piątek, 16 czerwca 2017

Rozdział 20 - "Nie bój się Żniwiarza"



Majowe niebo nocą było piękne.
Cienie znad Zakazanego Lasu dziko tańczyły z mrokiem drzew znajdujących się przy jeziorze, niczym podstępne nimfy leśne. Wygrywały walca i poloneza, jak ludzie niemający już nic do stracenia. Przygotowani na śmierć, wolni w swej niewoli, bawili się do upadłego, nim nadejdzie świt, a wraz z tym koniec ich życia. A pośród tego panowała niczym niezmącona cisza, zawierająca w sobie tyle grozy i wykwintności, jak serca tych dobrych ludzi, bawiących się do śmierci.
Najpiękniejsze z tego wszystkiego było właśnie niebo. Gwiazdy na nim zawieszone świeciły blaskiem dawnych osób, o których już nikt nie pamięta. Czarne sklepienie wydawało się być tylko tłem do tych ciał niebieskich. Przywodziło na myśl ciemną kurtynę, która ukrywała zmarłych wraz z ich najgorszymi występkami, a zaraz za nimi światło przedstawiające nadzieję na bycie zapamiętanym na wieki. Ale któż miałby zachować o nich pamięć? Ich pupilki? A może nieszczęsna rodzina? To za mało, przeminęli z wiatrem.
Para kochanków wdrapała się na szczyt wieży, by na końcu osiąść na dachu i przypatrywać się niebu oraz gwiazdom. Podziwiali ich piękność, jasność, choć sami mieli świadomość, iż skończą dokładnie tak samo, jak te ciała niebieskie – zapomniani, otoczeni przez ciemność. Jednak cieszyli się jak ludzie nie mający już nic do stracenia. Bawili się aż do świtu, ażeby wtedy zniknąć i zostać jedną z gwiazd. A potem kolejni zakochani podziwialiby nieboskłon, i następni, i następni, i tak do końca, dopóki miłości nie będzie zadość, a świat pochłonie mrok.
— Widzę Syriusza! — zawołała dziewczyna, wskazując palcem pewien punkt na niebie. Szturchnęła swego chłopaka w ramię. — Patrz, Syriuszu!
Mężczyzna parsknął śmiechem.
— Widzę, Ginny, widzę. — Splótł ich dłonie i zwrócił wzrok na gwiazdozbiór Wielkiego Psa. — To jest ten, co świeci najjaśniej, prawda?
— Oczywiście, że tak! — Kobieta odwróciła w jego stronę głowę, wyglądając jak mała, obrażona dziewczynka, która nie dostała swojego cukierka. — Mówiłeś, że widzisz.
Chłopak ponownie zaśmiał się cicho pod nosem, słysząc pretensję w głosie swej dziewczyny.
— Codziennie w lustrze — zażartował.
Ginny przewróciła oczami, jednak nie udało jej się powstrzymać drgania prawego kącika ust.
Momentalnie cała rozbawiona atmosfera prysła, ustępując miejsca upragnionemu spokojowi i wolności.
— Jak ty znalazłeś to miejsce? — spytała dziewczyna, nie mogąc nadziwić się tym, jak pięknie i cudownie tu było. Ten, kto stworzył to otoczenie, musiał być istnym cudotwórcą, któremu nie dość było romantyzmu i poczucia stylu.
— Przez ostatnie kilka dni potrzebowałem znaleźć ciche terytorium, gdzie mógłbym uporządkować własne myśli, a przy okazji powiedzieć coś ważnego swojej dziewczynie. — Spojrzał jej prosto w oczy. Ginny wstrzymała mimowolnie oddech.
Czy gdzieś tutaj zostały zawieszone dzwoneczki? I kiedy do jej brzucha wleciało tyle motyli? Co się działo z jej sercem? Czy właśnie dostała palpitacji oraz jasny przekaz od tego na górze, że to już czas umierać?
Gdzieś po jej umyśle pobrzękiwała melodia mówiąca, żeby nie bać się Żniwiarza. Jak miała się nie bać, gdy atak serca był już tak bliski?
"Come on baby... Don't fear the Reaper, baby take my hand... Don't fear the Reaper, we'll be able to fly... Don't fear the Reaper, baby I'm your man..."*
— Boisz się? — Zmierzył ją spojrzeniem, pod którym cała zdrętwiała.
— Może trochę.
Syriusz uśmiechnął się szeroko. W blasku gwiazd wyglądał, jakby chciał pokonać śmierć i był już o krok od wypełnienia swego czynu.
— Nie masz czego, mała — uspokoił ją.
Pokiwała głową, a muzyka nasiliła swe brzmienie.
— Zacznijmy od tego, że wielu rzeczy nie jestem pewien, na przykład czy jutro na śniadanie wciąż będzie owsianka, czy może znowu dostanę szlaban, od którego ponownie uratujesz. — Ginny uśmiechnęła się szeroko. — W każdym razie, rozumiesz... Nic nie jest trwałe, a takie małe szczególiki potrafią zmienić życie. Nie przerywaj mi - dodał, gdy już otwierała usta. — A jeśli o szczegóły chodzi... Och, do cholery z tą całą przemową! Po prostu cię kocham, Ginny. Nie wiem, jak to się stało, ale zakochałem się w tobie po uszy.
Zmartwiała. Następnie poczuła mocniejsze bicia serca niż wypada. Fruwała po niebie wśród tych gwiazd, wyśmiewając je za to, iż ich nie ma, a ona jest, i czuje się jak pijana. Szczęśliwa skakała z kwiatka na kwiatek niczym wróżka, puszczała w górę balony jak dziecko. Była tu i teraz, nie liczyło się nic poza nią i Syriuszem, chłopakiem, który jednym uśmiechem potrafił sprawić, że uśmiechała się od ucha do ucha do końca dnia.
— Ja też cię kocham. — Motylki, które ówcześnie pożarła, wybuchły nagle, ni stąd, ni zowąd. Była już tak bliska dotknięcia ciała niebieskiego, nic nie wydawało się niemożliwe.
Zaczęła życie Szczęśliwie-Zakochanej-Ginny, zaś stara Nie-Chcę-Cię-Ginny odeszła w siną dal. Znak nowego początku, odrodzenie, to wszystko w tej chwili określało dziewczynę, która, obściskując się ze swym chłopakiem na dachu, zerwała z dawną sobą. Gdyby nie miłość, wciąż byłaby chłodną, wyrachowaną kobietą.
I już tylko gwiazdy płakały nad losem kochanków.




Lekcja transmutacji dłużyła się w nieskończoność dla wszystkich zebranych Gryfonów, którym tylko wakacje były w głowie. Bujali w obłokach, lekceważyli wykwintną profesor McGonagall grając w kółko i krzyżyk lub papier, nożyce, kamień, albo po prostu wpatrując się tępo w widok za oknem. Wiosenne słońce wpadało przez szybę, niezmącenie kusząc młodych do wyjścia na błonia. Ginny myślami była już na zewnątrz, usadowiona pod swoim ulubionym drzewem i ciesząca się ciepłymi promieniami słoneczka.
Lily i Mary zasiadały pośrodku sali, Huncwoci w ostatnich ławkach, a z kolei Ginny na samym przedzie. Chłopcy na tyłach, prócz Pottera, grali w jedną z gier, zaś James odsypiał wszystkie nieprzespane noce, których wynik na jego koncie był dość pokaźny. A wszystko to spowodowane ciągłym zakuwaniem do nadchodzących egzaminów.
Przez następne dwadzieścia minut nie działo się nic ciekawego. Ptaszki wesoło świergotały, jakby z oddali dobiegał głos profesorki, zaś skrzyp ławek występował w tych nielicznych momentach, gdy uczeń postanowił zmienić pozycję. Ginny również zagłębiała się w objęcia Morfeusza, stopniowo odpływając i odpływając...
Aż nagle ogromne gorąco przypiekło jej klatkę piersiową. Wydawało się parzyć malutki, okrągły fragment na ciele, ale i tak ból był niesamowity. Ginny syknęła cicho i chwyciła za bolące miejsce. Cichy skwierk przypalanej dłoni prędko odwiódł ją od tego pomysłu. Ze strachem spojrzała na rękę i zauważyła tam okrągły kształt o czerwonej barwie, co, jak zakładała, było jej skórą. Z rosnącym przerażeniem spojrzała w dół.
Zmieniacz czasu.
Zaczerpnęła głęboko powietrze, gdyż nagle cały tlen, jaki znajdował się w jej płucach, wyparował jak za dotknięciem różdżki. Nie... Nie, nie, nie! Nie teraz! NIE!
— ... a podczas wymawiania tej formułki... — Głos McGonagall niknął za grubą ścianą. Panika przeniknęła całe ciało Ginny, strach odjął rozum. Ile jeszcze minut do końca?
Gdzie, do cholery, popełniła błąd? Z Remusem obliczyła wszelkie prawdopodobieństwo wrócenia do przyszłości. Wymyślili wiele sposobów na powrót, obmyślali teorię czasu. I to wszystko na nic! Wystarczyła chwila nieuwagi, a zmieniacz od razu postępował wbrew jakimkolwiek zasadom. Co pominęli? Czy ich inteligencja przerosła ich samych? Jeden moment, a wszystko się sypało.
Zachciała śmiać się na głos. No jak, pytała, jak to się stało? Czyżby śmierć zapragnęła z niej zakpić w najbardziej parszywy i okrutny sposób? Powrót do przyszłości, gdy wszystko zaczynało się już układać... Och, to takie proste! W końcu dostała nauczkę za swe dawne złe czyny! Tak, dokładnie tak! To kara za nieposłuszeństwo wobec losu! Czyż nie wywinęła mu kawału, gdy cofnęła się w czasie? Przecież nie miała tego w planie. Ani tego, ani wielu innych rzeczy, jak przypadkowy romans, przypadkowa przyjaźń, przypadkowe zaakceptowanie i zrozumienie.
A więc dlaczego...?
Na korytarzu zabrzmiał dzwonek. Ginny prędko zerwała się z ławki, chwytając pod pachę podręczniki, kałamarz i pióro, i popędziła w stronę wyjścia z sali. Kiedy biegła korytarzem chowała wszystkie przedmioty do torby, a nieśmiertelna piosenka o Żniwiarzu wciąż i wciąż rozbrzmiewała w jej głowie, naśmiewając się z niej i jej naiwności. Tyle naiwności... Naprawdę myślała, że zostanie w przeszłości na wieki? Głupia!
— Ginny! Hej, Ginny, czekaj! — krzyknęła Lily będąca parę metrów za Weasley. — Ginny, gdzie tak pędzisz?
To jej nogi biegły, nie ona. Ginny już straciła kontrolę nad tym, co się wokół działo. Popchnęła kilku uczniów, rozsypała kartki, a nawet nie przeprosiła za swe zachowanie, tylko parła naprzód. Zostawiała Lily, Mary, Huncwotów, przeszłość za sobą.
"Love of two is one here but now they're gone. Came the last night of sadness and it was clear she couldn't go on."
— Ginny!
Nie zatrzymuj się.
Do krzyków dołączyła się Mary, a jej głos i Lily wymieszał się w jedną i tą samą mieszaninę dźwięków. Ściany Hogwartu wydawały się jednolitą masą, tak samo jak kolory włosów każdego ucznia.
Nie pożegnałaś się.
Zrzuciła torbę na podłogę i wbiegła do jakiejś sali. Zatrzymała się na jej końcu i drżącymi rękoma wyciągnęła złoty zmieniacz, który w świetle słońca pulsował i roztaczał wokół siebie złotą poświatę. Wzięła głęboki oddech i zakręciła jeden raz pokrętłem.
Właśnie zamordowałaś Jamesa Pottera, Syriusza Blacka, Lily Evans, Mary Dowens i Regulusa Blacka.
Pojedyncza łza spadła na zegarek, w momencie gdy drzwi otworzyły się z hukiem, a do środka wleciało sześć osób.
— Ginny!
Pokrętło wykonało kilka obrotów, a następnie przylgnęło do jej ciała. Ostatnie, co zarejestrowała, to mina Lily, która była na pograniczu zdziwienia i zaniepokojenia.
A następnie wszystko zniknęło.




— Ginny!
Jako pierwszy powrócił do niej słuch. Słyszała nad sobą tłum ludzi gaworzących o niewiadomych jej rzeczach, trajkotanie kół, gwizdek oraz ten głos. Głos, za którym tak tęskniła, a który był miodem na jej uszy.
— Bardzo przepraszam! — Znajomy pisk rozdźwięczał obok niej, a ona znowu nie mogła powstrzymać się od skrzywienia.
— Nic się nie stało — odpowiedziała, ale była wręcz pewna, iż dziewczynka, przez którą się przewróciła, właśnie odbiegła w stronę swoich rodziców. Nawet nie musiała sprawdzać, czy jej przypuszczenia są słuszne.
Powzięła całą siłę, którą jeszcze dysponowała, i wstała na równe nogi. Z jej ust wydobył się przeciągły jęk.
— Ginny, pospiesz się! Pociąg już jedzie!
Skierowała oczy w stronę odjeżdżającego pociągu. Koła toczyły się miarowo po torach, a wiele rodzin zaczęło już machać do swych pociech.
Ścisnęła rączkę kufra i z największą prędkością pobiegła w stronę pociągu. Pojazd nabierał na szybkości, a całą stację zalał dźwięk trajkotania. Było tak głośno, iż Ginny ledwie usłyszała krzyk Colina, wołającego o to, aby podała mu walizkę.
— Dawaj, Ginny, podaj!
Gryfonka spojrzała na swojego przyjaciela i w jedną chwilę podjęła decyzję. Drżącymi ze zmęczenia rękami podała mu kufer oraz, wciąż nie przestając biec, wytężyła mięśnie do skoku w stronę pociągu. To było jak samobójstwo – rozpędzający się pojazd, obok którego pędziła wycieńczona psychicznie dziewczyna, i przygotowanie się do jeszcze bardziej samobójczego wskoku do pociągu. A wszystko to na oczach widowni, która wręcz nie mogła się doczekać, aż nadejdzie nowy temat do plotek. Parszywe hieny, które patrzą, a nie pomagają.
Ginny znajdowała się niebezpiecznie blisko krat odgradzających zatłoczony peron od pustej przestrzeni. Zostało naprawdę niewiele czasu do skoku, ewentualnie w tym roku nie pojedzie do Hogwartu. Ostatnie wyjście to takie, iż nabije się na jeden z odstających żelaznych prętów, co doprowadzi ją do niechybnej śmierci. Myśl była tylko jedna - skoczyć i wylądować niezbyt miękko na pociągu.
— Skacz, Ginny, skacz! — krzyknął Colin. Jego blond włosy spadły mu na oczy, przysłaniając cały świat, co nie zmieniało faktu, iż wierzył i dopingował jej w misji samobójczej. Colin, dobry, kochany Colin, wciąż miał nadzieję, że Ginny wyjdzie z tego cało. — Teraz! TERAZ, SKACZ! ZŁAPIĘ CIĘ!
Ostatnia prosta, ostatnie kilka sekund, oczy utkwione w przyjacielu... i skok. Zacisnęła oczy, aby nie patrzeć na to, jak w ostatniej chwili spada na tory. Uskoczyła w bok, spinając się całą sobą i modląc do wszelkich bóstw o to, żeby śmierć nie była aż taka bolesna.
Upadła wprost na stopy Colina, który w ostatnim momencie ją złapał. Po chwili na widoku pojawiły się śmiercionośne kraty, które ominęła wręcz o cal. Rodziny uczniów zniknęły już po kilku sekundach, kiedy to Hogwart Express popędził w stronę zamku.
— Mówiłem, że cię złapię. — Colin wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu, który po chwili zamienił się na wyraz głębokiego zaskoczenia. Ginny przytuliła przyjaciela tak, jakby nie widzieli się się kilka lat. — Wszystko w porządku?
Chłopak odsunął ją na długość ramion i spojrzał na jej sylwetkę. Rozwichrzone włosy stały się suche i matowe (choć mógł przysiąc, że jeszcze przed chwilą były idealnie zaczesane), usta spierzchnięte i popękane (przecież jak się spotkali miała je pomalowane szminką!), oczy jakby przygaszone i wypełnione smutkiem (czy Ginny kiedykolwiek była w takim stanie?), a skóra na twarzy straciła całe zdrowie. Niegdyś rumiane policzki teraz zapadły się w sobie, z kolei cienie pod oczyma świadczyły o tym, że nie spała dobrze przez kilka ostatnich nocy. Colin zauważył również wiszące ubrania i zbyt chude nogi.
— Co ci się stało? — spytał, już nie na żarty przestraszony. To niemożliwe, aby Ginny doprowadziła się do takiego stanu w kilka minut, od kiedy dotarli na peron dziewięć i trzy czwarte. 
Jego przyjaciółka uśmiechnęła się słabo, jednakże nie patrzyła mu w oczy z taką samą odwagą jak kiedyś. 
— Wyjaśnię ci to później, obiecuję.
Colin przytaknął wciąż zaniepokojony, lecz nie zdołał ruszyć się ze swojego miejsca. Dopiero gdy Ginny chciała wziąć swój kufer gwałtownie zaprzeczył i zabrał go od niej. Wraz ze swoim wyposażeniem wszedł do środka pociągu, odwracając głowę i mówiąc do Gryfonki:
— Neville i Luna już pewnie zajęli przedział, dlatego wystarczy ich poszukać oraz wreszcie spokojnie usiąść na miejscu. — Spojrzał na nią, a Ginny tylko przytaknęła i nieobecnym wzrokiem rozglądała się dokoła. Colin zmartwił się tym jeszcze bardziej, ponieważ, od kiedy pamiętał, dziewczyna twardo stąpała po ziemi tudzież nigdy nie zagłębiała się w krainę marzeń, tak jak to często robiła Luna. — Może wolałabyś najpierw pójść do łazienki, żeby się trochę ogarnąć?
Ginny przeniosła na niego wzrok – czy jemu się wydawało, czy jej tęczówki straciły na kolorze? – oraz przytaknęła sztywno. 
— To ja zaniosę nasze rzeczy do przedziału, a ty... znajdziesz nas? 
— Pewnie tak — odezwała się łagodnie.
Colin pożegnał się, po czym poszedł szukać Neville'a i Lunę. Niezgrabnie ciągnął za sobą kufry, następując na stopy wielu dzieciaków, które rzucały za nim oburzone spojrzenia. Ginny przez chwilę przyglądała się jego nieporęczności, a następnie oparła o okno. 
Pogoda była wyjątkowo parszywa. Zawieszone na niebie chmury nie pozastawiały żadnego miejsca na słońce. Wisiały niczym zły omen zapowiadający śmierć, idealnie oddając atmosferę dzisiejszego Londynu. W tych czasach pewność, że nie zostanie się zabitym wręcz nie istniała. Na każdym kroku czyhało niebezpieczeństwo, a zagrożenie, że zostanie się torturowanym przez śmierciożerców, było tak realne, jak śmierć Dumbledore'a i Zakon Feniksa zbliżający się do upadku. 
Krajobraz za szybą nie przedstawiał się lepiej. Trawy na polach były wypalone, drzewa, które przetrwały wielki pożar, wyglądały niczym brzydkie karykatury tego, co kiedyś prezentowały, a wszystko to pokryte popiołem. Gdzież podziała się dawna świetność? Czemu wszystko, co piękne i żywe, musi zostać zniszczone przez śmierciożerców? Każdy przedmiot naznaczają symbolem śmierci, jakby należał od teraz do nich.
Pociągnęła nosem. Na nią również czekał taki los.
Usłyszała obok siebie jakiś ruch, a następnie zauważyła otwierane okno. Rzuciła okiem na postać, która wyraźnie chciała znaleźć się obok niej i przeszkodzić w ponurych rozmyślaniach. 
To Draco Malfoy oparł się obok niej, wyciągnął z kieszeni papierosa oraz zapalił go, również odwzajemniając spojrzenie Ginny.
— Palenie szkodzi — rzekła obojętnym głosem, gdy do jej nozdrzy dotarł zapach dymu.
Draco wypuścił z ust kolejny obłoczek. Razem przyglądali się, jak unosi się w powietrzu, by tam raz na zawsze zniknąć. 
— Tak samo jak zamartwianie się o cały świat — odparł Malfoy, grzebiąc w kieszeni swej kurtki.
Draco miał oczy swojej mamy. W ciemnym korytarzu, nieoświetlonym przez żadną lampę, wtapiał się w tło. Czarna kurtka oraz takiego samego koloru spodnie sprawiały, iż tak naprawdę na jego miejscu stał Syriusz. Nonszalancka pozycja, arystokratyczne ruchy... to wszystko Syriusz. Jedynie jasna czupryna i cisza nie pasowały do obrazu Blacka. Draco, zamiast ciągnąć dalej rozmowę, zdecydował się uraczyć Ginny papierosem, nie roniąc z siebie żadnego słowa. Ciemność zza okna oraz z pociągu wydawała się chłonąć postać chłopaka, owijając swymi mackami każdą część ciała.
Mechanicznie sięgnęła po wyciągniętego papierosa. Bez zastanowienia podpaliła go różdżką, a już po paru sekundach oglądała unoszący się dym. 
— Nie wiem, co cię trapi — rozpoczął Draco, wyglądając za okno — ale to przeminie. Wierz mi, ból jest tylko chwilowy. Został stworzony po to, abyśmy cierpieli, a potem zapomnieli. Każdy zapomina... 
— A co, jeśli ja nie chcę zapominać? — wtrąciła.
Draco wykrzywił wargi. Jak na dłoni było widać, że sam boryka się z jakimiś problemami. Bo czy wcześniej palił papierosy oraz zaniedbywał swój wygląd na tyle, żeby przedstawiać istny obraz żałości i nędzy? Otoczony przez wszechobecną ciemność przypominał zagubione dziecko, które zeszło na złą ścieżkę.
— Niekoniecznie to, co chcemy robić, pokrywa się z tym, co czynimy.
Ginny zamilkła. Wypluta z wszelkich uczuć zgodziła się z tymi słowami. Nadzieja na... Na co właściwie? Nadzieja już nie istniała. Nie teraz, gdy twoje życie zależało od osób trzecich, gdy wszystko, co kochałeś, zniknęło w jednym momencie. 
— To zły moment, aby cię o to prosić, ale później może już nie być czasu. — Draco Malfoy nie był pewny co do przyszłości. A to oznaczało, że jest źle, bardzo źle. — Chciałbym, abyśmy zaczęli wszystko od początku. Potrzebujemy twojej pomocy, a ty jako jedyna ze znanych mi ludzi możesz nam jej udzielić. 
Ich relacja prawdę mówiąc nie istniała. Wzajemnie się ignorowali, nigdy nie kłócili. Po prostu zapomnieli o bycie drugiej osoby, choć Ginny z kolei często słyszała o potyczkach Wielkiej Trójcy z Draco Malfoyem. Sama się w nie osobiście nie mieszała. W sumie z żadnym Ślizgonem nie wdawała się w kłótnie, dzięki czemu mogła rzec, iż prowadziła całkiem spokojne życie. A przynajmniej wiodła, do czasu aż cofnęła się w przeszłość. 
Spojrzała na wyciągniętą dłoń Dracona. Bez żadnych przeciwwskazań potrząsnęła nią, czując się, jakby zawierała pakt z diabłem. Może zawierała? Kto tam wie. I tak nie miała już nic do stracenia. Pożegnali się i odeszli we własne strony. Żniwiarz zawisł nad pociągiem, przypieczętowując ich małą zgodę. 
Ginny odnalazła przedział, w którym siedziała trójka jej przyjaciół, zaciekawiona do granic możliwości. Zasunęła więc za sobą drzwi, przysłoniła okna i rzuciła zaklęcie wyciszające na obszar, w którym się znajdowali. Wzięła głęboki oddech, aby uspokoić swe martwe, ale wciąż bijące serce.
"Then the door was open and the wind appeared, the candles blew then disappeared, the curtains flew then he appeared saying don't be afraid" 
— Pamiętacie jeszcze, jak Hermiona cofała się w czasie...? 


***
*Blue Öyster Cult - Don't Fear The Reaper
 Hej, hej!
Uooo, koniec! To znaczy, koniec połowy pierwszego tomu xD Jeśli mam być szczera, już od rozdziału 16 pragnęłam, aby Ginny wróciła do swoich czasów, gdyż pisanie o przeszłości szło mi dość mozolnie. Ale jedno muszę dodać - jestem spełniona pod względem Syrinny. Opłacało się szukać piosenek z lat '70 specjalnie dla tego rozdziału.
Tak więc, moi mili, moi kochani, postawmy znicza dla Syrinny [*].
Jedyne co zapowiem to to, iż druga połowa I tomu będzie znacznie ciekawsza, ponieważ zagłębiamy się w tematy wojny. Będą bitwy, wybuchy, śmierć i walka o przetrwanie, czyli to, co lubię najbardziej ^^
Wakacjeee! W końcu! Boże, te dwa ostatnie tygodnie nauki były okropne... Przechodzicie do następnej klasy? Pasek? Jakieś plany na wakacje?
No to tyle. Pozdrawiam i do następnego rozdziału, który prawdopodobnie pojawi się za tydzień!  
Szablon