnień, pomyślała cierpliwie, ty go kochałaś, a on ciebie, zapamiętaj.
— Nie panowałam nad tym, ile miesięcy przebywam w przeszłości.
— Tutaj też mam pewną teorię — powiedział, przytakując głową i popatrzył na nią bystro. — Miałaś władzę nad czasem.
Po raz kolejny potknęła się o swoje nogi.
— Co takiego? — spytała znowu, nie ustępując szoku, jaki wywołała ta krótka rozmowa pomiędzy nimi. Za chwilę będzie zbierać szczękę z podłogi.
— To nie jest pewne... — zaczął niepewnie Riddle, jakby trochę obawiając się tego, co mówił — ale wierzę, że gdybyś chciała, już we wrześniu mogłabyś wrócić do swoich czasów. Byłaś zainteresowana tym, jacy byli Huncwoci, czyż nie? Dlatego nie wróciłaś tak szybko do przyszłości. Bo byłaś ciekawa. Jednak kiedy w końcu poczułaś, że wiesz o nich wiele, bezmyślnie ich zostawiłaś, prawda?
— Nie bezmyślnie...
— Ale jednak zostawiłaś — powiedział twardo. — Czy zdajesz sobie sprawę z tego, jak bardzo musieli być zdruzgotani tym, że odeszłaś, nie pozostawiając po sobie ani jednego słowa? Nigdy nie powiedziałaś im, że przybywasz z przyszłości. Uważali, że jesteś zwyczajną dziewczynką urodzoną w roku tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym, która z niewiadomych przyczyn zapadła się pod ziemię. Puf, wyparowała w środku maja.
— Remus na pewno im wszystko wytłumaczył...
— Tak uważasz? Prosiłaś go o zachowanie tajemnicy.
— Ale to byli jego przyjaciele!
— Ty również nią byłaś, Weasley! — warknął.
— Aczkolwiek z nimi znał się dłużej — rzekła zimno.
W sumie nie była pewna, czy Lupin powiedział im prawdę. Z jednej strony była ona, dziewczyna z przyszłości, która poprosiła go o zachowanie tajemnicy państwowej (państwowej? Ba, światowej!), a z drugiej Huncwoci, sześcioletni przyjaciele, którzy mieli prawo poznać jej sekret. A kiedy Ginny zniknęła, Remus wcale nie musiał trzymać buzi na kłódkę.
Oczywiście jeśli założy się, że Remus wiedział, iż ona wróciła do swoich czasów, a nie zaginęła.
Ale przecież on, Syriusz i Peter spotkali ją po tych dwudziestu latach! Musieli w niej rozpoznać tę dawną Ginny Weasley, która niegdyś była ich przyjaciółką! Chociaż, z kolei, czy to pewne? Minęły dwa dziesięciolecia, to wystarczająco długi czas, aby o kimś zapomnieć. Jednak Remus... Remus raczej miał świadomość, że jeszcze kiedyś ją spotka, nawet jeśli to oznaczało czekanie kilka lat, ponieważ to właśnie Remus wiedział o podróżach w czasie oraz to właśnie on jedyny mógł być przygotowany na taką ewentualność.
O Boże. Wolała nie wiedzieć, jaki to musiał być szok dla Syriusza, kiedy poznali się na Grimmauld Place 12 dwa lata temu.
Do głowy przyszła jej kolejna myśl. Co się stało po tym, jak zniknęła w siedemdziesiątym siódmym? Czy nauczyciele wszczęli poszukiwania? To była ich powinność, ponieważ żadne z nich nie miało pojęcia, iż Ginny Weasley była podróżniczką w czasie. W jaki sposób zaginięcie jednej uczennicy wpłynęło na reputację szkoły?
— W końcu o tym pomyślałaś — sarknął Tom, który doskonale wiedział o jej wewnętrznych rozterkach. — Jednego, czego się nie wyzbyłaś w przeszłości – egoizmu. Matko, tyle czasu myślałaś tylko o sobie, że nie wpadło ci do głowy, iż osoby trzecie również na tym ucierpiały? Zdeptana duma McGonagall, raz. Zszargane imię Hogwartu, dwa. Groźba wydalenia z posady woźnego Filcha, trzy. No co? — zapytał, kiedy Ginny spojrzała na niego dziwnie. — To on oberwał za to, że nie przypilnował dokładnie wejścia do Hogwartu oraz korytarzy, którymi mógł przechodzić porywacz, który zaś cię uprowadził.
To było jak istne trzaśnięcie w policzek.
— Skąd zakładasz, że to porywacz?
— A to sama się uprowadziłaś?
— Wiesz, o co mi chodzi! — warknęła, a po chwili wzięła głęboki wdech, żeby się uspokoić, i kontynuowała, tym razem już spokojnie: — Czy jest jakiś sposób, aby dowiedzieć się o dawnych uczniach Hogwartu? Nie wiem, jakaś kronika, lista ludzi, którzy należeli do danego domu?
Gdyby takowa istniała, Ginny mogłaby spojrzeć na swoją kartę z lat siedemdziesiątych. Stamtąd dowiedziałaby się, co się stało z Ginewrą Weasley urodzoną w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym, a potem, pełna wiedzy o własnym ja, udałaby się do Snape'a, aby dowiedzieć się jeszcze więcej i obgadać to ze swoim przyjacielem. Suche fakty Ginny na pewno znajdzie w swej kartotece, ale oprócz tego potrzebowała szczegółów dotyczących śledztwa (o ile ono zostało zaprowadzone, a co do tego nie miała wątpliwości) oraz chciała poznać reakcje ludzi na jej zniknięcie. A dokładniej kilku z nich. 
— Są albo w bibliotece, albo w gabinecie Filcha, musisz tylko poszperać. Obstawiałbym gabinet, ale wiesz, że biblioteka jest nieoceniona, więc tam też zaglądnij. Ta skarbnica wiedzy posiada również gazety ze starych lat i...
— Dziękuję, Tom! — krzyknęła, przerywając Riddle'owi oraz wykrzywiając wargi w coś na wzór uśmiechu. — Ty też czasami bywasz nieoceniony.
Riddle skrzywił się nad wyraz z niesmakiem.
— Nie potrzebuję wdzięczności — burknął, chociaż zaraz potem popatrzył na nią wzrokiem mówiącym, że w życiu nie ma nic na darmo, nawet jeśli chodziło o takie drobnostki, jak dowiedzenie się gdzie zostały schowane kartoteki uczniowskie. — Ale mogłabyś zrobić coś w zamian.
— Kiedy indziej, Tom, kiedy indziej — zaświergotała. Naprawdę, Ginny obiecała sobie, że kiedyś się odwdzięczy, jednak teraz chciała zajrzeć do kartotek, a ochota była tak paląca, że aż nieznośna.
Tom mruknął pod nosem coś niemiłego, lecz wydawał się rozumieć pragnienie Ginny. Jeszcze przez chwilę stał koło niej, a potem powiedział coś w stylu „Byle uważaj, bo jak wpadniesz na Filcha, zaprowadzi cię do Carrowów, a stamtąd niedługa droga do tortur” i zniknął bezdźwięcznie, pozostawiając jej wolną rękę. 
— Ale, tak na wszelki wypadek, pojaw się w odpowiednim momencie i mi pomóż — wymamrotała. 
Wewnątrz niej zakwitło przeczucie, że Tom uśmiechnął się kpiąco i odpowiedział, iż i tak nie mógłby, bo był uwięziony w umyśle Gryfonki. Jednak to było zaledwie kilka sekund, podczas których mogło się to jej jedynie wydawać, a więc nie skupiła na tym większej uwagi oraz bez obaw poszła w kierunku gabinetu Filcha.




Po drodze nie napotkała żadnej żywej duszy ani nawet ducha. Korytarze świeciły pustkami, a cisza oraz spokój przytłaczały z każdej strony. Mogła nawet usłyszeć uderzenia wiatru o mury Hogwartu i świszczący dźwięk powietrza. Nawet się nie spostrzegła, a zaczęła stawiać jak najcichsze oraz jak najkrótsze kroki.
A może była cisza nocna? Jeśli tak, to na pewno za rogiem czekał na nią Amycus Carrow z tym swoim wyrafinowanym, chłodnym uśmiechem na ustach i różdżką w ręku, co z kolei oznaczało jedno – szlaban.
Ginny bała się Amycusa Carrowa bardziej niż Alecto. Kobieta co prawda stosowała okropne kary za brak dyscypliny, nie ukrywała się ze swoją nienawiścią do szlam i mugoli, ale nie była aż tak przerażająca, jak jej brat. 
Amycus to sformułowanie każdego arystokraty, którego sprowadzono na najgorszą możliwą ścieżkę. Zimny, wyrachowany, inteligentny, a zarazem twórczy w wymyślaniu tortur. To, z jaką gracją się poruszał, jak bardzo ważył każde słowo, napawało ją lękiem tak ogromnym, iż z dwojga złego wolała dostać szlaban od Alecto.
Pierwszy raz, kiedy Amycus pokazał swą okrutną naturę, była na zajęciach obrony przed czarną magią. 
Trwał wrzesień, uczniowie musieli się grubo ubierać, ponieważ znowu na teren szkoły wpuszczono dementorów. Przez pierwsze półtora tygodnia dementorzy wałęsali się również po korytarzach Hogwartu, przyprawiając tym samym uczniów o dreszcze, aczkolwiek po ingerencji Snape'a potwory wycofały się na błonia i od tamtej chwili miały zakaz wstępu do budynku. Ginny nie wiedziała, czy się cieszyć, czy narzekać, gdyż przez to wszyscy oblegali korytarze, szerokim łukiem omijając wyjście na zewnątrz i zapychając przejścia, zaś ona sama nie mogła wybierać się na upragnione spacery wokół jeziora, by odpocząć od duszącej atmosfery w szkole. Z kolei przynajmniej nie musiała się obawiać, że dementor wyssie z niej szczęśliwe wspomnienie, a ona nie będzie mogła się przed tym bronić.
Sala do obrony została przeniesiona do podziemi. Uczniowie stali na korytarzu, drżąc na całym ciele, chociaż byli opatuleni w najgrubsze swetry i kurtki, jakie posiadali. Para wychodziła im z ust, a policzki mieli jakby zamarznięte, a więc w ogóle nie rozmawiali. Ginny trzymała się blisko Demelzy i Lydii, które chuchały na dłonie, aby choć trochę je ogrzać. Weasley przeklinała w myślach swój brak rozumu i niezabranie ze sobą rękawiczek.
Wtem zza rogu wyszedł Amycus, stawiając duże kroki. Chłodnym tonem nakazał uczniom wejść do sali. Gdy już każdy znalazł się w klasie, zatrzasnął za sobą drzwi, a potem rzucił na nie niewerbalnie zaklęcie. Ginny jeszcze przez długi czas słyszała w głowie huk zamykanego wyjścia.
W pomieszczeniu nie było ani jednej ławki. Zwykła, pusta przestrzeń, jedynie na przedzie sali stało biurko nauczyciela, a na nim wręcz perfekcyjny ład – pergaminy równo ustawione w rogu mebla, obok nich kałamarz i równolegle do kartek pióro. Poza tym w sali nie było nic. Zero portretów, zero szafek, nawet gramofon, który przyniósł po raz pierwszy Lupin na zajęcia, został gdzieś usunięty.
Nikt nie ważył się odezwać. Ginny ścisnęła się obok Colina i Demelzy. Ciepło dwóch ciał otuliło jej organizm, tak samo jak obecność przyjaciela dodała otuchy. 
Profesor stanął przed rządkiem uczniów i obserwował ich z chłodną uwagą. Ginny mogła wręcz usłyszeć swe głośno bijące serce, które nagle ścisnęło się jej ze stresu, a co tu dopiero mówić o koleżance po prawej, ciężko przełykającej ślinę. Carrow lustrował wzrokiem każdą osobę, zatrzymując się na dłużej przy osobach, które jakoś specjalnie zwróciły jego uwagę. 
Jedną z takich osób była Ginny. 
Starała się utrzymać wyprostowaną postawę oraz kamienną maskę. Nie dawała po sobie poznać, że była zestresowana, trzymając się sztywno reguły, którą kiedyś sama wymyśliła: „Udawaj, że jesteś silna albo rzucą cię na pożarcie hienom” i w myśl tej zasady utkwiła spojrzenie na przeciwległej ścianie, w ogóle nie zwracając uwagi na Amycusa, który stał naprzeciwko niej i próbował uchwycić jej wzrok. Z kolei druga strona mózgu krzyczała głosem podobnym do Freda i George'a „uciekaj!”. Ba, miała przeczucie, że Tom również był spięty.
Amycus kontynuował obserwowanie uczniów, gdy próby wychwycenia wzroku Ginny okazały się bezowocne. Gryfonka mogła wewnętrznie odetchnąć z ulgą, jednak szósty zmysł podpowiadał jej, iż to nie koniec, a w ciągu najbliższych minut może być tylko gorzej. 
I w rzeczywistości tak było. 
Profesor Carrow począł mówić głosem głębokim, melodyjnym, z nutką fascynacji. Wnet Ginny przywołała wspomnienie z początku roku, kiedy jego oczy błyszczały niezdrową uciechą. Teraz, patrząc w jego czarne tęczówki, miało się wrażenie, iż to nie uciecha, tylko szaleństwo. 
Ginny zadygotała, gdy profesor ponownie na nią spojrzał oraz uniósł w chłodnym uśmiechu kącik ust. Dziwna pięść zacisnęła się na jej sercu jeszcze bardziej, kiedy w miarę jak mówił, zaczął używać coraz to głośniejszego barytonu i krążyć wokół nich niczym drapieżca. 
Po pewnym czasie do sali weszło dziecko. Gryfon, jak zauważyła Ginny po czerwonym krawacie. Chłopiec patrzył niezrozumienie po starszych kolegach z domu. Na oko miał jedenaście lat. Wydawał się mocno wychudzony, patrząc po wystających kościach policzkowych. Niewątpliwie to był wynik ciągłego żywienia się o chlebie i wodzie, sporadycznie okraszonej suchym mięsem z kurczaka, którego Ginny prędzej by dała psu niż jakiejkolwiek osobie. Jednakże i tak każdy zajadał się pieczenią. Z braku laku dobry kit, jak to powiedział Colin.
Tommy, a przynajmniej tak nazwała ku pamięci chłopca, miał im pomagać w ćwiczeniu zaklęć. Na początku Ginny kompletnie nie rozumiała, jak takie dziecko miało im pomóc. Rozglądnąwszy się po twarzach znajomych, zauważyła ich zamyślenie. Jakie zaklęcie wymaga specjalnego asystenta?, zapytała się w myślach. Wyjaśnienie nie przyszło nawet od Riddle'a. Ślizgon milczał całkowicie.
Zaklęciem, które mieli ćwiczyć, był Cruciatus. 
Ginny nagle ścisnęło się gardło. Tommy drgnął przerażony, Colin sapnął zaskoczony, bo na pewno nie tego się spodziewał, zaś Demelza wydawała z siebie zduszony krzyk. Reakcji Lydii Ginny niestety nie zobaczyła.
Wtem Benjamin rzucił się do wyjścia, tak samo jak i inni uczniowie. Szarpał za klamkę, próbował nawet wyważyć drzwi ramieniem lub zaklęciem, lecz to wszystko na nic – wrota zamknęły się z nimi, a dopóki lekcja trwała, nie miały zamiaru się otworzyć.
Gryfoni ścisnęli się niczym stado. Amycus zapytał, czy ktoś chciałby jako pierwszy wypróbować rzucanie zaklęcia. Czy Ginny się wydawało, iż w momencie gdy to mówił, spojrzał przelotnie na nią?
W sali zapadła głucha cisza, a przynajmniej dopóki Carrow nie wywołał do wystąpienia pierwszego ucznia. Demelza jęknęła cicho, kiedy jej imię znalazło się na ustach profesora. Cała drżąc, wykonała kilka kroków do przodu, rozglądając się po twarzach jej przyjaciół. Zawiesiła na Ginny wzrok mówiący „pomóż mi!”. A Weasley mogła tylko patrzyć. 
Naraz odezwały się krzyki Demelzy, kiedy okazała się zbyt słaba, aby rzucić zaklęcie torturujące na Tommy'ego. W zamian za to sama musiała cierpieć pod Cruciatusem. Włosy zjeżyły się na głowie Ginny od tego nieustającego, pełnego bólu wrzasku, który musiała usłyszeć cała szkoła. Demelza płakała tak jak i ten chłopiec. Po lekcji Lydia zaprowadziła ją do pielęgniarki, bo Robins nie potrafiła ustać na nogach.
Już nigdy więcej Ginny nie spotkała Tommy'ego. Neville opowiedział jej, że chłopczyk był szlamą, a więc został łatwo usunięty. 
Od tamtego momentu starała się wniknąć w tłum, nie wychylać się niepotrzebnie, aby potem nie zostać ukaranym na obronie przed czarną magią. Tak było bezpiecznie – udawać, że wszystko jest w porządku, że nie ma żadnej wojny, a następnie, że uczeń, którego wczoraj widziałeś, dzisiaj mógł nie żyć. Colin to rozumiał i sam starał się pozostać biernym na wydarzenia w szkole, chociaż krew go zalewała, kiedy słyszał, jak z podłym okrucieństwem Alecto opowiada o torturach albo jak uczniowie znikali jeden po drugim.
Ginny skręciła w kolejny korytarz. Postacie z obrazów oglądały się za nią i od czasu do czasu mówiły „pospiesz się dziewczyno, bo zaraz cisza nocna!” lub ostrzeżenia wypełnione grozą. Każdy kolejny krok wypełniał ją zmęczeniem, a portrety wcale nie poprawiały jej samopoczucia. 
Wtem zatrzymała się gwałtownie. Ktoś siedział na parapecie. Przeklęła szpetnie swój brak czujności i już była przygotowana do ucieczki, pewna, że to Carrow, ale coś innego przyciągnęło jej wzrok. Jasne włosy. Nikt w szkole takich nie miał.  
Draco Malfoy nieobecnie wpatrywał się w widok za oknem. Z papierosa w jego dłoni unosił się dym. Rozłożył się nonszalancko, całą swą postawą wyrażając lekceważący stosunek do otoczenia. Ginny była pewna, że jej nie zauważył. Może to był odpowiedni moment, by zawrócić i przejść okrężną drogą w stronę gabinetu Filcha, ale po co? Jaki był sens w unikaniu Malfoya, któremu obiecała pomóc, mimo że dokładnie nie powiedział, o co chodzi?
W ogóle, dlaczego chciała go unikać?
Zebrała w sobie całe zaparcie i niemal pewnym krokiem skierowała się w stronę chłopaka. Gdzieś po drodze tłukły się kolejne pytania: na co tam iść? Chcesz na pogawędkę ze śmierciożercą? Po co z nim rozmawiać? Przecież to Malfoy, macie się nienawidzić! Czemu żeś zapragnęła pomagać mordercy?
Właściwie to nie była pewna, czy Draco był mordercą. Nigdy nie słyszała o żadnych akcjach, w których on brałby udział, a wydarzenie na Wieży Astronomicznej pokazało, że Malfoy był naprawdę kiepski w zabijaniu. Może to też przez fakt, iż zawsze była odsuwana od ważnych informacji „mających zakrzywić jej postrzeganie świata”, jednak gdyby to było ważne, rodzice powiedzieliby jej, że ma się trzymać od Malfoya z daleka, prawda? Przestrzegliby ją, gdyby po Hogwarcie chodził morderca, czyż nie? 
Usiadła naprzeciw Malfoya, który dopiero wtedy zdał sobie sprawę z jej obecności. Na początku zaskoczony, potem stopniowo obojętny, zaczął obserwować jej ruchy. Pod naporem przenikliwego spojrzenia zastanowiła się, czy nie lepiej było, aby już wcześniej uciec, niż teraz gnieździć się na wprost Draco. Ale nie było odwrotu, a ona i tak miała do niego wiele pytań.
— Nie sądziłam, że kiedykolwiek spotkam cię samego o tej porze — zaczęła po przedłużającej się chwili milczenia. 
Draco wzruszył ramionami i zaciągnął dymem z papierosa. Następnie wypuszczał go powoli z ust, nie spiesząc się z odpowiedzią. Ani na chwilę nie odwrócił wzroku. 
— Mnie kary od Carrowów nie dotyczą — odpowiedział wreszcie i momentalnie Ginny się skrzywiła. No tak, przecież był pupilkiem Voldemorta, a więc dlaczego miałby przejmować się czymś tak trywialnym, jak tortury ze strony nauczycieli-śmierciożerców? Nie musiał stosować się do zasad, gdyż wystarczyło czyjeś imię i nazwisko, a Voldemort już wysyłał kilku swoich, aby dokonali morderstwa.
Właśnie sobie uświadomiła, że siedziała naprzeciw wysoko postawionego śmierciożercy, który w jednej chwili może nakazać ją zabić, a nie chłopaka, który poprosił ją o pomoc w pociągu. Ciarki przeszły po jej ciele. 
— O co ci chodziło z tą pomocą na początku roku? — zapytała wprost, nie bacząc na jego wcześniejsze słowa, które w jawny sposób mówiły „jestem śmierciożercą, strzeż się”. Twarz Malfoy pozostała obojętna, lecz w jego oczach zobaczyła dziwną iskierkę. Mogła się wręcz założyć, że nie chodziło o nic dobrego.
— Nie mogę na razie powiedzieć, ale już wkrótce... Wkrótce naprawdę będziemy potrzebować twojej pomocy.
Zacisnęła usta i wyjrzała za okno. Pogoda doskonale odzwierciedlała jej humor – ponuro, zimno i w pewien sposób smutno.
Draco dokładnie obserwował Ginny, kiedy ta z westchnieniem oparła głowę o mur i beznamiętnie oglądała to, co się działo na zewnątrz. Nie można powiedzieć, że całkowicie rozluźniła się w jego towarzystwie – wciąż miała ciało napięte, jakby przygotowywała się na atak z jego strony. 
Od wielu, wielu dni miała uczucie, jakby ktoś położył kamień na jej sercu. To był dziwny ucisk, który pojawiał się tuż po wstaniu, a znikał dopiero w momencie pójścia spać. Nie wiadomo, jak bardzo chciała się go pozbyć, towarzyszył jej przez cały czas, niczym Tom, który ostatnio zamilkł, nie licząc wcześniejszej rozmowy o spisie uczniów.  
Nagle cały świat się uspokoił i przemienił w istną planetę żałoby: Colin nie uśmiechał się tak często, Neville od czasu do czasu coś wymruczał pod nosem, a Demelza i Lydia co noc płakały w poduszkę. Prawdę mówiąc, brakowało jej beztroski. Jej ostatnie chwile miała dwadzieścia lat temu, a i wtedy nie należała do zbytnio wesołych ludzi. Choć, jakby się dłużej zastanowić, czy ona kiedykolwiek była wesoła?
— „My” to znaczy kto? — spytała, zamiast pogrążania się w depresyjnych myślach. Udawanie, że wszystko było w porządku wydawało się łatwiejsze, niż rzeczywiste zagnębianie się na śmierć.
— Ja i moi przyjaciele. — Ginny kiwnęła głową, wiedząc, że bardziej rozwiniętej wypowiedzi nie dostanie.
— Kiedy mniej więcej mogę dostać dokładniejsze informacje?
Draco uśmiechnął się gorzko. 
— Gdybym to wiedział, na pewno bym ci powiedział. Jednak czas i niepewność we współczesnym świecie grają na naszą niekorzyść. Wybacz — dodał i zamilkł. 
Ginny westchnęła ciężko. Oczekiwała czegoś konkretniejszego, chociażby daty, aby móc się w jakiś przygotować. Z drugiej strony, jak miała to zrobić? Nawet nie wiedziała, na czym ta pomoc ma polegać. A jeśli Malfoy oczekuje czegoś niemożliwego i wielce prawdopodobne jest, że zginie?
Nie. Malfoy nie był takim dupkiem, aby narażać czyjeś życie dla bzdurnego celu. Prawda?
Chrząknęła i zeskoczyła z parapetu.
— Cóż, miło było, ale muszę jeszcze coś załatwić przed ciszą. Żegnaj, Malfoy.
— Zostań — powiedział, zatrzymując ją w miejscu z szoku. Spojrzała na niego oczami przepełnionymi zdziwieniem. — Potem cię odprowadzę do Pokoju Wspólnego, żeby Carrowowie cię nie ukarali. Ale zostań.
Ginny zagryzła w zastanowieniu wargę, przeliczając na szybko wszelkie za i przeciw. Co miała do stracenia? Co najwyżej, że Carrowowie nie przejmą się, iż to Draco ją odprowadził i wlepią jej szlaban. Poza tym musiałaby przesunąć swoje plany dotyczące gabinetu Filcha. Ale przecież historia zaginionej Ginny Weasley z siedemdziesiątego siódmego nie była aż taka ważna, a więc równie dobrze mogłaby przeszukać kartoteki jutro czy za tydzień.
Usiadła z powrotem naprzeciw Draco, najdalej jak się tylko dało. Chłopak beznamiętnie oglądał, jak starała się chociażby trochę rozluźnić, jednak na marne. Nie wiadomo jak bardzo, ale świadomość, iż Malfoy był śmierciożercą, a pod jego rękawem znajdował się Mroczny Znak, nie pozwalała w towarzystwie Ślizgona poczuć się bezpiecznie.
Natychmiast uderzyła się mentalnie w twarz za to stwierdzenie. Mimo wszystko, jesteś Gryfonką, Weasley, czy tego chcesz, czy nie, pomyślała. A poza tym, Malfoy to tylko chłopiec. 
Chłopiec, który o mały włos ze strachu nie zabił najpotężniejszego czarodzieja w Wielkiej Brytanii, przypomniał gorzko Tom. Riddle nawet na chwilę nie tracił Malfoya z oczu, w dodatku jeśli mógł to robić jedynie siedząc w jej głowie. Drań co więcej się nie zmaterializował, tylko szeptał w umyśle Ginny wszelkie klątwy, którymi mogłaby zaatakować Draco, gdyby naszła taka potrzeba.
Draco wyciągnął sugestywnie w jej stronę papierosa. Ginny pokręciła przecząco głową.
— Nie palę — stwierdziła. 
Ślizgon uniósł w zdziwieniu brew.
— W pociągu jakoś się nie broniłaś.
Szlag, przeklęła w myślach. No tak, wtedy zdesperowanie było na tyle duże, iż równie dobrze mogła przyjść na ucztę pijana.
— Nie palę — powtórzyła stanowczo, zaciskając pięści na mundurku. Draco wzruszył jedynie ramionami.
— Jak chcesz, ale uwierz mi, że pewnego dnia zostaniesz nałogowym palaczem.
— W innym życiu — prychnęła. Zmarszczyła nos, kiedy dym dotarł do jej nozdrzy. Nienawidziła papierosów, tak samo jak nienawidziła alkoholu, ale tak czy siak od czasu do czasu paliła i piła.  
Po raz pierwszy, kiedy była odurzona, miała dziesięć lat. Dym z próbnego eliksiru, jaki warzyła, zatruł całe powietrze w szopie taty i potrzebna była pomoc Freda i George'a w wytaszczeniu jej z pomieszczenia. Bliźniaki uznały to za całkiem niezły pomysł do wykorzystania na eliksirach, zaś ona za niemiłe doświadczenie. Od tego czasu skrupulatnie dobierała składniki i czytała o ich połączeniu z hogwarckich książek. Naprawdę uwielbiała samowolkę Freda i George'a, szczególnie kiedy wysyłali jej nielegalnie księgi ze szkoły, oczywiście bez wiedzy żadnego z dorosłych.
Czasami zastanawiała się, czy to właśnie nie przez nich obudziła się w niej ambicja do stania się najlepszą warzycielką w Hogwarcie.
Tak właściwie, gdy była mała, pragnęła uzyskać tytuł Mistrza Eliksirów. Wszystkie jej marzenia ściśle przylegały do eliksirów: uczęszczać na Magiczny Uniwersytet we Francji po ukończeniu Hogwartu, gdzie mogłaby wybrać kierunek związany z warzycielstwem; wygrać Mistrzostwa Eliksirów Szkół Magicznych. Koniec końców stanęło na tym, iż zachciała zostać uzdrowicielką. I tak w tym pragnieniu utwierdzała się przez następne lata. A wszystko to przez ambicję, by być najlepszą w danej dziedzinie.
Draco i Ginny nawiązali niezobowiązującą rozmowę o przedmiotach szkolnych i ich planach na przyszłość, szerokim łukiem zaś omijając temat wojny. Weasley milczała odnoście tego, że chciałaby walczyć przeciwko śmierciożercom, z kolei Malfoy milczał pod kątem służby u Czarnego Pana. I prawie (prawie!) udało jej się rozluźnić.
Draco miał przyjemny dla ucha głos. Kiedy opowiadał o jego przyszłej pracy w Departamencie Przestrzegania Prawa Czarodziejów, Ginny wręcz napawała się każdym wypowiedzianym słowem. Ma dar do przemawiania, stwierdziła w myślach.  
Słuchała, słuchała, a następnie sama zaczęła przemawiać na temat swych marzeń dotyczących bycia uzdrowicielką. I w ten sposób doszli do ich wzajemnej pasji – eliksirów.
Okazało się, że chłopak, tak samo jak ona, od najmłodszych lat uwielbiał eksperymentować z wywarami, co nie zawsze wychodziło na dobre. Opowiedział jej, jak pewnego dnia dał swemu pawiowi niezidentyfikowaną miksturę, przez którą zwierzę w następnych dniach nikło w oczach. Następnie, kiedy był doroślejszy, z czystej złośliwości nakazał skrzatowi domowemu wypić Eliksir Kurczący, przez co, gdy tylko Narcyza lub Lucjusz wołali stworzenie do siebie, nie było dostrzegalne. Draco powiedział, że po tym wydarzeniu Skierka (jak się owa skrzatka zwała) została uwolniona. Podejrzewał również, iż znalazła pracę w Hogwarcie i do dzisiaj tu urzęduje. 
Ginny poniekąd zazdrościła Malfoyowi, że mógł, w mniej lub bardziej brutalny sposób, na kim testować swe wywary. Ona miała jedynie gnomy ogrodowe, przez które była pogryziona na każdej części swej ręki.
Ginny i Draco porozmawiali jeszcze przez chwilę o lekcjach, a potem Ślizgon odprowadził ją pod wejście do Pokoju Wspólnego Gryfonów. Pożegnali się krótko i udali do łóżek, aby wypocząć na jutrzejszy dzień. Po przebraniu się, zanotowała na pergaminie jeszcze listę rzeczy do zrobienia, aż wreszcie ułożyła się na łóżku i zasnęła.
Po raz pierwszy od dawien dawna nie śniła koszmarów o Huncwotach.
layout by oreuis